Rent to buy: Grande Finale!

Dziś, dokładnie godzinę temu, wreszcie dobiegła końca nasza ponaddwuletnia przygoda z kupowaniem mieszkania.

Przypomnę, że w okolicach połowy 2010 roku podpisaliśmy umowę kupna mieszkania w trybie rent to buy. W uproszczeniu polega to na tym, że płaci się co miesiąc kwotę wynajmu, która jednak, zamiast trafiać do prywatnej kieszeni landlorda, odkłada się na osobnym koncie bankowym, budując w ten sposób pierwszą wpłatę na kredyt mieszkaniowy. Układ bardzo wygodny, zwłaszcza dla obcokrajowców, którzy nie bardzo mają jak odkładać. Wynajem mieszkania to okolice €1000 miesięcznie, drugie tyle „zjada” przedszkole / opiekunka (jeżeli ktoś jest dzieciaty), do tego dochodzą jeszcze koszty życia i nagle okazuje się, że nawet przy dwóch w miarę przyzwoitych pensjach odłożenie więcej niż kilkuset euro miesięcznie staje się problematyczne. Na pierwszą wpłatę trzeba mieć co najmniej kilkanaście tysięcy Jerzych (plus rozmaite „satelitarne” opłaty typu prawnik, stamp duty itd.) A w przypadku rent to buy odkładamy co miesiąc zdrowo ponad tysiąc Jerzych, dzięki czemu w ciągu dwóch lat jesteśmy w stanie uzbierać 25-30 tysięcy Jerzych bez większego problemu. A to już wystarczy na zakup nieruchomości wartej 200-250 tysięcy Jerzych. Jest o co walczyć.

Tyle teorii. A jak to naprawdę wyglądało?

Po mniej więcej roku od podpisania umowy dostaliśmy pismo od developera, że jeżeli uda nam się sfinalizować zakup nieruchomości do końca roku kalendarzowego 2011, załapiemy się na ulgę podatkową, więc jeżeli mamy uzbierane 8% ceny nieruchomości (minimum wymagane przez bank), powinniśmy spróbować.

Spróbowaliśmy.

Nie wyszło.

Po pierwsze, cena nieruchomości spadła wtedy o prawie 50 tysięcy Jerzych. Trzeba było zmodyfikować umowę rent to buy, potem zaaplikować o kredyt do banku. Bank niestety reaguje ospale i leniwie, więc zanim udało się całą papierkową robotę skończyć, cena mieszkania spadła o kolejnych 10 tysięcy Jerzych i bank zażyczył sobie nowej aplikacji o kredyt. Po drugie, akurat w tym czasie zmieniłem formę zatrudnienia (własna firma), no i okazało się, że chociaż zarabiam trochę więcej, muszę poczekać co najmniej rok żeby bank zaczął poważnie traktować mój przychód.

Rok to dużo czasu, zwłaszcza, że w międzyczasie kończyła nam się umowa rent to buy. Zagadaliśmy więc do developera i – na szczęście – udało nam się przedłużyć umowę o kolejnych sześć miesięcy. Mieliśmy więc jakieś 3-4 miesiące „zapasu” między moim dwunastym miesiącem na kontrakcie a końcem umowy rent to buy. Powinno wystarczyć.

Po drodze do procesu włączyła się NAMA (National Assets Management Agency), „brudny” bank irlandzki zajmujący się odzyskiwaniem resztek pieniędzy z nieruchomości niesprzedanych przez upadłych developerów. Nasz developer – podobnie jak setki innych – się „przebudował” i jego kredyty zostały przejęte przez NAMA, więc tak naprawdę to z nimi potem trzeba było negocjować zmianę ceny a nie z developerem. To z kolei wydłuża cały proces, ponieważ NAMA jako bank reaguje na wszelkie pisma i zapytania z szybkością leniwca na psychotropach.

Tak czy siak, minęło mi 12 miesięcy na kontrakcie, zaaplikowaliśmy ponownie o kredyt. Najpierw trzeba było zrobić kolejną wycenę (zwaną tutaj waluacją – valuation), z której wynikało, że wartość mieszkania spadła o kolejnych 40 tysięcy Jerzych (czujny Czytelnik zauważy zapewne, że łącznie wartość mieszkania spadła o 100 tysięcy Jerzych przez dwa i pół roku), więc znów trzeba było przerabiać umowę rent to buy. Zajęło to około pięciu tygodni (NAMA kazała sobie czekać ponad 4 tygodnie, po drodze jeszcze dwóch prawników, po jednym z każdej strony).

Potem znaleźliśmy sobie brokera kredytowego, który w naszym imieniu zaaplikował do banku (jedyny, który w tej chwili jeszcze pożycza, to AIB – pozostałe banki mają co prawda mnóstwo haseł kredytowych w swoich ofertach reklamowych, ale jak przychodzi co do czego, rozkładają ręce). Bank kazał sobie czekać dwa tygodnie, po czym wrócił z odpowiedzią, że rok czasu na kontrakcie to jednak za mało i że powinienem przepracować co najmniej dwa lata, a najlepiej trzy.

Pomyślałem wtedy, że już po ptokach, umarł w butach, finito. Na szczęście jednak broker okazał się być osobnikiem nader rzutkim – poprosił mnie o kopię kontraktu z obecnym klientem, z którego wynikało, że będę dla nich pracował jeszcze hoho albo i dłużej. Zbudował na tej podstawie indywidualną aplikację kredytową, która – w końcu – uzyskała przychylność Jego Ekscelencji Banku.

