Anatomia przeprowadzki

Uwaga: przed lekturą tego wpisu weź głęboki wdech, opróżnij pęcherz (a także, jeżeli zachodzi taka potrzeba, jelito grube) oraz upewnij się, że nie masz niczego pilnego do roboty. Wpis jest bowiem długi jak… no, jak coś bardzo długiego. Pisałem go, z przerwami, przez ponad cztery miesiące. Czyli więcej, niż potrzebował Numernabis na postawienie w Egipcie pałacu Cezarowi 😉

Jest miejscami nieco chaotycznie, ponieważ poszczególne fragmenty były pisane o różnych porach dnia lub nocy, czasem „na kolanie”. Ale to w sumie dobrze, bo też mnóstwo chaosu się w tej historii pojawiło. Ponadto perspektywa i nastrój zmieniały mi się z dnia na dzień, co widać podczas lektury. Jest więc niejednolicie. Ale – uprzedzając fakty – skończyło się happy-endem. To znaczy, oczywiście, w krótkiej perspektywie, bo w dłuższej i tak wszyscy umrzemy. Ale to już całkiem inna historia jest.

OK, lecimy.

Do przeprowadzki potrzebne są dwa czynniki:

1. Powód
2. Możliwości

Tak to wygląda na dzień dobry. Potem dochodzi jeszcze:

3. Cierpliwość (bardzo ważna!)

oraz największy podpunkt:

4. Mnóstwo innych inności, które wychodzą w praniu, a na które człowiek w ogóle nie jest przygotowany, i które maksymalnie testują głębokość naszej kieszeni oraz naszą odporność na stres. Tej właśnie odporności potrzebować będziemy jak najwięcej.

Zacznijmy jednak od początku.

Powód

W naszym przypadku powód przeprowadzki był jeden duży i jeden mniejszy: duży był taki, że nasze mieszkanie miało za mało pokojów w stosunku do ilości mieszkańców. No bo tak: mieszkamy my – czyli nasza czwórka – plus zawsze się znajdzie jakaś piąta osoba pod dachem: a to babcia, a to znajoma przedszkolanka, a to au pair, a to akurat próbujemy przygarnąć jakiegoś świeżego (lub – w jednym wstydliwym przypadku – nieświeżego) emigranta; historia pokazuje, że niezależnie od wybranej opcji zawsze ktoś piąty z nami mieszka. A mieszkanie ma „tylko” trzy sypialnie.

Tak, wiem, w dupach nam się poprzewracało. Często słyszę ten argument: przecież nasi rodzice mieszkali w blokach na czterdziestu pięciu metrach i wychowali całą trójkę, bla, bla… No tak, zgadza się, zrobili tak bo nie mieli wyjścia. Jak się komuś fartnęło to miał chatę na piętnaście fajerek, ale większość mieszkała jak mieszkała i trzeba było sobie radzić z tym, co się miało. A teraz możliwości są nieco inne i należy z tego korzystać zamiast się umartwiać. Ot, co.

No więc właśnie: trzy sypialnie, pięcioro mieszkańców. Dodatkowy mieszkaniec obowiązkowo musi mieć własną sypialnię, więc dla reszty zostają dwie. My, czyli starzy, sobie na jednej poradzimy, ale dzieciaki rosną i prędzej czy później się zacznie. W zasadzie już się zaczęło zaczynać. Dziesięciolatka to już nie malutki brzdąc, swoje zdanie ma i nie boi się go wyrazić, i coraz bardziej doskwiera jej mieszkanie z trzyletnim bratem w tym samym pokoju.

Powód numer dwa, chwilowo nieco mniejszy, ale mogący urosnąć z biegiem czasu, to brak własnego kawałka ziemi na zewnątrz. Nie żebym był fanem przekopywania ogródka czy sadzenia marchwi, ale jakiegoś grilla czy trampolinę dzieciakom postawić… W mieście dom z własnym ogródkiem kosztuje tyle, że dałoby się za to wyżywić średniej wielkości państwo afrykańskie przez rok. A poza miastem – wiadomo.

Możliwości

W sumie to mieliśmy szczęście, bo kupiliśmy dublińskie mieszkanie „w dołku”, więc teraz po jego sprzedaniu i spłaceniu kredytu powinna zostać całkiem przyzwoita „górka”, za którą bez problemu powinniśmy dać radę kupić coś bardziejszego.

Nota bene historię kupna naszej dublińskiej pieczary można znaleźć tutaj: !klik!

Dodatkowo okazało się, że deweloperzy trochę się za bardzo rozpędzili z budowaniem chałup poza Dublinem, w związku z czym jest sporo nieruchomości do kupienia w cenach lepszych niż w stolicy. Nie jest całkiem tanio, ale jednak ceny „na wsi” rosną dużo wolniej, niż w Dublinie.

Krótko mówiąc, w połowie 2016 roku zaczęła nam się krystalizować idea: sprzedajemy mieszkanie w Dublinie i kupujemy dom poza Dublinem. Ceny tu i tam mniej więcej takie same, za to metraż nowego lokum zapowiada się taki, że na początku ciężko będzie się tam znaleźć. No i co najmniej o jeden pokój więcej, co powinno zaspokoić nasze potrzeby mieszkalne na dłuższy czas.

Nigdy przedtem nie sprzedawaliśmy mieszkania, więc nie bardzo wiemy, jak się za to zabrać. Ale nie musimy! Wystarczy zatrudnić prawnika, który za niewielką opłatą poprowadzi nas za rękę przez meandry i pułapki przepisów, oraz agenta handlu nieruchomościami, który to zorganizuje od strony, khem, organizacyjnej.

Co trzeba wiedzieć przed sprzedażą mieszkania?

Cierpliwość i cała reszta

Po pierwsze primo, formalności. Całkiem pokaźna lista dokumentów, których kopie należy przesłać prawnikowi, żeby w ogóle wystartować:

  1. Kopia aktu zawarcia małżeństwa (przetłumaczona na angielski przez tłumacza przysięgłego) – tu na szczęście mieliśmy sprawę załatwioną, bo to samo było potrzebne przy zakupie mieszkania kilka lat temu. Wystarczyło pogrzebać w archiwum.
  2. Nasze numery PPS (odpowiednik polskiego NIP / PESEL)
  3. Potwierdzenie, że nie robiliśmy w mieszkaniu żadnych przeróbek strukturalnych (nie robiliśmy, chociaż swego czasu kusiło nas wywalić jedną ze ścian czy przesunąć drzwi z jednej ściany na inną).
  4. Potwierdzenie, że nie ma żadnych nierozwiązanych sporów z sąsiadami (będę musiał jednak oddać tę patelnię…)
  5. Kopia certyfikatu BER. To się na początku wydawało skomplikowane, bo wszyscy stosują spychologię: prawnik powiedział, że swoją kopię oddał bankowi przy kupnie mieszkania, bank, który dostał ode mnie upoważnienie pisemne, że ma kopię BER-u odesłać prawnikowi, nabrał wody w usta, deweloper się wypiął… Dopiero dwa tygodnie później prawnik skojarzył, że przecież można poprosić o kopię BER-u ze źródełka, czyli z firmy, która ten BER mierzy. Trzeba wejść na stronę www.seai.ie i na ichni email wysłać prośbę o wydanie egzemplarza certyfikatu. Trzeba załączyć kopię ostatniego rachunku za prąd lub gaz, który tu w Irlandii jest odpowiednikiem „stałego meldunku”. Po czterech godzinach BER przyszedł e-mailem, w PDF-ie. Za darmo. Uff.
  6. Potwierdzenie zwolnienia z opłaty NPPR (Non Principal Private Residence) – to jest taka opłata, która obowiązywała zanim wprowadzono tutaj podatek od nieruchomości i którą trzeba było płacić wyłącznie od nieruchomości, na których się zarabiało pieniądze (wynajem, biznes itd). „Zwyczajni” mieszkańcy tego nie musieli płacić, ale żeby nieruchomość sprzedać, trzeba dostarczyć potwierdzenie o zwolnieniu z tej opłaty. A więc email do County Council (odpowiednik naszego Urzędu Wojewódzkiego, pi x oko) i dwa tygodnie oczekiwania.
  7. Dowód opłacenia LPT (czyli podatku od nieruchomości), który zastąpił ww. NPPR i od 2013 obowiązuje wszystkich właścicieli nieruchomości jak leci.
  8. Potwierdzenie opłaty rachunku za wodę.
  9. Namiary na spółdzielnię mieszkaniową.
  10. Spis inwentarza, który zostaje w mieszkaniu.
  11. Potwierdzenie ze spółdzielni mieszkaniowej, że Sinking Fund (czyli po naszemu dosłownie „Fundusz powodziowy” a w praktyce „Fundusz remontowy”) jest utrzymywany na takim to a takim poziomie. Każda spółdzielnia ma obowiązek gromadzenia kasy na osobnym koncie, na wypadek gdyby budynkowi stało się coś „grubszego” (zarwanie dachu, jakieś pęknięcia ścian nośnych czy inne większe strukturalne zonki) – żeby było na pokrycie kosztów naprawy.
  12. Pisemne upoważnienie dla prawnika pozwalające mu wyciągać z naszego banku wszelkie informacje potrzebne do sprzedaży nieruchomości (chodzi głównie o kopię aktu własności, której oryginał na czas spłacania kredytu ma właśnie bank)

Oprócz powyższej listy (która dla każdego domu / mieszkania może okazać się nieco inna, o czym wiem od znajomych, którzy też przez to przechodzili) trzeba jeszcze załatwić robotę papierkową do banku, który musi przecież udzielić zgody na re-mortgage, czyli spłacenie jednego kredytu mieszkaniowego i wzięcie drugiego. Tu lista jest nieco krótsza, ale wcale nie mniej upierdliwa:

  1. Wypełniona aplikacja ze strony banku (kilkanaście stron!)
  2. Potwierdzenia wypłat za ostatnie 3 miesiące
  3. Wyciągi za ostatnich sześć miesięcy ze wszystkich kont, które mamy w innych bankach
  4. Kopie umów o pracę
  5. W przypadku samozatrudnienia (to my!) zaświadczenie ze skarbówki o niezaleganiu z podatkami
  6. Nasze CV (!)

Krótko mówiąc: wszystkie informacje świadczące o tym, że nie potrzebujemy żadnego kredytu, bo zarabiamy regularnie 😉

Ponadto trzeba się też spotkać w banku z doradcą kredytowym, którzy przetrzepie w naszej obecności kilka miesięcy transakcji z naszego konta, zada kilka pytań (na przykład komu i ile płacimy za opiekę nad dziećmi i tym podobne) i wszystko skrzętnie zakonotuje.

Ze strony formalności to w zasadzie tyle. Pozostaje teraz tylko sprzedać jedno mieszkanie, kupić drugie et voila!

To znaczy tak: żeby sprzedać, trzeba najpierw znaleźć dobrą, zaufaną agencję handlu nieruchomościami. I najlepiej jeszcze, żeby nie byli za drodzy.

Hmmm, jak się za to zabrać?

Wybór agencji

W sierpniu zaprosiliśmy – w odstępie mniej więcej dziesięciu dni – przedstawicieli czterech różnych agencji i bacznie obserwowaliśmy co robią. Zadawaliśmy wszystkim te same pytania – i próbowaliśmy obiektywnie ocenić, która się najlepiej nada.

A potem i tak wybraliśmy tę z największymi cyckami z najniższą prowizją 😉

Wybraliśmy agencję stosunkowo niewielką, ale za to taką, której właściciel pracował wcześniej w większości firm konkurencyjnych. Oprócz tego zaoferował nam rozsądne ceny i sprawiał wrażenie najbardziej zaangażowanego w temat (cecha dobrego handlowca!). Na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, czy to był najlepszy możliwy wybór, ale nie szkodzi. Jakoś przecież wybrać trzeba, nieprawdaż?

