Wiedźmin, Deadpool et al. Recenzje po łebkach.

Zacznę od “Szponów i kłów” , antologii ze świata Wiedźmina. Odsłuchałem póki co tylko dwa pierwsze z jedenastu opowiadań – i odłożyłem resztę na bliżej nieokreślone później. Pierwsze opowiadanie (o żar-ptaku) roi się od na siłę wciskanych gierek językowych nawiązujących do oryginalnej sagi, z kolei drugie (o białych wilkach) to zasadniczo romansidło z elementami wiedźminowania. Nie wciągnęło mnie. Być może dalsze opowiadania są lepsze, ale póki co wolę nie ryzykować. Szkoda czasu. To jednak nie Sapkowski.

Na drugi ogień idzie film, a właściwie dwa filmy. Zacznę od tego, że Marvela nie lubię; mierżą mnie (jest takie słowo? mierżą?) ci wszyscy superbohaterowie. Jednak “Deadpool” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Czym? A no tym, że jest zrobiony z jajem. To idealna parodia kina akcji, od pierwszej do ostatniej klatki. Reynolds, którego kojarzę głównie z kina tzw. “babskiego”, tutaj naprawdę daje do pieca. Mnóstwo tekstów i gagów zostało zaimprowizowanych na planie. Efekty specjalne na najwyższym poziomie, ale przede wszystkim nieustający strumień nieprzewidywalnego i trzęsącego brzuchem humoru. Bardzo, bardzo polecam.

Deadpool 2” z kolei już nie powala (wiadomo czego się spodziewać… lub przynajmniej tak się nam wydaje…), moim zdaniem jedynka jest dużo lepsza, jednak i w dwójce nie będziemy się nudzić. Największe zaskoczenie to rola Brada Pitta, którego widać w całym filmie może z pół sekundy – dosłownie tyle, żeby skojarzyć twarz – no i żeby móc wrzucić na plakaty reklamowe, że wziął za udział. Ogólnie rzecz biorąc rozpierducha w dwójce jest jeszcze większa niż w jedynce, żarty sypią się na lewo i prawo, nie ma nudy. Też polecam, mimo wszystko.

Zakończę dzisiejszy wpis “Rojem” Larsona, który z zapowiedzi, khem, zapowiadał się śpiewająco. Wysokie noty, mnóstwo pozytywnych recenzji. Aż głupio nie spróbować. Tymczasem jednak okazało się, że lektorem jest Roch Siemianowski, którego nie znoszę, ponieważ facet wydaje tyle dodatkowych odgłosów podczas czytania, że mi, cierpiącemu na zaawansowaną mizofonię, odchodzi chęć na wszystko po pierwszych trzech akapitach. Szkoda.

W kolejce – “The Expanse” , seria powieści z gatunku Space Opera, podsunięta przez zaufanego znajomego, który rzadko kiedy myli się w kwestiach literackich. Tym razem w wersji oko-kartka, nie żadne tam, panie, audio-sraudio.

Zobaczymy.


Liczba słów w tym wpisie: 406

Sprawdź też

Podwójna recenzja: “Wieczny pokój” i “Toy Land”

Skończyłem niedawno dwie książki, dziś szybka recenzja. “Toy Land” to apokryficzne SciFi Roberta J. Szmidta, …

Broadchurch: szybka recenzja

Jeżeli lubisz dobre kryminały oraz Davida Tennanta, ale nie oglądałeś jeszcze “Broadchurch”, to polecam. Serial …

Zapisz się
Powiadom o
guest
9 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
9
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x