Potem trzeba było jeszcze dosłać jeden dokument, drugi dokument, trzeci dokument… Za każdym razem bank reagował w czasie około dwóch tygodni. Summa summarum doszło do sytuacji, że wycena już się miała unieważnić (po trzech miesiącach trzeba robić nową), a my jeszcze daleko w polu. Do tego wielkimi krokami zbliżała się data końcowa umowy rent to buy, a zgodnie z tą umową za każdy dzień opóźnienia mieliśmy płacić kilkadziesiąt Jerzych kary umownej, więc trzeba się było sprężać.

Siadłem więc na czterech literach i napisałem sążnistego maila do wszystkich biorących udział w tym teatrzyku, żebyśmy się razem spotkali i załatwili wszystkie potrzebne papierki od ręki. Mail poszedł do developera, do ichniego prawnika, do naszego prawnika, do brokera, a także do instytucji utrzymującej konto bankowe rent to buy.

Grzecznie acz stanowczo wyjaśniłem, że wszyscy mamy interes w tym, żeby ten deal się udał, i żeby zakasać rękawy i zabrać się ostrym galopem do pracy, bo inaczej wuj bombki strzeli i zipa będzie dumna.

Zaproponowane przeze mnie spotkanie do skutku nie doszło, niemniej jednak od tej pory poszło już dość sprawnie. Niestety, Jego Ekscelencja Bank nadal reagował opieszale. W efekcie wycena się unieważniła i bank zażądał nowej (szczęściem broker uwijał się jak w ukropie i załatwił nową wycenę od ręki, w ciągu niecałej godziny). Potem jeszcze okazało się, że bankowi nie podoba się umowa ubezpieczenia na życie (po naszemu mortgage protection policy), bo jest sprzed roku i może już być nieważna – trzeba było dzwonić i mailować do ubezpieczyciela, żeby przysłał potwierdzenie, że umowa jest ciągle w mocy i wszystkie składki są opłacone.

Po drodze jeszcze wynikła zabawna sytuacja, kiedy bank przez pomyłkę wysłał nasze papiery do zupełnie obcego prawnika (komuś w banku się ręka omsknęła na klawiaturze i wybrał nie tego co trzeba z listy). Ponowne przesłanie papierów (już pod właściwy adres) zajęło bankowi – jakże by inaczej – dwa tygodnie.

Była też sytuacja, w której bank zażądał dodatkowych czterech dokumentów, opisujących różne okoliczności umowy rent to buy, w efekcie czego nasz prawnik prawie wyszedł z siebie ze złości, ponieważ wszystkie te informacje zostały już bankowi dawno wysłane – trzeba było tylko czytać ze zrozumieniem. Zamiast więc tworzyć cztery nowe dokumenty, nasz prawnik sporządził małą mapkę gdzie czego szukać i wysłał ją bankowi. Pomogło.

Przy tej okazji poznaliśmy całkiem nowy wachlarz słówek angielskich, których, jak mniemam, na próżno by szukać w przyzwoitych słownikach.

Wszystko to podnosiło nam ciśnienie do niebezpiecznych poziomów, ale wreszcie, na tydzień przed upływem terminu umowy rent to buy, przyszła długo oczekiwana wiadomość od brokera, że bank dał zielone światło, i że w ciągu 48 godzin wysyła czek na całą kwotę do naszego prawnika.

Tym samym, podpisawszy dziś kolejny zylion dokumentów (w tym najważniejszy: tzw. deed, czyli akt notarialny poświadczający przeniesienie własności), zapłaciwszy brokerowi, prawnikowi, rządowi Irlandii (podatek oraz opłata za wpis do księgi wieczystej) oraz za parkometr (prawnik nie ma prywatnego parkingu), wreszcie zostaliśmy prawowitymi właścicielami mieszkania.

Teraz pozostaje tylko spłacać raty. Wychodzi mi, że po uwzględnieniu odsetek od kredytu oraz powierzchni balkonu, spłacamy miesięcznie średnio około trzech i pół tysiąca centymetrów kwadratowych 🙂

Czas chyba na jakąś parapetówę…

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Rent to buy: Grande Finale!"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Grubas
Gość

No to gratulacje i obyś pracował dla tego klienta że hoho albo dla innego który też dobrze płaci 🙂

Pshemko
Gość

Odważny z ciebie człowiek.

Romek
Gość

Niby taki "zachód" a burdel taki sam jak u nas na wschodzie 😉

xpil
Gość

5 lat temu było o wiele łatwiej. Wystarczyło udowodnić bankowi, że ma się parzystą ilość kończyn i bez większych ceregieli dostawało się kredyt na 120% wartości nieruchomości. Efekty takiego podejścia będą się Irlandii odbijać czkawką jeszcze latami.

Teraz przeginają w drugą stronę.

Poza tym, tylu tu teraz Polaków, że taki burdel jest niemal swojski 🙂

Paweł
Gość

Witam serdecznie !!! Ja właśnie chcem spróbować tego typu wariant ale jest bardzo cieżko znaleść jakie , jaki kolwiek link , adres strony lub agencje z, tego typu wariantem. Jak miał jakikolwiek adres ogłoszenie to napisz proszę!!! Dzięki

wpDiscuz