Powigilijne rozważania

In Samo życie by xpil3 Comments

Od mniej więcej półtorej godziny mamy już (wedle lokalnego czasu) pierwszy dzień Świąt. Tym samym oznacza to, że przeżyłem kolejną Wigilię – i to wyjątkowo w tym roku bez większych strat własnych.

Wstaliśmy gdzieś koło 10 rano. Pewnie pospalibyśmy ciut dłużej, ale obudziła nas córa strasznie zaaferowana faktem, że w nocy Mikołaj wypił mleko i zjadł ciastka. Ciastka były nawiasem mówiąc całkiem smaczne… Wstaliśmy więc, dokończyliśmy zaczętą wczoraj sałatkę warzywną (która okazała się potem hitem), przy okazji odkryłem w sobie umiejętności krajalniczo-obieralnicze, o które się wcześniej nawet nie podejrzewałem. Wykonaliśmy jedną sztukę farszu grzybowego, jednak zabrakło nam rozpędu na odkrycie do czego ten farsz i jak go zużyć – końcem końców farsz (przepyszny zresztą) wylądował w zamrażalniku 😉

W okolicach godziny 14 stwierdziliśmy, że trzeba zacząć machać meblami, żeby pomieścić wszystkich zaplanowanych uprzednio gości (pięć do sześciu sztuk dorosłych tudzież trzy sztuki gówniarzerii). W okolicach Teleekspressu zaczęli się schodzić wigilianci, imprezka właściwa rozpoczęła się około wpół do szóstej.

Najpierw mieliśmy się dzielić opłatkiem – niestety, ponieważ panuje tu teraz straszliwy kryzys, na opłatek już nie starczyło i podzieliliśmy się tylko serdecznymi życzeniami. Potem nastąpiła część właściwa, czyli Wielkie Żarcie – prym wiodły sałatki i pierogi, nie zabrakło też uszek w barszczu i sernika na zimno. Dzieci jadły wyjątkowo grzecznie (i szybko), ponieważ prezenty tkwiły pod drzewkiem od rana a przecież nie wolno zaglądać do prezentów zanim się nie skończy obiadokolacji wigilijnej, prawda?

Na koniec, jak już wszystkim jedzenie zaczęło wychodzić uszami i nosami, odsunęliśmy i skompresowaliśmy stół, po czym nałożyłem mikołajną czapkę i zabawiłem się w Wyciągacza Prezentów Spod Choinki. Zabawa była przednia, prezentów moc, dzieciaki prawie piszczały z radości, że Mikołaj tak się wstrzelił w ich gusty i marzenia zabawkowe 😉

Mi Mikuś przyniósł kości do gry (piękne, drewniane, nieco większe od tradycyjnych, ręcznie robione, z elegancko pozaokrąglanymi narożnikami i w drewnianym pudełku), zestaw domina oraz zestaw kart do pokera. Nie wiem skąd ten facet tak szczegółowo zna moje upodobania hazardowe, w każdym razie zapowiada się teraz dużo długich wieczorów przy kościach, dominie i kartach 😉

Aha, wygląda również na to, że Białobrody ma dostęp do Internetu. Co gorsza, najwyraźniej zagląda od czasu do czasu do na tego bloga, ponieważ wśród prezentów znalazła się książka kucharska, z dedykacją na temat spaghetti bolognese 😉 Jak już kilka razy wspominałem, kucharz ze mnie jak z koziej dupy kosiarka do trawy – w dodatku książka jest w języku Lengłidż, więc będzie dodatkowy level do przeskoczenia, ale co mi tam. Są obrazki, damy radę…

Potem zaczęliśmy oglądać „Kevin sam w domu”, ale na szczęście wszyscy zgodnie stwierdzili, że to jednak głupi pomysł i zamiast tego obejrzeliśmy dobrą polską komedię.

W tak zwanem międzyczasie wziąłem gitarę i próbowałem zabawiać towarzystwo brzdąkaniem kilku naprędce nauczonych kolęd, jednak ekipa była mało kolędowa więc skończyło się na paru złamanych akordach, odrobinie bluesa i kilku smętnie zaimprowizowanych kawałkach bez tytułów. Taktownie pozbyłem się gitary zanim słuchacze zorientowali się, że wszystko idzie z playbacku 😉

Dzieciaki miały ubaw po pachy. Wiadomo, nowe zabawki trzeba dogłębnie przetestować, dzięki czemu wapno miało okazję spokojnie pogaworzyć o dupie Maryni, obejrzeć komedię i opędzlować odrobinę alkoholu.

Potem nagle się okazało, że jest już po dziesiątej i że dzieci zaczynają chodzić po ścianach, a niektóre nawet lewitować, nieprzyzwyczajone do czuwania o tak barbarzyńskiej porze. Tym samym przeszliśmy to trybu pożegnawczego, podczas którego udało nam się niepostrzeżenie wcisnąć naszym gościom parę półmisków z sałatkami, rybą po grecku i innymi dobrami doczesnymi. Sami przecież jedlibyśmy to z tydzień…

Ogólne wnioski z tegorocznej Wigilii są takie, że jak się nie ma pod ręką wielkiej rodziny, nic nie szkodzi. Oczywiście fajnie się wspomina święta z czterema pokoleniami przy stole, ale jak się wybiera emigrację, to na całego.

Teraz muszę trochę nakadzić, bo a nuż ktoś z naszych dzisiejszych gości zajrzy tutaj któregoś dnia..

Tak więc było przesympatycznie, naturalnie, bez specjalnego spinania się, atmosfera była wyluzowana i całkiem radosna. Nie miałbym nic przeciwko powtórzeniu imprezki za parę dni – jednak obawiam się, że zbyt częste Wigilie mogłyby nam z czasem wyjść bokiem, więc trzeba sobie teraz dać na wstrzymanie przynajmniej z rok.

 

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Powigilijne rozważania"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Przemo
Gość

Podo mi sie co napisales o emigracji.

Poza tym… Zloz to kiedys wszystko do kupy i wydaj ksiazke. Ja bym kupil.

Romek
Gość

Wielkie pudło po gitarze znalazłem dziś na śmietniku. Ani chybi ktoś dostał instrument w prezencie. Mam nadzieje że nie w mojej klatce 🙂

agnieszka_sto
Gość

"mikolajna czapka" ha ha ha :)))))

mam tylko nadzieje, ze nie zakladales jej za pomoca osmozy :))))

wpDiscuz