Literki

Wbrew pozorom nie będzie to wpis dotyczący niewielkich jednostek objętości. Mowa będzie o literach, a konkretnie o postępach mojej córy w zakresie operowania literami.

Otóż jeszcze do niedawna szło jej dość opornie, głównie dlatego, że w szkole uczą czytać od razu całych wyrazów (zamiast literowania), a w domu tresujemy ją sylabami albo literkami. Do tego dochodzi jeszcze różna pisownia tych samych liter – na przykład małe, pisane “a” w szkole każą jej pisać jako lekko pochyłe “c” z laseczką, a wedle polskiego elementarza pisze się kółko z laseczką. I tak dalej, i temu podobne. Stąd też dziecko się trochę zniechęcało do nauki pisania – jednak metodą kija i marchewki udało się nam przejść przez trudne początki i teraz widzimy pierwsze zaskakujące (pozytywnie!) efekty.

Na przykład, umie już podpisać większość obrazków w elementarzu, o ile tylko ich nazwy nie mają więcej niż pięć liter. I nawet się za bardzo nie myli z kolejnością – czasem zdarzy jej się wprawdzie “mots” zamiast “most”, ale ogólnie jest nieźle.

Albo układanie zdań ze słówek – można dać jej cztery albo pięć słówek, a ona je rozszyfruje i ułoży we właściwej kolejności, żeby tworzyły zdanie.

Wszystko jeszcze w głębokich powijakach, niezbyt szybko i niezbyt płynnie – ale hola hola, dwa tygodnie temu była sto lat za Murzynami, a dziś zaskoczyła nas sprawnością składania zdań i pisania pięcioliterowych nazw pod obrazkami. I jest tak zajadła, że siada sama i woła dopiero jak skończy. I żadnego pomagania, bo będzie krzyk!

Było też kilka wielkich zdziwień z jej strony – na przykład przy nauce literki “s” – przez całe swoje dotychczasowe życie pisała s drukowane, a tymczasem pisane wygląda całkiem inaczej. Na szczęście już dawno przywykła do tego, że jedna rzecz może brzmieć lub wyglądać na wiele różnych sposobów (zaleta dwujęzyczności), więc po chwili przeszła nad tym do porządku dziennego.

Najbardziej mnie martwi odpowiedzialność, jaką my, rodzice, ponosimy w tym momencie za to, jak będzie wyglądał jej charakter pisma (jak już zacznie płynnie pisać). Ja na przykład całe życie bazgrałem jak kura pazurem (czytelnie, ale bardzo niejednolicie). Z kolei moja żona ma dość zgrabne pismo z całkiem powtarzalną “czcionką”. A na przykład 10 lat temu miałem w pracy koleżankę (nawiasem mówiąc pani dziekan wydziału), która była za młodu tresowana kaligrafią, i pisała takie litery, że aż się to przyjemnie potem czytało. Każdy znak dopieszczony do perfekcji, chociaż tempo pisania miała “normalne”. Ja bym musiał spędzić z minutę nad każdą literką, a i tak nie osiągnąłbym takiej jakości.

Tak czy siak, córa raczej się na kaligrafistkę nie zapowiada, ale nic to. Dziś stwierdziliśmy z zachwytem, że idzie jej świetnie i że robi szybki postęp.

Oby tak dalej.


Liczba słów w tym wpisie: 532

Sprawdź też

Problem plecakowy

Jakiś czas temu zachciało nam się nowego ogródka. Wezwaliśmy więc ekipę, która wśród zgiełku i …

Aktywnie z rana

Doszedłem do wniosku, że przez to siedzenie w domu strasznie mało się ruszam. Normalnie przynajmniej …

Zapisz się
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
3
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x