Jednym z czynników, dla których zdecydowaliśmy się akurat na tę agencję był ich optymizm (całkiem uzasadniony, jak się później okazało) w kwestii wyceny naszego mieszkania. Wycenili je na około €20,000 więcej niż konkurencja. To jest zresztą osobny temat: czy lepiej wystawić chatę z lekko zawyżoną ceną i liczyć na pojedynczego kupca, czy wystartować niżej i liczyć na zajadłą licytację? Nie są to takie całkiem proste rozważania…

Wybór mieszkania

Oczekując na decyzję banku, co zamiast obiecanych dwóch tygodni zajęło prawie pięć, bo się na przykład okazało, że skany dokumentów zamiast do JPG powinny być do PDF, oglądaliśmy sobie chałupy do kupienia poza Dublinem. Mniej więcej w cenie, za którą spodziewaliśmy się sprzedać nasze mieszkanko. Koniecznie z co najmniej czterema sypialniami i co najmniej dwiema łazienkami (proszę mi wierzyć, przy pięciorgu mieszkańcach i tylko jednej łazience człowiek opanowuje podstawy tańca irlandzkiego błyskawicznie). Najlepiej jeszcze z ogródkiem i daleko od szosy. I niedaleko szkół.

Obejrzeliśmy kilka chałup całkiem fajnych i niedrogich, które jednak wymagały gruntownego remontu (brrr!). Obejrzeliśmy też kilka domostw, które – będąc w naszym zasięgu cenowym – NIE wymagały praktycznie żadnej pracy przed wprowadzeniem się. Obejrzeliśmy też kilka domów całkiem nowych, świeżo zbudowanych, jeszcze chrupiących. Tak czy siak, kilka weekendów pod rząd wyjętych z życiorysu, bo każdorazowo trzeba się umówić, dojechać, obejrzeć, zanotować, wypytać o okolicę, zapukać do sąsiadów i pogadać, ogólnie nazbierać tyle informacji o domu i sąsiedztwie, ile się tylko da. I za tydzień to samo. I jeszcze raz. I jeszcze. Rinse, repeat. Umpffff.

Klamoty

Po otrzymaniu wstępnej (ustnej!) informacji od banku, że „raczej będzie pozytywna odpowiedź, trzeba tylko poczekać na papiery”, stwierdziliśmy, że to jest ten moment, kiedy gówno trafia w wentylator – czyli wóz, nie przewóz. W celu poprawienia logistyki wynajęliśmy w Dublinie tzw. „storage area„, czyli kontener o powierzchni 7.5 m kw. i wysokości 2.5m (prawie 19 metrów sześciennych – okazuje się, że wbrew pozorom to jest całkiem sporo) i zaczęliśmy pakować dobytek w kartony i wywozić go do ww. kontenera.

To znaczy, taki był plan. Ale okazało się, że lokalny spożywczak nie jest w stanie dostarczyć nam odpowiednio dużej ilości porządnych kartonów.

Na szczęście znajomy, który pracuje na co dzień dla dostawcy dużych urządzeń pakowanych standardowo w jeszcze większe kartony zorganizował nam kilkanaście pudeł takiej wielkości, że do każdego zmieściłby się dorosły człowiek i jeszcze by zostało trochę miejsca. Z jednego takiego pudła zrobiliśmy nawet na parę tygodni „domek” dla dzieciaków i okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Uzbrojeni w pierdylion kartonów przez kolejne trzy tygodnie zajęci byliśmy pakowaniem i wywózką klamotów do kontenera. Nikomu tego nie życzę, jest to zajęcie absolutnie wyczerpujące, bo trzeba każdorazowo trzy razy się zastanowić, czy aby na pewno uda się przetrwać kilkanaście tygodni bez danej rzeczy, potem jeszcze obmyślić strategię samego pakowania (żeby się jak najwięcej zmieściło, żeby się nic nie potłukło i tak dalej), znakowania kartonów, czyli naklejania na nie małych karteczek z numerem kolejnym, krótką notką o zawartości oraz oznaczeniem docelowego pomieszczenia, wzmacniania co cięższych kartonów, żeby się nie połamały; każdy karton trzeba po zapakowaniu przenieść do auta, potem rundka do kontenera (jakieś 15 minut jazdy), tam rozbroić alarm, wypakować kartony na windę towarową (bo kontener nam się trafił na pięterku), zataszczyć je do kontenera i tam jeszcze rozplanować ich ułożenie tak, żeby się nie pozgniatały, nie zajęły więcej miejsca, niż to konieczne, nie poprzewracały, no i najlepiej żeby te najbardziej potrzebne były najbardziej na zewnątrz. Nie wszystkie klamoty mieszczą się do kartonów, dlatego niektóre owinięte w folię bąbelkową lądują w kontenerze „luzem”, zaburzając i tak dość już chwiejne lokalne feng-shui.

Pamiętacie może mój niedawny wpis o eutanazji i dziesięciu krokach do szczęścia? I ten podpunkt o podróżowaniu z niewielkim bagażem?

No właśnie. Zastanawia mnie ile czasu minie od chwili, kiedy się przeprowadzimy na nowe miejsce, do chwili, kiedy rozpakujemy ostatni przywieziony z kontenera karton. Jedni ze znajomych jeszcze nie rozpakowali kilkunastu takich kartonów, chociaż są już dobre dwa lata po przeprowadzce. To tylko pokazuje jak beznadziejnie dobrzy jesteśmy („my” w sensie Homo Sapiens) w gromadzeniu zbędnego śmiecia.

Logiką tego wszystkiego zajmowała się w mniej więcej 80% moja Lepsza Połówka, bo moje zdolności pakowawczo-organizacyjne są takie, że pewnie zapchałbym cały wielki kontener pierwszym malutkim kartonem.

Prezentacja mieszkania

Kiedy przyszły dobre wieści z banku (w formie papierowej, z Podpisem, Pieczątką i Wogle) odtańczyliśmy krótki, zmęczony, ale radosny taniec Krótkiej, Zmęczonej Radości, następnie zamówiliśmy fotografa (tak naprawdę to agent go zamówił po krótkim telefonie od nas) i zabraliśmy się za przygotowywanie mieszkania do prezentacji. To też jest ekwilibrystyka na wysokim poziomie, bo chałupa z jednej strony musi wyglądać jak z obrazka, z drugiej jednak jeszcze tu mieszkamy, więc CAŁKIEM się nie da wszystkiego wywalić. Ogólna zasada jest taka, że usuwamy wszystkie klamoty osobiste (zdjęcia rodzinne ze ścian, dyplomy pamiątkowe, puchary, tabliczki z imionami dzieci z drzwi i tak dalej), a także upychamy ile się da w różnych niedostępnych na pierwszy rzut oka miejscach.

Efekt końcowy jest taki, że aż się nie chce wyprowadzać. No bo kto by sprzedawał takie piękne, pełne przestrzeni (aż się echo niesie!) mieszkanie? No kto? Głupi jaki.

Opstrykanie chałupy zajmuje zawodowcowi około godziny. Z setki zdjęć wybiera kilka, które dwa dni później trafiają na największe portale sprzedaży nieruchomości, do lokalnej prasy oraz do broszury, którą na tę okazję produkuje agent.

Z wypiekami na twarzy oglądamy nasze mieszkanie na Internetach i czekamy na pierwszych zainteresowanych. W międzyczasie próbujemy zgadnąć, za ile mieszkadełko się sprzeda. Sporo znajomych, którzy ostatnio sprzedali, chwali się, że po paru tygodniach czekania na pierwszą ofertę pojawiało się dwóch czy trzech chętnych i zaczynała się licytacja. To korzystna sytuacja, bo wtedy mieszkanie sprzedaje się dużo lepiej (tj. za większe pieniądze). A więc cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Nie łapać pierwszej nadarzającej się oferty tylko spokojnie czekać.

Ogłoszenie o sprzedaży pojawiło się w środę, a już na sobotę zgłosiła się czwórka chętnych do oglądania. Przyszło pięciu. W międzyczasie trzy kolejne osoby umówiły się na środę wieczór i jeszcze dwie następne na kolejną sobotę.

W czasie kiedy potencjalni kupujący oglądają mieszkanie obowiązkowo musimy się wynieść z domu. Po pierwsze obecność właścicieli może być nieco krępująca, po drugie podobno często bywa tak, że obecny właściciel przy rozmowie z potencjalnym nabywcą może bardziej zaszkodzić niż pomóc, po trzecie wreszcie gdyby wyszło na jaw, że Polaczki próbują opchnąć taką chałupę za takie pieniądze, zamiast morda w kubeł i na zmywak, to by dopiero było.

Mam nadzieję, że p.t. Czytelnik wyłapał sarkazm w końcówce poprzedniego akapitu. Z sarkazmami tak już jest, przegniesz pałę i wychodzisz na chama albo idiotę. Ewentualnie jedno i drugie.

Tak czy siak, wszystko się fajnie złożyło, bo w tę sobotę, kiedy pierwsi oglądający przyszli oglądać, myśmy akurat mieli zarezerwowaną wizytę u dentysty (hurtem, całą rodziną!), więc nie byłoby nas w tym czasie w domu. Trzeba było tylko znów doprowadzić mieszkanie do nienagannego stanu, co już nie jest tak trudne jak za pierwszym razem, bo większość klamotów siedzi grzecznie w kontenerze, ale i tak pojawiają się niespodzianki – na przykład tuż przed wyjściem zacina się pasek do zamykania klatki dla kota, albo zauważamy tajemniczą plamę na samym środku kanapy… Cenne minuty uciekają, ale wreszcie udaje nam się wyjść o czasie.

Oglądający przyszli o 14:00. Już o 14:40 dostaję telefon od agenta, że wszystko poszło cacy i jak chcemy, możemy wracać na chatę. Z piątki oglądających dwójka umawia się na drugie oglądanie, co jest dobrym znakiem, bo oznacza, że mieszkanie wpadło im w oko i być może nawet rozważają złożenie oferty. Kolejna trójka umawia się na najbliższą środę, i jeszcze dwóch na sobotę za tydzień.

Gdzieś po drodze krystalizują nam się opcje zakupu nowego mieszkadełka. Z potencjalnych sześciu czy siedmiu lista zmniejsza się do dwóch. Na jedno nas stać, na inne nie za bardzo – i to nawet przy założeniu, że nasze dublińskie mieszkanie sprzeda się bardzo wysoko. Wysyłamy do banku zapytanie, czy nie dałoby się pożyczyć ciut więcej kapusty. Po około dwóch tygodniach dostajemy odpowiedź, że spoko, jak najbardziej.

Liczymy kasę.

Wychodzi na to, że jeżeli dublińska chata sprzeda się ciut powyżej ceny wywoławczej, oraz jeżeli trochę naciągniemy budżet i przyoszczędzimy, będzie nas stać na ten droższy wariant. Siadamy z kartką i długopisem. Liczymy. Kombinujemy. Liczymy. Dyskutujemy. Liczymy. Ku memu zdumieniu tym razem zwyciężył zdrowy rozsądek: nie ma co szaleć, lepiej sobie zostawić niewielki zapas pieniędzy „na wszelki wypadek”, niż przeholować w drugą stronę i kolejny kwartał mieszkać na nieumeblowanym mieszkaniu i jeść tynk ze ścian. Tym bardziej, że ten tańszy domek chociaż ma o 20 metrów kwadratowych mniej miejsca, ma o wiele lepiej przemyślany układ pomieszczeń. A przecież nie samym metrażem człowiek żyje.

W międzyczasie ilość chałup do kupienia na docelowym osiedlu zmniejsza się o jeden, bo ktoś właśnie kupił jeden z czterech ostatnich domów. Zostały trzy. Wpłacamy więc na wszelki wypadek kaucję na jeden z tych trzech pozostałych, żeby nie przepadł. Po czym zanosimy intensywne modły do bogów rynku mieszkaniowego, żeby pojawiła się wreszcie jakaś oferta kupna naszego dublińskiego mieszkadła.

Mijają dwa tygodnie.

Kolejne tabuny oglądających przewalają się przez nasze mieszkadełko.

Trzy tygodnie.

Nic. Nabieramy już takiej wprawy w przygotowywaniu mieszkania do prezentacji, że staje się to stałym elementem naszej codzienności. Chałupę obejrzało już ponad 30 rodzin.

Cztery tygodnie.

Ciągle nic. Agent mówi, że zainteresowanie jest wielkie, ale póki co żadnych ofert. Odzew ogólnie bardzo pozytywny, podobno wszyscy oglądający są zachwyceni, ale ofert – zero. Null. Nada.

Zaczynamy się trochę stresować.

Szybka kwerenda w Internecie oraz wśród znajomych uspokaja nas nieco. Średnio na pierwszą ofertę czeka się teraz w Dublinie od czterech do sześciu tygodni. Jeżeli nic się nie pojawi po dwóch miesiącach, wtedy trzeba się zacząć martwić naprawdę.

Tym bardziej, ze na nową chatę depozyt już poszedł, więc zegarek tyka. Mamy tam osiem tygodni, żeby zacząć formalności, inaczej może nam tamta chata przepaść. Co prawda mam na e-mailu potwierdzenie, że te osiem tygodni to takie bardziej symboliczne i żeby się nie martwić, jak się nam obsunie o tydzień czy dwa, zwłaszcza, że to końcówka roku jest, więc wszystko i tak spowalnia – ale jednak jakiś tam niepokój jest. Brzęczy w potylicy i nie daje wypocząć.

Zaczyna się piąty tydzień.

Żeby pomóc szczęściu znajdujemy znajomego z mini-vanem, który za cenę paliwa oferuje pomoc w zawiezieniu naszych gratów na nowe mieszkadło.

Czekanie na pierwszą ofertę jest trudne. DAFT pokazuje, że w okolicy nie ma takich mieszkań jak nasze, cenę mamy sensowną (ogłoszony w międzyczasie budżet na 2017 sprawił, że pozornie zawyżona cena mieszkania okazała się jednak bardzo przystępna – szczegóły za chwilę), dzikie tłumy dwa razy w tygodniu – a mimo to ciągle cisza.

Oferta kupna

W czwartek pod koniec października dostajemy wreszcie upragniony telefon od agenta: jest oferta! O dziwo nawet nie poniżej ceny wywoławczej, tylko dokładnie tyle, za ile chatę wystawiliśmy.

Adrenalina.

Endorfiny.

Skaczemy z radości. I od razu pojawia się pytanie: akceptować czy czekać? Agent twierdzi, żeby parę dni poczekać, a nuż się pojawi drugi chętny.

Czekamy więc.

Kilka dni później pokazuje się drugi chętny i zaraz po nim, dosłownie tego samego dnia, trzeci. Drugi oferuje cenę o 5000€ powyżej ceny wywoławczej, trzeci – o 7000€.

Agent twierdzi, że teraz to już poleci jak po sznurku i że w ciągu maksymalnie tygodnia będziemy mieć konkretnego kupca i kwotę. Obdzwania całą trójkę licytujących i informuje ich o sytuacji.

Czekamy.

Trzy dni później następuje wymiana emaili między nami, agentem oraz wszystkimi licytującymi. Widzimy tylko część z nich (ochrona danych osobowych, wiadomo), jednak i to pompuje nam w krwiobieg takie ilości adrenaliny, żebyśmy nie mogli spać po nocach.

Wreszcie nadchodzi upragniona chwila: dwójka licytujących odpada, zwycięzcy chcą kupić chatę za kwotę prawie €15,000 powyżej ceny wywoławczej.

Dygresja numer jeden.

Dosłownie kilka tygodni wcześniej ogłoszono szczegóły budżetu Irlandii na 2017 – rząd ma dopłacać do zakupu nieruchomości nawet do €20,000 na łeb – stąd też ceny chałup od razu poszły w górę (rynek reaguje na takie zmiany w budżecie bardzo prężnie) i okazało się, że nasza niby zawyżona cena wywoławcza była teraz całkiem atrakcyjna. I właśnie dlatego licytujący szli tak ostro w górę.

Koniec dygresji numer jeden 😉

Tak czy siak, w pierwszym tygodniu listopada dostajemy e-maila od agenta, że kupujący wpłacili depozyt i są gotowi na podpisanie umowy kupna. Kołowrotek rusza, nasz prawnik mówi, że w ciągu maksymalnie 20 dni wszystkie formalności powinny być uregulowane.

Innymi słowy może się okazać, że w okolicach połowy grudnia będziemy musieli opuścić nasze dublińskie mieszkanko.

Informujemy więc agenta w Newbridge (tam, gdzie kupujemy domek), że sytuacja ma się tak a nie inaczej, i żeby szykował się do sprawnego przygotowania procedury kupna.

Bank upewnia się w międzyczasie, czy już ma wydawać „full sanction” czy może mają jeszcze poczekać? Bo takie „full sanction” jest ważne „tylko” przez sześć miesięcy i potem trzeba całą procedurę zaczynać od nowa. Potwierdzam, że mogą wydawać.

Czekamy.

Więcej załatwiania

W międzyczasie nagabuję kuzynkę z okolic Newbridge, czy w razie gdybyśmy mieli awarię pod tytułem „tu-już-sprzedane-a-tam-jeszcze-nie-kupione”, czy dałaby radę przekimać naszą czwórkę (plus kot!) przez okres świąteczno – noworoczny. Kuzynka zgadza się, jednakże pod warunkiem, że weźmiemy ze sobą również nasz słynny ekspres do kawy, który podobno robi najlepszą kawę w tej części Drogi Mlecznej. Błogosławimy więzy rodzinne i chętnie zgadzamy się na zabranie tego ekspresu 😉

W tymże samym międzyczasie (pierwszy tydzień listopada) bierzemy obydwoje z Żonką dzień wolnego od pracy i jedziemy do Newbridge załatwiać szkoły i przedszkola dla dzieciaków. Szkołę podstawową córce załatwiliśmy od ręki (tak naprawdę wysłałem wcześniej kilka e-maili, spodziewali się nas i mieli wszystko przygotowane), przedszkole Młodemu też już praktycznie mieliśmy nagrane, tylko trzeba było formularz wypełnić – no ale jak już jesteśmy na miejscu, postanowiliśmy przy okazji objechać gimnazja. Niby to jeszcze prawie trzy lata, kupa czasu, ale skoro jest okazja, lepiej wcześniej niż później. Jedno gimnazjum okazało się chłopięce, drugie babskie (zapisaliśmy), trzecie mieszane (prywatne) – też zapisaliśmy, a czwarte państwowe, darmowe, ale jeszcze nie przyjmowali zapisów na 2019 rok.

Oczywiście skoro już jesteśmy na miejscu, to też spróbowaliśmy załatwić Młodemu szkołę podstawową (startuje w 2018), udało nam się namierzyć odpowiednią organizację rozporządzającą przydziałami dzieci do poszczególnych szkół, wypełniliśmy kolejny zylion formularzy, czekamy.

Potem jeszcze do lokalnego meblowego, sprawdzić ile mniej więcej będzie nas kosztować umeblowanie mieszkania, jakie są koszty dowozu i ile się na ów dowóz czeka. I tu bardzo miła niespodzianka: okazuje się, że meble w Newbridge są na oko jakieś 30-35% tańsze niż w stolicy, a w dodatku na terenie miasteczka dowożą za darmo i jeszcze składają je w domu u klienta w cenie mebli. Hosanna!

Po kilku godzinach biegania po szkołach, urzędach i sklepach jesteśmy złachani jak psy. W nagrodę zachodzimy do knajpki i obalamy porządny obiad. Sam na sam z Żoną, bez dzieciaków, taki rarytas się często nie zdarza.

Wracamy do domu.

Czekamy.

Wiemy, że wkrótce czeka nas tzw. survey – przyjdzie fachowiec opłacany przez nabywcę naszego dublińskiego mieszkania i będzie sprawdzał zgodność mieszkania z różnymi normami i standardami. Jedyne, co na 100% musimy poprawić, to zamontować samozamykacze do drzwi, pieszczotliwie nazywane przez nas „gilotynkami” – siła, z jaką te sprężyny potrafią zatrzasnąć drzwi potrafi odrąbać dziecku palce u rączek, a kotu złamać ogon. No ale przepis to przepis, dlatego próbujemy się dowiedzieć, kiedy ów survey ma nastąpić, żeby dzień wcześniej zamontować te nieszczęsne samozamykacze. Nowi właściciele wymontują je pierwszego dnia, natychmiast po wprowadzeniu się. Śmieszne to jest trochę, no ale wyżej dupy nie podskoczysz.

Kasa, kasa, kasa

Tysięczny raz próbujemy też przeliczyć budżet związany z wprowadzeniem się na nową chatę. Tam jest kompletnie goło, nawet podłóg nie ma. Sprawdzamy ceny paneli – może taniej wyjdzie sprowadzić z Polski? Tutaj porządne panele podłogowe potrafią kosztować ponad €50 za metr kwadratowy, co przy 150 metrach do pokrycia (no dobra, ciut mniej, bo kafelki w łazienkach) daje, bagatelka, prawie pięciocyfrową kwotę za same panele z robocizną. Musi się dać taniej, nie ma innej opcji (a może kłaść panele samodzielnie? hmmm). Do tego przydałoby się drugie auto (dla opiekunki – do szkoły będzie ponad dwukrotnie dalej niż obecnie), trzeba wyposażyć kuchnię, łazienki, sypialnie, biuro…

Jeśli chodzi o koszty życia, powinny się mniej więcej zrównoważyć. W Dublinie, mieszkając w bloku, płacimy czynsz (management fee) w kwocie prawie dwóch tysięcy Euro rocznie. Tam tego nie ma. Z drugiej strony tutaj robimy rocznie ledwie 30,000 kilometrów autem, tam będziemy robić dwa albo i trzy razy tyle. Z trzeciej strony, tutaj wydajemy na ogrzewanie jakieś 250-300 Euro co dwa miesiące. Tam, jeżeli wierzyć opowieściom sąsiadów, powinniśmy się zamknąć w kwocie około €600 rocznie. Z czwartej strony tu za wodę płacimy ryczałtem (niedużo – około €65 na kwartał) a tam będzie licznik, co podwoi-potroi tę kwotę, pi x oko. Z piątej strony tu grzejemy wodę prądem / gazem, tam będą panele słoneczne. Tu dodać, tam odjąć, liczu-liczu-liczu, wychodzi na to, że koszty życia będą podobne.

To znaczy, tak to wygląda na papierze. A jak będzie w rzeczywistości to się dopiero okaże.

Czekamy.

Żałoba #1

I oto pod koniec pierwszej połowy listopada uderza nas informacja z ostatniej chwili: domek w Newbridge potrzebuje jeszcze odrobiny wykończenia, zanim będzie się można do niego wprowadzić. Wykończenie obejmuje: pomalowanie ścian, wyposażenie kuchni oraz zrobienie wbudowanych szaf w sypialniach. Łączny czas: około czterech tygodni od chwili podpisania umowy kupna, ale ponieważ jest okres świąteczny, możemy z marszu przyjąć, że będzie o tydzień dłużej. Mamy im też podać z wyprzedzeniem na jaki kolor ma być pomalowane wnętrze – żeby malarze byli już przygotowani zawczasu.

Pytamy agenta, jak konkretnie wygląda sprawa z tym podpisaniem umowy kupna. Okazuje się, że najczęściej umowę sprzedaży starego mieszkania oraz kupna nowego podpisuje się tego samego dnia, u prawnika. To daje nam odrobinę nadziei – prawnik twierdzi, że umowa będzie podpisana w ciągu 20 dni, czyli na początku grudnia. A to by oznaczało, że w okolicach drugiego tygodnia stycznia mamy szansę się wprowadzić na nową chatę.

