David Weber, John Ringo: Marsz w głąb lądu. Recenzja książki.

Jedliście kiedyś w McDonald’s?

No właśnie.

„Marsz w głąb lądu”, pierwsza część trylogii „Marsz” to taki właśnie czytelniczy McDonald’s.

Bo książka jest naprawdę mało oryginalna.

Podrzucił mi ją wieloletni współczytacz, taki co to dzwonimy do siebie raz na kwartał i podpytujemy o nowości, a w międzyczasie wypożyczamy sobie nawzajem to i owo, na ogół z obopólną korzyścią.

Znajomy ów na pytanie czy za „Marsz” warto się zabrać odpowiedział zdawkowo „meh”.

Hm.

Problem z hamburgerem z McDonald’s jest taki, że jest on nudny i przewidywalny, więc chociaż je się go łatwo i szybko, równie szybko się go zapomina.

Z tą książką jest podobnie. I cały czas towarzyszy człowiekowi nieodparte wrażenie „ja to już kiedyś, kurdę, czytałem”.

Fabuła jest – przynajmniej po lekturze pierwszego tomu – kosmicznie liniowa.

*** SPOILER ALERT ***

Roger, trzeci w linii do Tronu Ludzkości, zostaje przez swoją matkę, Cesarzową Ludzkości, wysłany w długą i nudną podróż, która zaraz na samym początku przerwana jest nieudaną próbą zabójstwa. Pojazd kosmiczny, na pokładzie którego znajduje się Roger wraz z całkiem sporą obstawą wojskowych, zostaje poważnie uszkodzony i jedynym wyjściem jest awaryjne lądowanie na ukrytej przed radarami wrogich wojsk półkuli planety Marduk.

Obstawa ma tylko jedno zadanie: utrzymać Rogera przy życiu.

Najbliższa baza, z której można się wydostać z planety znajduje się kilka miesięcy marszu od punktu lądowania.

Po drodze jest ocean, niezliczone kilometry lądu i mnóstwo, ale to naprawdę mnóstwo sposobów na śmierć.

Baterie osprzętu wojskowego wystarczą na kilka tygodni. A co dalej? Trzeba kombinować! Układać się z lokalnymi. Handlować, politykować, uczyć się zwyczajów lokalnej flory i fauny, zanim ta nas zamorduje.

Zaletą książki jest to, że mnóstwo się w niej dzieje. Nie ma dłużyzn. Jest nieustająca fala rzezi przeplatanej przaśnym, wojskowym humorem.

Jeżeli ktoś taką literaturę lubi, będzie „Marszem” zachwycony, gwarantuję.

W moim przypadku jest… tak trochę na krawędzi. Książka wciąga na tyle, żeby jej od razu nie odłożyć, ale nie zachwyca aż tak, żeby natychmiast sięgać po kolejną część. Niemniej jednak czasu spędzonego z bohaterami pierwszego tomu nie żałuję, a niedawno załadowałem na swojego nieodłącznego Kindelka tom drugi.

Zobaczymy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o