Maksym Aleksandrowicz: “Linia Maginota”

Zgłosił się do mnie jakiś czas temu Maksym i zapytał, czy nie zechciałbym przeczytać i zrecenzować jego świeżo wydanej książki pod tytułem “Linia Maginota”. Zaznaczył przy tym wiele razy, że zależy mu na recenzji szczerej, od serca, a nie na jakichś tam przesłodzonych bzdetach. W zamian za czas poświęcony na lekturę i pisanie recenzji zaproponował podesłanie egzemplarza autorskiego w wersji papierowej.

Na recenzję się zgodziłem, pod warunkiem jednakoż, że (1) będzie pozytywna, (2) doczytam książkę do końca oraz (3) dostanę książkę w wersji elektronicznej, bo z papierem mi ostatnio nie po drodze.

Nazajutrz miałem już w swojej skrzynce pocztowej plik PDF, a w nim paręset stron całkiem świeżej literatury.

Zabrałem się za czytanie…

No i niestety, recenzji nie będzie. Nie udało mi się dotrzeć poza stronę numer 65.

Czemu tak?

Książka mi po prostu nie podeszła.

Nie mam żadnych konkretnych zarzutów; pisane jest poprawną polszczyzną, jest trup, jest tajemnica, są przaśne realia twardego polskiego biznesu, jest kilku narratorów, wirtualna “kamera” przeskakuje sprawnie między miejscami akcji… Ale jednak nie “kliknęło”. Myślę, że głównie za sprawą mojego nieuleczalnego skrzywienia w stronę literatury SF, którą “Linia Maginota” nie jest.

Autorowi gratuluję wydania książki oraz życzę, żeby rynek zweryfikował ją pozytywnie. Może kiedyś nawet zrobię drugie podejście. Tymczasem jednak – zakańczam.

O książce można poczytać tutaj.

Dopisane nazajutrz:

Nie wiem jak to działa w Wielkim Świecie Blogów Książkowych, ale zawsze wyobrażałem sobie, że to bloger wystosowuje zapytanie do wydawnictwa, żeby wysępić (mniej lub bardziej uczciwie) egzemplarz książki w zamian za recenzję tejże. Czytałem historie o tym, jak to niektórzy blogerzy masowo wysyłają takie zapytania do wydawnictw licząc na prawo wielkich liczb (“Wyślę setkę albo dwie, ktoś przecież odpowie”). Nigdy nie sądziłem, że może to działać w drugą stronę. To znaczy, ma się rozumieć, jeżeli jest się Jackiem Kłosińskim czy Andrzejem Tucholskim – innymi słowy, jeżeli ma się Renomę, Sławę i Chwałę w blągosferze – wtedy owszem, jak najbardziej, pisarzowi czy wydawnictwu może zależeć na powiększeniu grona potencjalnych zakupowiczów o te parę czy parędziesiąt tysięcy dziennie. Ale tu u mnie tylko kurz, pajęczyny i więcej kurzu, aż dziw że ktoś tu w ogóle zagląda. Tymczasem jednak – proszę bardzo.

Liczba słów w tym wpisie: 423

Sprawdź też

Podwójna recenzja: “Wieczny pokój” i “Toy Land”

Skończyłem niedawno dwie książki, dziś szybka recenzja. “Toy Land” to apokryficzne SciFi Roberta J. Szmidta, …

Broadchurch: szybka recenzja

Jeżeli lubisz dobre kryminały oraz Davida Tennanta, ale nie oglądałeś jeszcze “Broadchurch”, to polecam. Serial …

Zapisz się
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
4
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x