Ona, ja – a gdzie pedały dwa?

Próbowałem niedawno nauczyć moją (prawie) pięcioletnią latorośl jazdy na rowerze. Wygląda jednak na to, że moje metody dydaktyczne w tym zakresie można porównać do leczenia kurzajek lobotomią – krótko mówiąc, do dupy z taką nauką, prędzej zawału dostanę niż ona zacznie jeździć.

Wpadłem więc na pomysł taki, żeby sobie ten proces nieco uprościć. Rowerek trafił na razie do lamusa (z braku prawdziwego lamusa skorzystałem z balkonu), a zamiast niego dziecko dostało w prezencie hulajnogę. Hulajnoga ma tę zaletę, że – podobnie jak rowerek – ma tylko dwa kółka. Jednak – w odróżnieniu od rowerka – jest tu więcej możliwości manewrowania, dzięki czemu całkowicie znika problem strachu przed wywrotką. Dodatkowo, dziecko chce jechać jak nadłuższe odcinki bez machania nogą, a to wymusza trzymanie równowagi. Mam cichą nadzieję, że dzięki temu opanujemy jazdę na dwóch kółkach jeszcze przed emeryturą.

Tak więc ostatnich kilka popołudni / wieczorów spędziliśmy tak, że córka poginała w tę i we wtę na hulajnodze, a ja tylko stałem i patrzyłem (i słyszałem co chwilę „tata! tata! prawie pojechałam, widzisz! tata ale widziałeś?”), i zachęcałem do kolejnych podejść. Udało jej się już ze dwa albo trzy razy przejechać całkiem spory kawałek bez podpierania się nóżką, więc mam cichą nadzieję, że już jesteśmy w ogródku i witamy się z gąską.

Przy okazji zwiększania liczby kółek nabyliśmy też w drodze kupna łyżworolki dla mojej starszej dziewczyny (zwanej częściej Żoną) – póki co skończyło się na jednej półtoragodzinnej sesji, po której żonka zeszła z placu boju z okrutnie obolałymi łydkami – jednak wkrótce zapowiada się kolejna runda rozgrywek – może uda jej się opanować ten nanożny wehikuł do tego stopnia, żeby mogła swobodnie turlać się po okolicy. Bardzo fajny sport nawiasem mówiąc – jak tylko znajdę kiedyś łyżworolki pasujące na moje stópki, może też spróbuję. Ciekawe tylko kiedy zaczną montować kółka od łyżworolek do kajaków…

Na koniec w ramach poprawiania pogody ducha, motyw z życia jednego z moich irlandzkich znajomych. Otóż w ciągu ostatnich paru tygodni zdarzyło mu się już dwa razy, że znalazł się w centrum miasta (pardon, Dublina) bez kasy, bez telefonu i bez środków transportu. Za każdym razem poradził sobie w dość nietypowy sposób – poprzez poderwanie jakiejś kobitki i namówienie jej na małe riki-tiki u niego w domu. Nie wiem jaki był finał, w każdym razie za każdym razem udało mu się szczęśliwie wrócić 😉

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Ona, ja – a gdzie pedały dwa?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
B
Gość

Moje doświadczenie z uczeniem mówi, że wszystkie aktywności poboczne, podobne do tej, której chcemy się nauczyć są bardzo dobrze, ale tylko jako dodatek. Zbyt długie skupienie się, jak w tym przypadku na hulajnodze, sprawi, że umiejętności te na niewiele się zdadzą przy rowerze. O ile więc rzeczywiście rower jest celem to najlepiej z niego nie rezygnować i trzymać na pierwszym planie, a hulajnogę traktować jako dodatek. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mogą wystąpić trudności motywacyjne z takim podejściem do sprawy 🙂

wpDiscuz