A jak się nie uda?

Liczymy.

Może hotel? Może jakieś B&B? Może jakiś short-term house rent? Tak czy siak wygląda na to, że mogą nas jednak czekać dwie przeprowadzki, w dodatku ta pierwsza pociągnie nas ostro po kieszeni.

Rozpatrujemy różne, najdziksze pomysły jak to obejść. Na pewno możemy zrezygnować z wbudowanych szaf w sypialniach, co powinno nieco skrócić czas potrzebny na wykończenie mieszkania. Trzeba zagadać z agentem. Myślimy, żeby oddać starsze dziecko na przechowanie do zaprzyjaźnionych rodziców z klasy, a młodsze może przecież zacząć przedszkole z tygodniowym czy nawet dwutygodniowym poślizgiem. Myślimy, żeby zagadać do kupujących nasze dublińskie mieszkanie, czy by nas nie przekiblowali na starym dublińskim mieszkaniu przez tydzień albo dwa w styczniu, zanim dom w Newbridge będzie gotowy. Myślimy, czy by nie wykończyć domku samodzielnie, co zaoszczędziłoby tych 4-5 tygodni kosztem jednakowoż sporego nakładu pracy (i pieniędzy). Wszystkie pomysły po kolei odpadają.

Myślimy.

Liczymy.

Dyskutujemy.

Czas leci, a my w kropce.

Kombinujemy.

Rozmawiamy raz jeszcze z agentem z Newbridge i okazuje się, że w zasadzie jeżeli uda nam się podpisać tę nieszczęsną umowę na początku grudnia, a także jeżeli zrezygnujemy z wbudowanych szaf (z których i tak mieliśmy zrezygnować), to powinno się udać zrobić przeprowadzkę „na jeden raz”.

Z kolei nasz dubliński agent tłumaczy nam, że z jednej strony kupujący nasze mieszkanie ludzie będą się chcieli wprowadzić jak najwcześniej, ale z drugiej z kolei nikt nas na bruk nie wyrzuci, i że w większości przypadków udaje się tego typu transakcje zorganizować tak, żeby nikt nie był poszkodowany.

Końcem końców dochodzimy do wniosku, że najlepiej będzie się wynieść z domu tuż przed Wigilią, załadować się w auto i wbić się na kwadrat kuzynce. Dzięki temu nowi właściciele naszego mieszkania będą mogli spędzić święta już tutaj, a my sobie jakoś dalej poradzimy. Szkoła Młodej i tak kończy się 22 grudnia, a nowa zaczyna dopiero 9 stycznia, więc powinno być spoko.

Listopad mija szybko. Za szybko.

W połowie listopada kupujący załatwiają wreszcie rzeczoznawcę, który ma odwiedzić naszą dublińską pieczarę w celu stwierdzenia, czy nie ma jakich uchybień, niedociągnięć i tak dalej. Dostajemy cynk z 48-godzinnym wyprzedzeniem, dzięki czemu udaje nam się wezwać znajomego z wkrętarką, który dzielnie zakłada wszystkie gilotynki. Wredne te gilotynki są, bo mają cholernie mocne sprężyny. Odrobina nieuwagi i palec w pi…erony.

Wszystkie?

Nie, oczywiście że nie. Zapomina o jednej, tej w drzwiach do pomieszczenia z baniakiem na wodę.

Z tym baniakiem to osobna historia jest. Dawno temu w Irlandii zdarzały się klęski suszy, dlatego każde domostwo miało obowiązek mieć instalację do zbierania deszczówki. No i do dziś pozostał przepis nakazujący manie baniaka na wodę. Trochę to głupie, ale nic nie poradzisz. Przepis to przepis.

No właśnie. Za parę godzin ma przyjść rzeczoznawca, a gilotynki w drzwiach nie ma.

Walę do sąsiada po wkrętarkę i śrubki do drewna. Na szczęście ma jedno i drugie. Wracam. Modlę się do wiszącego nade mną i szyderczo chichoczącego ducha Adama Słodowego, żeby nie urwało mi zbyt wielu palców.

Gilotynkę montuję w pięć minut. Dumny niczym paw wyłączam wkrętarkę i zanim schowam ją do pudełka, dmucham w wiertło niczym w lufę dymiącego rewolweru. Żona przez chwilę zastanawia się, czy mnie nie podmienili.

Godzinę wcześniej agent informuje mnie, że kupujący wyraził chęć przyjścia razem z rzeczoznawcą, co powoduje, że w panice sprzątamy chałupę, żeby wyglądała w miarę reprezentacyjnie. Wyrabiamy się na ostatnią chwilę. Rzeczoznawca przychodzi punktualnie.

Sam.

Klniemy na czym świat stoi, ale witamy się grzecznie i dajemy gościowi rozejrzeć się po chałupie.

Dziesięć minut później – dzwonek domofonu. Jednak przyszli. Cała trójka, razem z dzieckiem, na oko parę miesięcy starszym od naszego Młodego.

No nic, myślę sobie, przecież ich nie wywalę, skoro chcą kupić nasze mieszkanie, trzeba ich potraktować po ludzku.

Tylko że jak to zwykle bywa wizyta rzeczoznawcy zajęła dwie godziny zamiast spodziewanych trzydziestu minut. Głównie dlatego, że trzeba było wszystko po pięć razy tłumaczyć i opowiadać kupującym. Po pierwszej godzinie niezręcznej ciszy jakoś udało nam się przełamać lody i nawiązaliśmy z ludźmi pierwszy kontakt. Okazuje się, że są całkiem sympatyczni i do rzeczy. Zadają dużo pytań, na przykład jak otworzyć okna na całą szerokość (mamy taki dynks z haczykiem, trzeba wiedzieć jak go użyć), albo jak działa termostat.

Dowiadujemy się też, że na Święta lecą do siebie (czyli do Włoch) i że nie spieszy im się za bardzo – w razie gdyby nam się coś poślizgnęło, mamy nie panikować tylko robić swoje, oni poczekają.

To dobra wiadomość. To oznacza, że prawie na pewno uda się załatwić całość za pomocą pojedynczej przeprowadzki.

Yay.

Rzeczoznawca na odchodne mówi, że chata jest cycuś glancuś i że oprócz jednego czy dwóch drobiazgów, które wynikają ze zwyczajnego, codziennego użytkowania mieszkania, nie ma się do czego przyczepić.

No i fajnie. Kolejna pozycja odfajkowana.

W międzyczasie przychodzi pocztą z banku dokument zwany Letter of Offer. A konkretnie – kserokopia, bo oryginał został wysłany do naszego prawnika. Pisze na nim, że bank zgadza się na pożyczenie nam takiej to a takiej kwoty na zakup nowego mieszkania, i że musimy jeszcze tylko podpisać ten dokument w obecności naszego prawnika oraz dopilnować, żeby umowy ubezpieczenia na życie oraz ubezpieczenia mieszkania od pożaru / zniszczenia / włamania były podpisane na odpowiednie kwoty i lata. Jedna umowa jest w przygotowaniu (na życie), a druga musi poczekać. Trick polega na tym, że umowa ubezpieczenia mieszkania od pożaru musi mieć wpisaną kwotę tzw. full rebuild cost czyli kosztu pełnej odbudowy – w razie, gdyby pożar był na tyle złośliwy, że spaliłby chatę od krokwi po fundamenty. Kwotę taką może nam ustalić wyłącznie rzeczoznawca, za którego musimy zapłacić €150. Dzwonimy do rzeczoznawcy, zamawiamy usługę wyceny, płacimy przez telefon (niech żyje plastik!), czekamy.

Równolegle dogrywamy szczegóły z budowlańcami, którzy będą nam wykańczać kuchnię i malować wszystkie pomieszczenia. Mówimy im, że nie chcemy wbudowanych szaf. Oni nam na to, że w takim razie cena domu pójdzie w dół o dwa tysiące Jerzych. Nam to raczej nie na rękę, bo jeżeli cena się zmieni, będziemy musieli apiat’ od nowa zaczynać cyrk z bankiem. Pytamy, czy nie dałoby się za te dwa tysiące dołożyć kamiennego blatu do kuchni.

Dałoby się. Tylko trzeba wybrać kolor i typ tego blatu. A także dokładne modele wszystkich urządzeń, które będą pod tym blatem, żeby właściwe otwory wyciąć. A więc: zlew, kuchenka, kran. Lodówka też by się przydała, żeby wiedzieli jaką szafkę pod zabudowę zrobić. Kolejny weekend spędzamy on-line szukając całego sprzętu AGD do kuchni, wybierając kolory granitów oraz modląc się, żeby kolory owe były akurat lokalnie dostępne.

Wysyłamy szczegóły budowlańcom, odpisują, że super, wszystko już wiedzą, jak tylko dostaną zieloną flagę od swoich mocodawców, mogą zaczynać.

Listopad zaczyna się kończyć. Grudzień na horyzoncie.

Co dalej?

W ostatnim tygodniu listopada dostajemy telefon od naszego agenta, że podejdzie we czwartek z rzeczoznawcą, który wyceni nasze mieszkanie – tak „oficjalnie”, dla banku.

No i tu trochę blady strach, bo pamiętamy jeszcze nasze przygody z wycenami tego mieszkania jak je kupowaliśmy. Mechanizm jest boleśnie prosty: jeżeli zaoferuję cenę kupna, dajmy na to, €100,000, a rzeczoznawca wyceni mieszkanie na, dajmy na to, €90,000, to bank nie pożyczy mi więcej, niż 92% od tych €90,000. Jakakolwiek „górka” musi zostać pokryta z mojej własnej kieszeni, bezpośrednio do kieszeni kupującego.

Jeżeli więc teraz okaże się, że naszą chatę rzeczoznawca wyceni taniej, niż (dość naszym zdaniem wysoka) oferta kupna, to niewykluczone, że kupujący będą musieli kombinować, żeby ich było stać na kredyt.

Na szczęście agent mnie uspokaja, tego konkretnego rzeczoznawcę zna dość dobrze, bo już długo siedzi w tym biznesie, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby wywinął jakiś numer. Na ogół najpierw pyta o kwotę oferty kupna, a dopiero potem zabiera się za wycenianie nieruchomości – i parę groszy w tę czy we w tę nie robi mu wielkiej różnicy.

Znamy ten temat sprzed pięciu lat, kiedy to musieliśmy powtarzać wycenę chyba z sześć razy. Pod koniec rzeczoznawca po prostu pytał ile ma być i – o ile podana przez nas kwota mieściła się w granicach rozsądku oraz (prawdopodobnie) błędu statystycznego – bez problemu wystawiał nowy papier.

Tu ma być podobnie, tylko teraz jesteśmy po drugiej stronie barykady i nie mamy na ten proces żadnego wpływu.

W przeddzień wizyty rzeczoznawcy sprzątamy mieszkanie na cycuś-glancuś – i czekamy.

W międzyczasie przychodzi kopia umowy ubezpieczenia na życie. Przeglądamy, wszystko się zgadza. Następnego dnia zanoszę papierek do banku – i odfajkowuję kolejną pozycję z niekończącej się listy.

Dzieje się.

Dzieje się, bo – ciągle jeszcze w listopadzie – przechodzimy krótką, ale intensywną epidemię jakiegoś cholerstwa. Kaszel taki, że okna drżą. Katar w ilościach hurtowych. Gorączka – między 37 a 39, więc nie ma paniki, ale różowo też nie jest. Wszyscy po kolei. Najpierw Młody, potem Żonka, potem ja, na końcu Młoda. W sumie jakieś dwa tygodnie szpitala w domu. Antybiotyki, syropki, cytryna, sok z cebuli, kamfora, podwójne swetry, przekaszlane, nieprzespane noce. U lekarza i w aptece czujemy się jak w domu.

