Ja inkwizytor. Kościany galeon.

Jacek Piekara pracowicie kontynuuje serię powieści o Mordimerze Madderdinie. Skończyłem właśnie „Kościany galeon”, dziewiątą część serii (lub piątą, jeżeli brać pod uwagę chronologię zdarzeń, a nie kolejność ukazywania się). Czas na recenzję.

Książkę „zjadłem” uszami, w formie audiobooka. Lektorem jest Janusz Zadura, postać mi dotychczas nieznana. Muszę przyznać, że pan Janusz jest jednym z lepszych lektorów, których miałem okazję słuchać. Każda z postaci ma swój własny odcień głosu, dzięki czemu nie da się pogubić w dialogach (których jest całkiem sporo). Postaci kobiece łatwo odróżnić od męskich. Postaci demonów mają „demoniczny” głos. I tak dalej. Brawa dla pana Janusza!

Jeśli chodzi o samą fabułę – no cóż. Książka trzyma poziom poprzednich części, co jest jednocześnie pochwałą (uwielbiam postać Mordimera) jak też oznaką lekkiego znudzenia (tak naprawdę ta część nie wnosi żadnych nowości do całej serii).

Jeśli chodzi o fabułę, to jest ona podzielona na trzy części.

*** SPOILER ALERT *** SPOILER ALERT *** SPOILER ALERT *** SPOILER ALERT *** SPOILER ALERT *** SPOILER ALERT ***

W części pierwszej dowiadujemy się, że Mordimer jeszcze nie odzyskał swojej licencji inkwizytorskiej. Dorabia sobie nieciekawymi robótkami w Hezie, czekając na zakończenie papierkowej roboty. Jego przełożony wysyła go do Emden na nie do końca jasną misję, w ramach której ma pomóc kupcowi Oktawianowi van Dijk. Mordimer udaje się w podróż, dociera do Emden, gdzie dowiaduje się, że Oktawian wpadł w zatarg z lokalnymi przedstawicielami świętego Oficjum. W dodatku w wyprawie morskiej w tajemniczych okolicznościach zaginął jego partner w interesach, a zarazem teść, Dominik Altdorf. Mordimer zapoznaje się ze wszystkimi szczegółami sprawy, spotyka wszystkich wplątanych w nią ludzi (w tym również piękną i tajemniczą żonę Oktawiana, Konstancję van Dijk, która pojawia się potem kilkakrotnie w snach Mordimera, w nadzwyczaj wyrafinowanych scenach od lat osiemnastu), pomaga nawet wydobyć szczątkowe informacje z jedynego ocalałego świadka podróży Dominika (Taiis Złotowłosy, piękny chłopiec, niestety okrutnie już sponiewierany torturami przez zbirów van Dijka) – końcem końców sprawa zniknięcia Dominika pozostaje niewyjaśniona a Mordimer postanawia wrócić do Hezu.

W ostatniej chwili, wieczorem w przeddzień planowanego powrotu, z Hezu przychodzi list z rozkazem – a raczej z intensywną sugestią, której Mordimer nie odważyłby się sprzeciwić – że ma on pomóc Oktawianowi i wziąć wraz z nim udział w wyprawie na Wyspy Farskie, gdzie ostatnio widziano zaginionego teścia.

I tu zaczyna się druga, główna część książki. Mordimer nie znosi morza, a pływanie budzi w nim największe obrzydzenie, jednak praca to praca – zgadza się więc na udział w ekspedycji i wypływają z Emden na Wyspy Farskie.

Wyprawa, z nudnej i nieciekawej zamienia się w prawdziwie mrożącą krew w żyłach, kiedy okazuje się, że Dominik Altdorf trafił swoim statkiem na tajemniczą wyspę. Przy brzegu wyspy znajduje się statek Dominika Altdorfa, ale bez śladu załogi (i bez żadnych śladów jakiejkolwiek walki, jak gdyby załoga opuściła statek z własnej woli). Oktawian znajduje sprytnie ukryty dziennik pokładowy Dominika wraz z jakimś dokumentem ukrytym między jego stronami. Sama wyspa nie istnieje na żadnych mapach. Okazuje się, że jest ona stworzona przez potężnego demona imieniem Beriti (a może Beritti?), który okrył ją niezwykłej mocy zaklęciami ochronnymi, żeby ukryć się przed resztą demonów z nie-świata (trochę im ostatnio podpadł i szukają go wszędzie, dla zemsty).

Mordimer w pierwszej chwili nie dostrzega demona (chociaż przeczuwa coś i nawet odbywa bolesną i niebezpieczną wyprawę do nie-świata), potem jednak spotyka tajemniczą nieznajomą, która pomaga mu odkryć kilka tajemnic wyspy. Nieznajoma okazuje się być mieszkańcem nie-świata, „pracującym” po stronie Światła. Takim jakby najemnikiem. Uzbraja Mordimera w silne zaklęcia ochronne, pokazuje mu, gdzie szukać Beritiego, po czym – ku zdumieniu Mordimera – każe mu zawrzeć z demonem pakt. Okazuje się bowiem, że w pobliżu naszego świata będzie niedługo przepływał Kościany Galeon, koszmarny okręt zbudowany z ludzkiego nieszczęścia i cierpienia (opisy Galeonu są naprawdę przerażające), i że żeby ów galeon nie zauważył naszego świata potrzebny jest specjalny dwuczęściowy rytuał, którego jedną część potrafi wykonać właśnie Beriti.

Wszystko się udaje, a na koniec Mordimer postanawia jednak powalczyć z Beritim (pakt paktem, ale jednak inkwizytorzy demonów nie lubią). Tajemnicza nieznajoma daje Mordimerowi kilka podpowiedzi, tłmaczy mu, że sam Beritiego nie pokona, ale że jest taki jeden demon, któremu Beriti szczególnie kiedyś zalazł za skórę, więc jakby z nim zawrzeć pakt… Może uda się Beritiemu dopiec.

Mordimer wzywa kolejnego demona, a właściwie demonicę, którą (po długej i ryzykownej dyskusji) udaje mu się namówić na spuszczenie Beritiemu łomotu. Łomot zostaje spuszczony i wszyscy wydają sie być zaspokojeni.

Po powrocie do Emden rozpoczyna się kolejna, ostatnia część książki. Oktawian namawia Mordimera (z wydatną pomocą dużej ilości grubych, złotych monet), żeby mu pomógł rozwiązać zatarg z lokalnymi Inkwizytorami. Plan udaje się, a po drodze Mordimerowi udaje się wychędożyć Konstancję, z którą Oktawian się właśnie rozwodzi, w czym wydatnie pomaga mu owo tajemnicze pismo odnalezione w dzienniku okrętowym teścia.

W ostatniej scenie Mordimer z Oktawianem chleją na umór i filozofują o życiu i śmierci.

Całość ksiażki jest napisana z typowym dla całej serii sarkazmem. Mordimer jak zwykle wykazuje się bardzo elastycznym sumieniem oraz hierarchią wartości, które pozwalają mu wyjść z honorem z każdej opresji.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz