Niechciane reklamy

Kilka lat temu narzekałem tutaj (nie po raz pierwszy zresztą i jak się za chwilę okaże - nie ostatni) na skomplikowane biurokratyczne procedury, którymi polscy obywatele poddawani są w rozmaitych instytucjach bez żadnej wyraźnej przyczyny. No chyba że dla frajdy systemu obserwującego milcząco jak delikwent wije się wbity na paragraf niczym dzikun na haczyk wprawnego wędkarza.

Niedawno miałem wątpliwą przyjemność trafić w żarna owej machiny raz jeszcze. Co prawda w sprawie wyjątkowo mało ważnej i niegroźnej, ale i tak ciśnienie mi podskoczyło niebezpiecznie.

Otóż dawno, dawno temu, zanim jeszcze w ogóle pomyślałem o tym, żeby wyjechać z kRaju przytrafiło mi się wziąć kredyt w jednym z polskich banków (dlaczego? Bo nie umiem kupować aut z drugiej ręki - tu cała historia). A właściwie nawet nie banków tylko kas pożyczkowych. Kredyt pracowicie spłaciłem, ale moje dane już zostały w systemie i od tamtej pory z regularnością TGV dostawałem od nich reklamy usług finansowych. Reklamy, na których otrzymywanie wprawdzie zgodziłem się małym druczkiem, ale jednak wysyłane całkiem niepotrzebne, bo w międzyczasie wyemigrowałem i pod starym polskim adresem teraz tylko kurz, pajęczyny i róże jerychońskie.

Myślę sobie, trzeba coś z tym zrobić. Szkoda lasów Amazonii.

Zadzwoniłem więc pod numer oddziału, w którym 16 lat temu brałem kredyt w nadziei, że mi pomogą. Pomogli. Podając inny numer telefonu, do centrali. Podziękowałem, rozłączyłem się i dalej kręcić: 0048801... i co? I nic. Okazuje się, że zzagramanicy na 0801 dodzwonić się nie da.

Dzwonię więc z powrotem pod ten pierwszy numer i mówię, że zeroosiemset nie bardzo. Pani mi wtedy podała adres e-mail, pod który mam napisać i oni już te nieszczęsne listy anulują i będzie świetlana przyszłość, tęcze, jednorożce i ogólna szczęśliwość.

Podziękowałem raz jeszcze, rozłączyłem się i nabazgrałem e-maila pod tamten adres, że proszę o nie wysyłanie mi żadnej korespondencji bo mnie już tam nie ma i te de i te pe.

Po dwóch dniach przyszła odpowiedź, że oni pod tym e-mailem to za wiele nie mogą, ale że moja prośba od biedy podchodzi po reklamację, więc mam złożyć reklamację. Osobiście, listownie lub telefonicznie. I podali numer telefonu (nie 0800... o dziwo).

Dzwonię więc, czekam grzecznie w kolejce (dobrych piętnaście minut, widać kolejki do obsługi klienta teraz dłuższe bo ludzie trzymają większy dystans jeden od drugiego, bo wirus-świrus) - wreszcie miły pan odebrał, przedstawił się i zapytał o co kaman. No to mu objaśniam, że korespondencja, że nie mieszkam, że lasy Amazonii, że Wogle. Pan na to, że spoko nie ma problemu, on to zaraz w systemie uaktualni, tylko muszę mu podać kilka swoich danych, żeby mógł mnie zidentyfikować. Zaczynając od numeru członkowskiego.

Jakoś tak się akurat pechowo złożyło, że nie miałem przy sobie numeru członkowskiego, o czym pana niezwłocznie poinformowałem. Pokręcił nosem i powiedział, że w takim razie może być PESEL. Jak każdy porządny obywatel znam swój PESEL na pamięć, więc mu od razu podyktowałem 11 cyferek. Potem imię, drugie imię, nazwisko, wreszcie nazwa ulicy z mojego adresu w ich systemie.