Ale wreszcie dziadostwo odpuszcza.

Któregoś (ciągle listopadowego) dnia przychodzi e-mail od naszego prawnika, że dostał wreszcie umowę z banku i że mamy do niego przyjść szóstego grudnia i ją Podpisać.

Szósty grudnia – toż to akurat Mikołajki będą! Fajny prezent. O ile oczywiście coś po drodze nie wyskoczy. Tfu, tfu, odpukać.

Czekamy.

W tle tego całego kociokwiku dowiadujemy się z lokalnych wiadomości, że właśnie został otwarty odcinek kolei, dzięki któremu będzie można dojeżdżać bezpośrednio z Newbridge do południowych części centralnego Dublina. Przecieramy oczy. No bo wszystko fajnie, tylko skąd oni, kurdę, wiedzieli, że my się właśnie teraz przeprowadzamy do Newbridge?

Magia, panie. Obiecujemy przybić lokalnemu Ministrowi Komunikacji piątkę w razie gdybyśmy go mieli kiedyś spotkać.

Czekamy.

Dygresja numer dwa.

Na początku grudnia przychodzi mi przypomnienie z NCT. Mam czas do końca pierwszego tygodnia stycznia. Spoko, kupa czasu, jednak na wszelki wypadek zerkam czy są wolne terminy w pobliżu. Są, w hurtowych ilościach, do wyboru do koloru. Postanawiam zarezerwować najbliższą sobotę, żeby mieć test z głowy. Upewniam się, że niczego mi nie brakuje – na stronie NCT mają taką zgrabną listę rzeczy do sprawdzenia, zanim się do nich pojedzie.

Sprawdzam, wszystko jest… z wyjątkiem certyfikatu rejestracji auta, który spokojnie zalega w jednym ze szczelnie zapieczętowanych pudeł w wynajętym prawie trzy miesiące wcześniej kontenerze.

Jedną z zalet dobrej organizacji pakowania klamotów podczas przeprowadzki jest precyzyjne oznaczanie co się ma w którym pudle.

Jak wspomniałem wcześniej, myśmy stracili rachubę w okolicach kartonu numer 62 (chyba, gdybym pamiętał dokładny numer to bym nie mówił, że pogubiliśmy numerację 🙂 ). W dodatku segregatory z dokumentami służyły nam często jako usztywniacze ścianek kartonów, więc zamiast wrzucić wszystkie segregatory do jednego kartonu, zostały one rozproszone w mniej lub bardziej przypadkowy sposób między poszczególne kartony.

Efekt?

Żeby zrobić NCT, potrzebuję tego papierka. A to oznacza konieczność otwarcia około 30 (przy dobrych wiatrach i sprzyjającym oku Świętej Bogini Statystyki, która jednakowoż lubi bywać złośliwa kiedy tylko ma ku temu okazję) kartonów i przejrzenia znalezionych w nich segregatorów.

Cholera.

Na wszelki wypadek zerkam w Google jak sobie radzą ludzie, którzy na przykład zgubili ten dokument. Bo przecież ludzie gubią dokumenty, prawda? Gubią je, tracą w wypadkach, nie uważają na psy, dzieci, powodzie i pożary… no, wiadomo.

I co?

I jest! Wystarczy wypełnić formularz, dać go do podpisania lokalnemu stróżowi prawa a następnie podesłać do właściwego urzędu, a oni odeślą (za drobną opłatą) kopię certyfikatu.

Drukuję formularz, wypełniam, podpisuję, dyrdam na posterunek Gardy, Garda stawia swój podpis i pieczątkę, kic-kic na pocztę, wysyłam, uff.

NCT załatwiłem na początku grudnia – certyfikat okazał się niepotrzebny. Zresztą zdaje się już o tym pisałem wcześniej, w innym wpisie.

Koniec dygresji numer dwa 😉

Szóstego grudnia (Mikołaj!) nadchodzi upragniona chwila podpisania umów kupna jednego mieszkania i sprzedaży drugiego. Póki co nie mamy jeszcze wieści od ludzi kupujących nasze mieszkanie, ale jesteśmy dobrej myśli.

Przymiarki do przymiarek

W międzyczasie nasz bank wysyła do Newbridge swojego rzeczoznawcę, żeby ten potwierdził, że chata jest warta tyle to a tyle. Rzeczoznawca potwierdza, za co kasuje nas półtora stówki. Jego raport jednakowoż mówi wyraźnie, że ponieważ dom nie jest jeszcze dokończony (kuchnia, malowanie itd), będzie potrzebna jeszcze jedna wizyta (również za półtora stówki) jak już wszystko będzie zrobione. Trochę nas to niepokoi, bo cała akcja może się przez to przeciągnąć, ale trudno. To jedna z tych rzeczy, na które nie mamy wpływu.

Na początku grudnia dostajemy również email od firmy, która będzie nam wykańczać kuchnię, że dobrze by było, żebyśmy w miarę wcześnie zamówili kuchenkę i zlew, żeby można było wykroić i zamontować blat kuchenny (bez zlewu i kuchenki się nie da). Zamawiamy, ale na wszelki wypadek jeszcze na stary adres. Jak by nie patrzeć jeszcze nie jesteśmy właścicielami domku w Newbridge, bezczelnie byłoby już zamawiać cokolwiek na tamten adres.

Myślimy też o poczcie – nasz dubliński adres jest zarejestrowany w pierdylionie różnych miejsc, większość z nich pamiętamy (robimy sobie listę), ale przy tej ilości na pewno coś przeoczyliśmy. Zastanawiamy się, czy nie zamówić na poczcie usługi przekierowania adresu. Kosztuje to wprawdzie parędziesiąt euro rocznie, ale gwarantuje, że jakakolwiek korespondencja wysłana do nas na adres dubliński dotrze do Newbridge.

Szósty grudnia

Wróćmy jednak do pamiętnej daty szóstego grudnia. Otóż około godziny piątej po południu spotkaliśmy się z naszym prawnikiem, żeby podpisać końcowe papiery na obydwie transakcje.

Ale jak to w życiu bywa okazało się, że sprawa nie jest tak prosta, jak by się nam mogło wydawać. Wszystko dlatego, że jak dotychczas w proces zamieszanych jest strasznie dużo różnych osób i instytucji:

  1. My
  2. Nasz prawnik
  3. Ludzie, którzy kupują nasze mieszkanie
  4. Ich prawnik
  5. Deweloper, który sprzedaje nam mieszkanie
  6. Jego prawnik
  7. Nasz bank
  8. Bank „naszych” kupujących
  9. Bank dewelopera z Newbridge (ten akurat jest tu najmniej istotny, ale jest)
  10. Firma, która wykańcza nasze mieszkanie w Newbridge
  11. Druga firma, która wykańcza nasze mieszkanie w Newbridge
  12. Rzeczoznawca z jednego banku
  13. Rzeczoznawca z drugiego banku
  14. Nasza spółdzielnia mieszkaniowa
  15. Dun Laoghaire County Council (czyli coś w rodzaju starostwa powiatowego, pi x oko)

Pomiędzy wszystkimi tymi ludźmi i instytucjami musi nastąpić odpowiednio zsynchronizowany przepływ najrozmaitszych dokumentów, pieniędzy, komunikatów, informacji oraz wydarzeń. Jak się nietrudno domyślić, cudem byłoby, żeby któreś z oczek tego łańcucha pokarmowego nie wprowadziło opóźnień.

Bez wchodzenia w szczegóły powiem tylko, że szóstego grudnia zamiast podpisać końcowe dokumenty kupna i sprzedaży podpisaliśmy tylko wydrukowanego naprędce e-maila z listą różnych pytań od prawnika „naszych” kupujących, a także odpowiedzieliśmy na kilka dodatkowych pytań, które postawił nam nasz prawnik, żeby w razie czego miał oręż do korespondencji z różnymi podmiotami z powyższej listy.

Szóstego grudnia ustaliliśmy również datę PRAWDOPODOBNEGO zamknięcia całego tego pierdolnika. Okazało się, że przy dobrych wiatrach powinno udać się zakończyć całą tą rozpierduchę w okolicach… ósmego lutego 2017.

Żałoba #2

Droga powrotna do domu tamtego dnia była pełna żałobnych nastrojów. No bo tak: zamówiliśmy już parę klamotów na nowe mieszkanie, okazuje się, że za wcześnie. Nagraliśmy już dzieciakom szkołę i przedszkole w Newbridge na początek stycznia – okazuje się, że za wcześnie. Ponagrywaliśmy już różnych ludzi, żeby mieć pokrycie do opieki nad dziećmi – trzeba to będzie teraz poprzesuwać, żonglować, świecić oczyma i tak dalej.

W dodatku styczeń jako miesiąc następujący po grudniu (który ma niewiele dni roboczych) jest na ogół miesiącem „chudym” – przez te wszystkie przesunięcia musimy jeszcze raz na spokojnie przeliczyć budżet i zobaczyć, czy kołderka nie okaże się w którymś miejscu za krótka.

Liczymy. Dyskutujemy. Kombinujemy.

Ciągle nie wiadomo jak sobie poradzimy z okresem styczeń – luty. Nasz prawnik pisze sążniste e-maile do „naszych” kupujących, żeby się streszczali z papierkową robotą etc etc. Prawnik dewelopera z Newbridge dopytuje się jak tam nasze postępy. Bank ciągle jeszcze weryfikuje nasze polisy ubezpieczeniowe. Wszystko się gdzieś tam w tle mieli i miesza, prawie na nic nie mamy wpływu, musimy tylko czekać i kombinować, żeby nie zostać pod mostem na styczeń i kawałek lutego.

Dygresja numer trzy

Podczas wizyty u naszego prawnika dowiedzieliśmy się, że irlandzki system prawny w zakresie handlu nieruchomościami siedzi jeszcze głęboko w latach sześćdziesiątych zeszłego stulecia. I że jest dość słabo przystosowany do takich transakcji wiązanych. „Łańcuszkowych”, jak to facet określa.

Nie wystarczy bowiem podpisać umowę. Trzeba jeszcze upewnić się, że wszyscy dostali swoją kopię i odesłali ją komu trzeba i kiedy trzeba. A jeżeli w międzyczasie ktoś się zdecyduje wycofać (bo się rozmyśli albo bank mu w ostatniej chwili odmówi), robi się kompletny clusterfuck i wtedy dopiero może być jazda bez trzymanki.

Jest tak, ponieważ dawnymi czasy transakcje „łańcuszkowe” były bardzo, bardzo rzadko spotykane. Ktoś na ogół najpierw sprzedawał chałupę, czekał chwilę i dopiero kupował następną, eliminując w ten sposób nerwy związane ze zbyt dużą ilością zależności między różnymi podmiotami.

Ale na przykład w czasie boomu, kiedy ceny nieruchomości szły w górę jak głupie, ludzie próbowali być sprytni: najpierw rezerwowali sobie nieruchomość do kupienia (bo dziś taniej niż za tydzień), a potem odwlekali maksymalnie transakcję sprzedaży poprzedniej nieruchomości, żeby uzyskać możliwie najkorzystniejszą cenę. Efekt: coś jakby kazać koniowi pchać dorożkę zamiast ją ciągnąć.

Koniec dygresji numer trzy 🙂

Żałoba #3

Na początku drugiej połowy grudnia spotykamy się znów z prawnikiem. Sprawy się komplikują. Okazuje się, że być może trzeba będzie wpłacić zaliczkę w kwocie 10% wartości nieruchomości, żeby sprawę popchnąć dalej. Prawnik ma to jeszcze ostatecznie potwierdzić, ale raczej powinniśmy się nastawić na to, że trzeba będzie z dupy wytrzasnąć parędziesiąt tysięcy Jerzych. Pstryk!

To jest dla nas novum. Dlatego ciśniemy prawnika, żeby to czym prędzej wyjaśnił, i żeby się okazało, że to jakaś pomyłka jest… Nie była.

Końcem końców może się więc jednak okazać, że trzeba będzie najpierw sprzedać dublińskie mieszkanie, przeprowadzić się do jakiegoś B&B na tydzień albo trzy i dopiero potem przeprowadzka na własne.

W międzyczasie zaczyna się przedświąteczne spowolnienie i prawnik nam mówi, że kolejne spotkanie dopiero w połowie stycznia.

Dwa dni później dostajemy telefon od prawnika dewelopera z Newbridge, kiedy wpłacimy te 10% wartości, bo skoro umowa już podpisana to wypadałoby teraz przelać kasę.

Ja im na to, zgodnie z prawdą, że tyle to nie damy rady bo nie mamy takiej kasy.

– A ile byście mogli?

– Pojęcia nie mam. Dam znać do jutra.

Nowa nadzieja

Błyskawicznie kontaktuję się z trójką ludzi, co do których mam jakiekolwiek podejrzenia, że mogą mi na krótką chwilę pożyczyć pięciocyfrową ilość Jerzych. Dwójka z nich od razu wysyła mnie na drzewo. Trzeci natomiast mówi że spoko, właśnie czeka na duży pięciocyfrowy przelew i jak ten przelew wejdzie mu na konto to on zaraz te Jurki nam puści. Z tym, że całej kwoty to nie będzie miał, może najwyżej jedną trzecią…

Oddzwaniam do Newbridge, klaruję jak sprawa wygląda. Okazuje się, że jedna trzecia z tych 10% też w zupełności wystarczy.

Czekanie

A więc czekamy niczym kania dżdżu na ten nieszczęsny przelew od znajomego numer 3. Sprawa jest o tyle niezręczna, że z gościem znam się od dość dawna i jest to naprawdę cenna dla mnie znajomość. Nie dlatego, że zdecydował się pożyczyć mi na gębę pięciocyfrową ilość Jerzych, tylko dlatego, że reprezentuje podobne do mojego podejście do świata czyli krótko mówiąc ma tak samo narąbane pod deklem jak ja. A jak wiadomo pożyczanie pieniędzy (w którąkolwiek stronę) to najkrótsza droga do popsucia znajomości. Niemniej jednak jesteśmy na tyle przyciśnięci do gleby przez tą całą sytuację, że poza odwieszeniem aureoli na kołek i czekaniem nic innego nie możemy zrobić. Może z wyjątkiem przeliczania budżetu po sto razy dziennie i sprawdzaniu, czy czegoś się nie da uszczknąć tu i tam, żeby nieco poprawić sytuację. Ale ciemno to widać. W takim rodzinnym, domowym budżecie miesięcznym można próbować urwać parę dyszek na poszczególnych pozycjach, do kwot pięciocyfrowych daleko jak stąd do Grójca.

Czekamy.

Święta

W przeddzień świąt zaczynamy się niepokoić. Znajomy, który się zaoferował z pożyczką, ciągle nie dostał swojego dużego, pięciocyfrowego przelewu, w związku z czym nie może przelać z pustego w próżne, w związku z czym zaczynamy wpadać w kolejne fazy rozterki. I kombinować.

Wreszcie wykombinowaliśmy, że jakby tak uszczknąć cały limit z karty Visa a także pozbyć się pracowicie odkładanych oszczędności (mamy takie osobne konto, na które puszczamy raz na jakiś czas parę groszy, na wszelki wypadek), akurat wyjdzie nam z tego tyle, ile trzeba.

Za cenę rezygnacji z psychicznego komfortu posiadania oszczędności oraz dodatkowo za cenę wysokich odsetek z Visy udaje nam się zebrać całość kwoty, którą przelewamy gdzie trzeba (czyli na konto prawnika w Newbridge). Kwota jest na tyle wysoka, że przelew muszę wykonać w banku (dzienny limit przelewów on-line to pięć tysięcy Jerzych, musiałbym przelewać po kawałku przez kilka dni, szkoda zachodu). Idę do banku, wypełniam sążnisty formularz, pani bankownica ogląda moje prawo jazdy, na którym widnieje moja gęba sprzed jakichś dwudziestu lat, zagląda jeszcze na konto, żeby się upewnić, czy jest na nim wystarczająco dużo kapusty, wreszcie przybija pieczątkę na dole formularza i mówi:

– Wszystko w porządku, pieniążki będą przelane gdzieś między świętami a końcem grudnia.

Mamy więc w święta gołe konto bankowe, Visę zadłużoną prawie do końca limitu, ale poza tym jesteśmy na bieżąco. Kolejna przeszkoda za nami.

Same święta były w tym roku mało świąteczne, o czym zdaje się już wspominałem w osobnym wpisie. Spędziliśmy je w wersji maksymalnie leniwej, z minimalną zawartością świąt w świętach. Taki… dłuższy weekend w zasadzie. Bardzo odświeżąjące doświadczenie, na które zachęcam każdego zatwardziałego świętowicza.

Do Sylwestra nic się w kwestii zakupu mieszkania nie posuwa do przodu, ponieważ okres końcówki grudnia jest w Irlandii (i nie tylko tutaj) martwy. Staramy się przynajmniej przez tych parę dni nie martwić nadchodzącą w styczniu nawałnicą wydarzeń.

2017

Sylwester był u nas (jak zwykle) mało pijacki, ot po kieliszku wina musującego, więc pierwszego stycznia nie musieliśmy leczyć kaca (jak większość sąsiadów). Drugiego stycznia, chociaż to dzień roboczy (poniedziałek), nadal nic się nie wydarzyło, ponieważ większość biur otwiera swoje podwoje dopiero we wtorek stycznia trzeciego.

Potem sprawy zaczęły się posuwać nieco żwawiej, ale nie bez niespodzianek.

Prąd

Zaczęło się od podłączenia prądu. Okazało się, że licznik, owszem, jest, ale niepodłączony.

Trzeba było spędzić dobre dwie godziny na infolinii operatora prądowego, żeby założyć sobie nowe konto na nowym adresie (bzdura, bo mam u nich już konto na starym adresie, ale widać nie przyszło nikomu do głowy, że ten sam człowiek może mieć więcej adresów). Potem uganianie się za technikiem, który to faktycznie ma podłączyć – z początkowych dwóch tygodni czekania zrobiło się nagle tygodni dwanaście (brrr!), ale po wykonaniu paru zdenerwowanych telefonów udało się zejść z czasem do czterech dni.

W międzyczasie na terenie naszego przyszłego domu pojawili się budowlańcy – wykończeniowcy, którzy zażyczyli sobie, żeby im dostarczyć zlew oraz kuchenkę.

Na szczęście byliśmy na to przygotowani – trzeba było pojechać wcześnie rano z klamotami, przyjrzeć się rozpierdusze, jaką budowlańcy zdążyli zrobić, przekazać im rzeczone artefakty i modlić się, żeby wszystko ładnie poszło.

W międzyczasie zamówiliśmy jeszcze niezależnego rzeczoznawcę, tak na wszelki wypadek, żeby się nie okazało w ostatniej chwili, że mamy pleśń na strychu albo szczury w piwnicy.

To oczywiście taki żarcik. W Irlandii nie ma piwnic, poza nielicznymi wyjątkami. Tu w większości miejsc pięć centymetrów pod trawą zaczyna się skała.

Rzeczoznawca skasował nas jak za zboże, po czym wyprodukował bardzo szczegółowy raport wielkości Necronomiconu, z którego wynika, że chałupa jest w idealnym stanie. Uff.

Czekamy.

Czekamy aż fachowcy skoczą malowanie i kuchnię. Potem trzeba będzie zamówić jeszcze jedną wycenę dla banku.

W międzyczasie „nasi” kupujący pytają się, czy długo jeszcze nam zejdzie i kiedy zamierzamy się wynosić ze starych śmieci, bo w sumie to oni już by się chcieli wprowadzić. Wedle papierów ma to nastąpić w okolicach szóstego lutego i tej wersji się trzymamy.

W międzyczasie (jak widać w tym wpisie większość rzeczy wydarza się „w międzyczasie”) trzeba było jeszcze załatwić Młodemu miesiąc przedszkola w starym miejscu. No bo według listopadowych przewidywań w styczniu mieliśmy już być TAM, więc już mu tam załatwiliśmy przedszkole (ECCE: taki program przedszkolny opłacany przez rząd, dla dzieci na dwa lata przed pójściem do szkoły), trzeba było to odkręcać, załatwiać itd. Udało się. Uff.

W styczniu udało nam się również wywieźć do schowka ostanią „dużą” rzecz, czyli łóżko z naszej sypialni. Rozłożenie i zapakowanie go w folię / kartony zajmuje nam dwa wieczory. Nad tym, czy uda nam się je złożyć, pomyślimy później. W zamian kupiliśmy sobie łóżko tymczasowe, nadmuchiwane (takie wysokie, pełnowymiarowe, na pompkę elektryczną z gniazdka). Cały styczeń śpimy na tym nadmuchiwanym łóżku, które się zabawnie kiwa i przechyla, ale nikt na szczęście nie spadł z żadnej strony. Modlimy się do wszystkich animistycznych bóstw na raz, żeby kot nie wpadł na pomysł ostrzenia sobie pazurów o to nadmuchiwane łóżko. O ile bowiem tradycyjne łóżko wytrzymuje takie akcje bez problemu, o tyle nadmuchiwane zrobiłoby tylko jedno wielkie PFFFFFF i byłoby po zawodach.

Dzieciaki, jeszcze do niedawna podniecone wizją „mania” własnych pokojów, przeszły w tryb stagnacji. Przyzwyczaiły się do ciągle pustoszejącego mieszkania i przestały już chyba wierzyć w rychłą przeprowadzkę.

Żeby nie było za nudno, moja Żonka dostaje pod koniec stycznia ofertę pracy. Prawa Murphy-ego nadal obowiązują: kasa jest co prawda ciut lepsza, sama praca wygląda na ciekawszą, tylko ta lokalizacja – bardzo blisko naszego obecnego mieszkania, z którego za 3 tygodnie planujemy się wynieść. Dyskusje, rozważania. Kalkulator. Mapa. Wóz czy przewóz? Wreszcie zapada decyzja: Żonka decyduje się na złożenie wypowiedzenia, ale dopiero po przeprowadzce + dwa tygodnie na otrząśnięcie się z pierwszego szoku. Nowy pracodawca obiecuje poczekać.

Wreszcie jakieś konkrety

Nadchodzi połowa stycznia, a wraz z nią e-mail od naszego prawnika, żeby przyjść do niego we środę 25 stycznia i podpisać resztę dokumentów. Nic więcej, żadnych szczegółów. „Jeżeli macie jakieś pytania”, pisze prawnik, „wstrzymajcie się do 25 stycznia”.

Wstrzymujemy się.

25 stycznia po południu zachodzimy już po raz trzeci (lub piąty, jeżeli uwzględnić kupno poprzedniej chałupy ponad sześć lat temu) do biura naszego prawnika. Siadamy na znajomych krzesłach.

– Dziś – mówi prawnik – zrobimy sobie jeszcze jedno ćwiczenie z podpisywania. Another signing exercise. To już ostatnie, odpukać.

Papierów jest mnóstwo. Okazuje się, że miesięcznie przez jego biurko przewija się średni około pięć tysięcy stron dokumentacji. Chyba nie mógłbym być prawnikiem, tak sobie myślę.

Przygotowując dokumenty do podpisania prawnik opowiada nam świeżą historię historię o jednym ze swoich klientów, który był w podobnej sytuacji jak nasza.

Dygresja numer 4

Facet kupował nowe mieszkanie, równocześnie sprzedając stare, i używając kasy ze sprzedaży na zaliczkowanie tego kupowanego. Trzeba było zsynchronizować przelewy żeby wszystko wydarzyło się tego samego dnia. A więc rano przelew od kupujących mieszkanie #1, który to przelew pojawił się na koncie prawnika około godziny jedenastej przed południem. Potem drugi przelew – koniecznie do godziny pierwszej – który miał pokazać się na koncie prawnika sprzedawcy mieszkania #2 w okolicach godziny 16:00.

Nie pokazał się.

Bank odbiorcy przelewu miał awarię systemów informatycznych i zrealizował wszystkie przelewy z tego dnia dopiero w okolicach godziny 19;00, kiedy wszystkie biznesy były już dawno pozamykane, w związku z czym klient musiał awaryjnie załatwiać sobie nocleg.

A teraz wisienka na torcie: klient był dyrektorem działu IT banku. Tego samego banku, który miał tamtego dnia awarię 😉

Koniec dygresji numer 4

Oprócz opowieści o spóźnionych przelewach, które mrożą nam i tak już dość mocno schłodzoną krew w żyłach, prawnik opowiada nam jeszcze o Chińczykach. Że od niedawna kupują w Irlandii dużo nieruchomości. Za gotówkę. To bogaty naród, jak się okazuje.

Potem wykonaliśmy chyba z osiem albo i dziesięć podpisów w różnych miejscach.

– Tu podpisujecie przekazanie aktu własności.

– A tutaj podpisujecie, że nie macie żadnych otwartych zatargów ze spółdzielnią mieszkaniową.

– Tu podpisujecie, że w razie gdyby wprowadzono ósmy dzień tygodnia, będziecie musieli oddać po nerce.

– …

I tak dalej, i tak dalej.

W międzyczasie prawnik podpytuje nas jak idą sprawy z nowym mieszaniem. Mówimy, że blat powinien być na dniach, że w zasadzie już prawie wszystko gotowe. Pyta, czy szósty luty to dobra data na wyprowadzenie się. Mówimy, że szóstego może być trochę za wcześnie. Ustalamy datę na ósmego lutego. Oznacza to, że ósmego lutego o godzinie pierwszej mamy przekazać klucze agentowi nieruchomości oraz ewakuować się z mieszkania, które już nie będzie nasze.

O tejże samej pierwszej godzinie prawnik spodziewa się przelewu z naszego banku, w ramach sprzedaży mieszkania. Kilka minut później wykona on przelew depozytu do prawnika z Newbridge, który powinien dostać kasę około godziny 16:00 tego samego dnia. O 16:05 dostaniemy klucze do naszej nowej chaty.

– A górka? – pytam przytomnie. – A co z górką, która zostanie z tej transakcji? Kiedy możemy się spodziewać przelewu?

Okazuje się, że górka – całkiem zresztą pokaźna – zostanie nam przelana w ciągu 5-10 dni roboczych, ponieważ nasz prawnik musi pozamykać wszystkie związane z transakcjami konta: opłacić czynsz za stare mieszanie za dwa miesiące, dostać zwrot podatku LPT, który musieliśmy opłacić jeszcze w grudniu na cały 2017 rok, przelać kasę agentowi nieruchomości, pobrać swoją prowizję i tak dalej i tym podobne.

Godzinę po wejściu, na lekko chwiejących się nogach opuszczamy gabinet naszego prawnika, który żegna nas, mówiąc, że to już wszystko jeśli chodzi o robotę papierkową – pozostało tylko przekazanie aktu własności nowego mieszkania, które nastąpi mniej więcej miesiąc później.

26 stycznia dzwonię do banku i mówimy, że wszystkie papierki z naszej strony załatwione. A bank na to, że nieprawda. Że po pierwsze czekamy ciągle na ostateczną wycenę nieruchomości w Newbridge, bo ostatnia byłą robiona kiedy kuchnia była jeszcze niekompletna, a po drugie muszę jeszcze podpisać zgodę na Direct Debit czyli na pobieranie raty kredytu z mojego konta. No więc tak: Direct Debit załatwiam od ręki, e-mailem (da się, bo mam konto w tym samym banku, w którym biorę kredyt – gdybym miał w innym, musiałbym dyrdać na pocztę), natomiast rzeczoznawcę od wyceniania mieszkań załatwiam na najbliższy poniedziałek, z informacją, że mamy krucho z czasem, więc gdyby mógł ścisnąć swoje zwyczajowe dwa tygodnie do dwóch – trzech dni, to bylibyśmy zobowiązani. Rzeczoznawca mówi, że zrobi co się da, inkasuje €65 euro.

Czekając na ostatnie podrygi machiny biurokratycznej załatwiamy kilka spraw na ósmego lutego:

  • Kot: trzeba gdzieś Kotę upchać, nie będzie przecież siedziała w klatce tyle czasu, będziemy jeździć autem w tę i we w tę jak Smerfy na widok Gargamela, kot by się tylko niepotrzebnie wymęczył. Dzwonię do znajomej kociary, która wielkodusznie zgadza się przyjąć naszą Kotę w przeddzień przeprowadzki wieczorem, na parę dni.
  • Dzieciaki: zdzwaniamy się z siostrą, która ku naszej niewysłowionej uldze akurat ma tego ósmego lutego wolne i może przekiblować nasze dzieciaki wraz z opiekunką przez parę godzin, w czasie których my będziemy jeździć po Dublinie i okolicach jak szaleni, odbierać klucze, podpisywać dokumenty, wyciągać pierwsze kartony ze schowka i tak dalej. Dobrze mieć rodzinę.
  • Awaryjnie: w razie gdyby się okazało, że bank będzie miał awarię systemów informatycznych, i że trzeba będzie gdzieś przekiblować nockę, załatwiamy nocleg u mojej nieocenionej kuzynki, która mówi, że jeżeli tylko przywieziemy ze sobą wspomniany już wcześniej ekspres do kawy, możemy u niej siedzieć nawet tydzień. Dobrze mieć rodzinę.
  • Transport: żeby było sprawniej, namawiamy męża kuzynki, żeby wziął swoje auto ósmego lutego wieczorem i pomógł nam tachać kartony z Dublina ze schowka do Newbridge. Mąż kuzynki się zgadza radośnie. Dobrze mieć rodzinę.

Oprócz tego wszystkiego dzwonimy jeszcze do Irish Water wyciągnąć od nich tzw Discharge Certificate czyli certyfikat potwierdzający, że jesteśmy na bieżąco z opłatami za wodę. Mówią, że podeślą w ciągu 4-5 dni roboczych. Czyli na styk…

Pomalutku zaczyna do nas docierać, że jeszcze dwa tygodnie i będziemy mieszkali na Nowym.

Hmmm.

Ekscytacja wymieszana z niepokojem. Jak to będzie?

Żonka w międzyczasie czeka na kopię umowy o pracę w nowej firmie, żeby móc złożyć wypowiedzenie w starej. Obydwoje przyznajemy, że moment na zmianę pracy wybrała sobie wręcz idealny.

– To się później będzie fajnie opowiadać wnukom – mówię. Śmiejemy się, ale gdzieś tam pod spodem tkwi lekki niepokój. Mnóstwo zmian na raz.

Z córką przeprowadzamy rozmowy uświadamiające ją, że w nowej szkole będzie Inaczej. Nowe znajomości, nowi nauczyciele, może się okazać, że już nie będzie najlepsza z matematyki, albo że na początku będzie miała kłopoty z załapaniem tego czy tamtego, albo może właśnie wręcz przeciwnie, że może wszystko się uda elegancko i bez tarć. I żeby się nie martwiła za bardzo, bo zawsze będzie miała nasze wsparcie w razie czego. Na razie wygląda na spokojną…

W piątek 27 stycznia dostajemy cynk od gościa, który nam wykańcza kuchnię, że wszystko gotowe i że jak chcemy, możemy wpaść w weekend obejrzeć czy wszystko w porządku.

W sobotę 28 stycznia zajeżdżamy do nowego domu i robimy półgodzinny obchód. Wszystko wygląda dobrze, z wyjątkiem jednego z pokojów, który został pomalowany jadowicie żółtą farbą, która na folderach wyglądała o wiele mniej jadowicie, ale nie przejmujemy się tym za bardzo. To tylko farba, będzie można przemalować.

Większy problem zauważamy tuż przed wyjściem: otwór na kuchenkę, wyrzeźbiony precyzyjnie w granitowym blacie technologią CNC, jest o siedem centymetrów za wąski w stosunku do szerokości kuchenki.

Siedem centymetrów to całkiem sporo, chociaż oczywiście zależy w jakim kontekście 😉 Ale w kontekście rycia w granicie to dużo jest.

Wpadamy w panikę.

Po powrocie do domu zaczynamy smarować sążnistego e-maila do faceta od blatu. Że miał wymiary podane miesiąc wcześniej, że jest gupi ciul, że trzeba to teraz będzie odkręcać, że czas, że koszty i że Wogle. Mnóstwo Wogli.

Przed wysłaniem e-maila, na wszelki wypadek sprawdzamy jeszcze raz wymiary kuchenki on-line.

Szlag.

Patrzyliśmy w złe okienko.

Wymiary zgadzają się co do joty. Kuchenka ma 56 centymetrów w jeden poprzek oraz 49 cm w drugi. A nie 56 x 56 jak sądziliśmy chwilę wcześniej. Budowlańcy z nas jak z koziego tyłka laryngofon. Czy jak to się tam pisze.

Dobrze, żeśmy tego e-maila jeszcze nie wysłali. Szybciutko kasujemy tabuny Wogli i zastępujemy je potwierdzeniem, że szafa gra i że wszystko jest Gucio i Cezar, i że będziemy in tacz.

Ostatnia prosta

Jakimś cudem wychodzi na to, że wszystkie formalności uda się podomykać przed ósmym lutego. Nie pozostaje więc nic innego jak zacząć opróżniać dublińską chatę z pozostałości gratów. W okolicach trzeciego lutego dochodzimy do ponurego wniosku, że przeliczyliśmy się z wielkością schowka. Mamy co najmniej z piętnaście kartonów więcej, niż dalibyśmy radę zapakować, w panice dzwonimy do znajomych, czy by nie dali rady przyjąć na chatę paru sztuk kartonów. Znajomi, okazuje się, właśnie wyjeżdżają na wakacje do ciepłych krajów – mamy pół dnia na podjęcie decyzji. Ładujemy kartony do auta i upychamy je na ósmym piętrze apartamentowca, na dwie godziny przed wyjazdem właścicieli na lotnisko.

Zostało jeszcze trochę kartonów, łóżeczko Młodego i parę innych klamotów, które udaje nam się upchnąć w mieszkaniu innego znajomego, którego reszta rodziny właśnie wyleciała na tydzień do Polski. Słomiany wdowiec na w domu mnóstwo miejsca, dzięki czemu w niedzielę piątego lutego mieszkanie wreszcie zaczyna przypominać to, co pamiętamy z pierwszego dnia zaraz po wprowadzeniu się tutaj kilka lat temu. Puste ściany, echo się niesie. Żyrandole pozdejmowane, zastąpione pojedynczymi żarówkami zwisającymi smętnie na pojedynczym kabelku.

W tę samą niedzielę postanawiam sprawdzić, czy jednak nie da się upchnąć jeszcze paru kartonów do schowka (w takich dużych przeprowadzkach zawsze gdzieś jest jeszcze jeden karton). Ładuję je do auta i jadę do schowka, gdzie z niezadowoleniem konstatuję, że winda towarowa nie działa. A nasz kontener jest na pięterku.

Klnę na czym świat stoi (na szczęście nikogo nie ma w pobliżu, zresztą klnę po polsku) i pracowicie przenoszę wszystkie kartony pieszo, po wąskich metalowych schodkach, na pięterko. Ładuję do kontenera i próbuję ocenić, czy telewizor się jeszcze zmieści czy nie. Wychodzi mi na to, że może się zmieścić, ale tak na docisk. Ponieważ nie chcę ryzykować połamania drogocennego ogłupiacza, postanawiam podrzucić go siostrze. Ale to już nie dziś.

O szczegółach odnośnie tej niedziałającej windy można poczytać tutaj.

W międzyczasie nowi właściciele już podali swój nowy adres i zaczyna spływać ich korespondencja. Za pierwszym razem odruchowo prawie otwieramy koperty, w ostatniej chwili zauważamy obcobrzmiące nazwiska. Uff.

Nasze nazwiska też już są na nowym adresie. Dostaliśmy pierwszy list, chociaż jeszcze nie mamy kluczy. List od elektryków, z potwierdzniem, że nam podłączyli prund. Yay!

Rozmrażamy lodówkę. To znaczy chcemy rozmrozić, ale nie wiemy jak. Szybka kwerenda w gugielnicy – nie trzeba rozmrażać, sama się rozmraża na bieżąco. Wot, urwał, tiechnika ze Szwecji. Opróżniamy lodówkę i wynosimy wszystko na balkon. Temperatura za oknem +5 stopni, czyli idealnie.

Po zdjęciu telewizora zostaje na ścianie kwadratowa dziura na kable (bardzo wygodne rozwiązanie, dzięki któremu nie widać żadnych kabli przy telewizorze, bo wszystko idzie ścianą), którą zostawiamy. Szynę do powieszenia telewizora postanawiamy zabrać, ale po ostrej walce na śrubokręty i śrubki szyna wygrywa 2:0. Śruby są bardo długie, idą przez regips aż do betonu (ściana nośna) i nijak nie idzie ich ruszyć bez ciężkiego sprzętu, którego nie mamy.

Szyna zostaje.

Odsuwamy wszystkie kanapy, szafki, łóżka, szafy i co tam jeszcze, i wśród kłębów kurzu wyciągamy z rogów i zakątków pierdylion kotów, klocków Lego, resoraków (Młody jest wniebowzięty!), gumek recepturek, długopisów, piłek do zabawy dla kota oraz całe mnóstwo innych inności, które się tam były nagromadziły.

Kot obserwuje nas z rosnącym niepokojem. Przez ostatnich kilka tygodni zdążyła się przyzwyczaić do tego, że kartony znikają, ale ponieważ na ich miejsce natychmiast wyrastały nowe, sytuacja była w miarę do opanowania. Wystarczyło znaleźć najwyżej położony karton, z którego można było zrobić centrum dowodzenia. A teraz kartony poznikały, stołu nie ma, coś się chyba święci.

7 lutego udaje nam się zamknąć ostatni karton (naprawdę ostatni!). Dzień wcześniej skończyły nam się rolki z taśmą, więc karton jest niezaklejony. Nie szkodzi. Walimy w kimono dobrze po północy, zmęczeni, złachani, ale zadowoleni.

Wielki Dzień

Nadchodzi wreszcie dzień przeprowadzki. Z samego rana zwijamy pościel i materace, pakujemy je do worów. Możemy tu mieszkać tylko do 13:00, ale opuszczamy mieszkanie wcześniej. Najpierw zawozimy Młodego wraz z opiekunką do niedaleko mieszkającej rodziny, gdzie spędzą większość dnia. Młodą podrzucamy do szkoły. Sami zabieramy się za Załatwienie Spraw.

Zostawiamy nowym właścicielom karteczkę z życzeniami szczęścia w nowym mieszkaniu, a także z kodem dostępu do drzwi na klatkę schodową, do śmietnika oraz z numerem telefonu do najbliższego chińskiego take-awaya, w razie gdyby potrzebowali na dzień dobry opędzlować coś na szybko.

Potem ładujemy resztki naszych dóbr materialnych do auta. Wygląda na to, że może się nie udać. Trochę przeceniliśmy wielkość przestrzeni załadunkowej. Na szczęście moja Żona ma ósmy zmysł w kwestiach pakowania oraz układu przestrzennego i po piętnastu minutach przetasowań w końcu udaje się upchać wszystko. Auto trzeszczy w szwach, ale kontrolki pokazują, że wszystkie drzwi są zamknięte, a my mamy nawet trochę miejsca z przodu. Cud, panie.

Następnie próbujemy załatwić przekierowanie poczty.

Standardowo robi się tak, że dzwoni się do wszystkich firm, które mają z nami jakieś biznesy i podaje się nowy adres. W naszym przypadku nazbierało się tego przez ostatnich jedenaście lat…

właśnie sobie uświadomiłem, że przez tą całą rozpierduchę przegapiliśmy jedenastą rocznicę naszego przybycia na Wyspę. Widać nie jest dla nas już tak ważna, żeby ją uroczyście obchodzić. No ale jednak, zleciało jak z bicza strzelił. I tak dalej. Wiadomo. Temat na osobny wpis, może za rok 😉

… nazbierało się tych firm przez ten czas tyle, że samo obdzwonienie wszystkich zajęłoby pewnie ze dwa dni. Zamiast tego idziemy na pocztę i wypełniamy formularz przekierowania korespondencji. Przyjemność trochę kosztuje, ale przynajmniej mamy pewność, że nowi właściciele nie będą kłopotani obsługą naszej poczty. W okienku An Post okazuje się, że musimy przedstawić jakiś dowód, że faktycznie tam jeszcze mieszkamy. Najlepiej rachunek, z adresem i nazwiskiem.

Ściągam rachunek z konta on-line firmy dostarczającej nam prąd i gaz. Szukamy kafejki internetowej, żeby go wydrukować. Szukamy parkingu pod kafejką. Cenne minuty uciekają. Wreszcie udaje się wszystko załatwić. Ubożsi o parę groszy opuszczamy urząd pocztowy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Okolice południa. Czekamy na e-mail od naszego prawnika, że możemy oddać klucze „naszemu” agentowi. E-mail wreszcie przychodzi, odwiedzamy więc (po raz pierwszy w życiu) biuro naszego agenta i oddajemy mu klucze do starego mieszkania. Agent przy okazji pyta o stany liczników prądu i gazu, bo trzeba je przecież przenieść na nowe nazwiska.

Licznik gazu mamy spisany, ze zdjęciem. Podajemy dane agentowi.

Licznik prądu… tu jest gorzej. Z jakiegoś powodu mieszkańcy bloku nie mają wglądu we własne liczniki elektryczności – zamiast tego spółdzielnia mieszkaniowa raz na miesiąc przysyła „fachowca” z kluczem, który spisuje stany wszystkich liczników i można sobie potem tę informację odebrać e-mailem. Ostatnio robił to dwa tygodnie temu. Następne odczyty – za dwa tygodnie. Próbujemy się dowiedzieć od agenta jaka jest standardowa procedura w takim przypadku – mówi, że nie ma żadnej i że się skontaktuje z nowymi właścicielami i coś ustalimy. Ponieważ obydwie strony wykazują elastyczność i życzliwość, nie spodziewamy się tu żadnych kłopotów. Prawdopodobnie ktoś komuś po prostu odda kasę za pół miesiąca i tyle. Zobaczymy.

Oddawszy klucze stajemy się na kilka godzin bezdomni.

Zajeżdżamy do szkoły i odbieramy Młodą, która najpierw żegna się z całą klasą. Pożegnanie jest bardzo wzruszające: wszyscy wstają z ławek i rzucają się na Młodą z uściskami, w efekcie mamy całkiem spory tłum dzieciaków próbujących się dopchać. Harmider i zamieszanie, nauczyciel patrzy na to z lekkim uśmiechem. Dostajemy od niego mnóstwo życzeń oraz karton ze wszystkimi materiałami szkolnymi Młodej. Hurra, kolejny karton! Całe szczęście, że mamy mnóstwo miejsca w aucie 😉

Jakimś cudem pakujemy się znów do auta. Zawozimy Młodą do rodziny, gdzie dołącza do swojego brata w oczekiwaniu na Wieści. Sami odpalamy naszego Srebrnego Szerszenia i grzejemy do Newbridge, gdzie w okolicach godziny czwartej po południu mamy się dowiedzieć, czy dostajemy klucze czy nie.

O czwartej zero pięć siedzimy w kafejce, siorbiemy kawę i obgryzamy z nerwów paznokcie aż po łokcie (rym niezamierzony), kiedy przychodzi e-mail od naszego prawnika: purchase completed, please collect keys from the agency.

Oczy nam się śmieją. Grzejemy do auta i dzwonimy do „naszego” agenta z Newbridge, czy mamy odebrać klucze z biura, czy może podrzuci je nam do domu. Mówi, że nic nie wie bo jest służbowo wyjechany i żebyśmy poczekali na jego potwierdzenie.

Ignorujemy jego poradę i zachodzimy do biura agencji, gdzie dowiadujemy się, że klucze już na nas czekają. Odbieramy klucze. Wymieniamy grzeczności z pracownikami agencji.

Pierwsze, co robimy po wyjściu z biura to spacer do pobliskiego Kopiarza Kluczy, czyli po naszemu Key Cutter – dorabiamy kilka kopii.

Potem odbieramy telefon od firmy, która wykańczała nasze mieszkanie, z zapytaniem kiedy się wprowadzamy, bo oni muszą jeszcze podesłać firmę czyszczącą. Na wieść, że wprowadzamy się za 15 minut po drugiej stronie słuchawki na chwilę zapada wystraszona (wręcz spanikowana) cisza po czym słyszymy, że oni bardzo przepraszają za bałagan, i że wyślą kogoś do posprzątania nazajutrz.

Po drodze do nowego domu zatrzymujemy się na chwilę koło salonu fryzjerskiego. Muszę się przecież obciąć na tę okazję, zarost mam pi x oko dwumiesięczny, kudły znad czoła już mi włażą do oczu.

Strzygę się na wojskowo, dwa milimetry od skóry. Broda i wąsy podobnie. Wychodzimy od fryzjera. Wsiadamy do auta. Jedziemy do domu.

I oto jest.

Nasz nowy Dom.

Wprowadzamy się bez podłóg, kafelek w łazienkach, bez lodówki, pralki, kuchenki, piekarnika, połączenia do Internetu. Działają kibelki i krany, więc na start nie umrzemy z pragnienia ani w produktach naszej przemiany materii. Wszędzie kurz po budowlańcach. Wanna pełna gruzu. Zasięg sieci komórkowej: brak, chociaż po paru minutach intensywnego udawania Statuy Wolności z ADHD znajdujemy dwa czy trzy punkty, gdzie pojawia się jedna kreska zasięgu.

Tera my so znów wsiuny.

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Anatomia przeprowadzki"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Stefek
Gość

Oficjalnie gratulacje!
Tera ino gumioki se kupta wyjsciowe.

bobiko
Gość

dobra dobra. ale parapetówa to musi być.

Lilith
Gość

Szczerze gratuluje Wam nowej chaty a takze pokonania tego biurokratyczneego biegu przez plotki. Zloty medal dla calej piatki! 🙂
Niech Wam sie dobrze mieszka w nowym miejscu!

mRufa1408
Gość

Jakie tam wsiuny – wlasciciele ziemscy aka Panstwo na Wlosciach 😉
Gratulacje!

Kwas007
Gość

Musisz sie poprawić. Nie udało mi się zasnąć. Jeszcze troche to zrownasz poziom z obradami sejmu.

Stefek
Gość

Ja w kwestii dygresji nr 1.
Rozumiem, ze mowa o tym:
http://www.revenue.ie/en/tax/it/reliefs/htb/htb-applicant-guide.html
To dotyczy jednak tylko nowych nieruchomosci a Wasze mieszkanko raczej juz kilku czy nastoletnie?
Wiec chyba Wasz oferent sie nie lapie zaden?

kate
Gość

Gratuluje,nowego domu.Ale zalatwianie spraw kupnem domu to jakas masakra,czekam na dalsze wpisy jak mieszka Wam sie w nowym domu/

wpDiscuz