Podałem tę nazwę ulicy i się okazało, że się nie zgadza. No bo, głupi, podałem ulicę z tego adresu, na który mi wysyłali reklamy, a powinienem był podać ulicę ze starego adresu zameldowania (który był całkiem inny). Spróbowałem wytłumaczyć, że to jednak tamta inna ulica, ale mnie przegadał mówiąc, że nie można tak metodą prób i błędów bo nie i już, skoro nie podałem za pierwszym razem poprawnej odpowiedzi, to sorry Batory on już nic nie może zrobić, do widzenia.

Zanim jednak się rozłączył, zdążyłem mu przeczytać fragment tego e-maila, który mi wcześniej przysłali jego koledzy z centrali. Jak tylko doszedłem do punktu o reklamacji facet od razu zmienił nastawienie.

-- A, czyli chce pan złożyć reklamację?

-- No... w sumie to chcę żebyście mi państwo przestali przysyłać reklamy pocztą, ale jeżeli inaczej niż przez reklamację się nie da, to tak. Składam reklamację.

-- Oczywiście, proszę chwilę poczekać...

Potem padło pytanie o imię, drugie imię, nazwisko, numer członkowski, którego mimo najszczerszych wysiłków ciągle nie znałem, więc pokręcenie nosem, pesel, numer telefonu...

-- Czemu taki długi?

Tu przez chwilę nie wiedziałem czy się zarumienić czy ucieszyć (a może jedno i drugie?), ale zaraz załapałem, że jemu chodzi o numer telefonu, bo Irlandia ma trzycyfrowy kierunkowy, więc razem z dwoma międzynarodowymi zerami wyszło coś z 14 cyfr. Wyjaśniłem to cierpliwie do lekko już spoconej słuchawki, wreszcie sakramentalne pytanie:

-- Jaka ma być treść reklamacji?

Myślę, kurdę, co by tutaj... No i wymyśliłem: "Proszę nie przysyłać mi żadnych materiałów reklamowych."

Pan się nieco zdziwił.

-- Tylko to jedno zdanie?

-- Tak.

-- Dobrze, już zapisuję. Zanim będę mógł przyjąć pańską reklamację, muszę odczytać taką formułkę RODO, jakby pan był uprzejmy odsłuchać jej w całości bez przerywania to szybciej pójdzie.

-- OK, proszę czytać...

Bez przesady, przez kolejne trzy do czterech minut koleś czytał tę nieszczęsną formułkę w tempie godnym podziwu. Widać, że nie był to jego pierwszy raz ani nawet nie drugi. Kiedy poczułem, że głowa zaczyna mi opadać, padło sakramentalne:

-- Czy ma pan jakieś pytania?

Wstrzymałem z całej siły chęć zapytania o dowód hipotezy Goldbacha, Riemanna i ABC, nie zapytałem też kim jestem, skąd i dokąd zmierzam ani nawet którędy na Grunwald. Zamiast tego skłamałem krótko:

-- Nie. Nie mam.

-- W takim razie dziękuję, reklamacja została przyjęta. Życzy pan sobie odpowiedzi pocztą, telefonicznie? Widzę, że podał nam pan swój adres e-mail, możemy wysłać odpowiedź drogą elektroniczną.

-- Może być e-mail.

Pożegnaliśmy się uprzejmie i po dwudziestu dziewięciu minutach połączenie wreszcie się rozłączyło. Dopiero potem pomyślałem sobie, że mogłem jeszcze potwierdzić ten adres poczty elektronicznej, bo 16 lat temu to ja jeszcze używałem jakiegoś starego adresu z Interii, a może z Onetu? Czort wie.

Tak czy siak, jeżeli reklamacja przejdzie, to strumień reklamowej makulatury powinien wyschnąć. A jak nie, to będę reklamował ponownie. Wtedy jednak przygotuję sobie poduszkę pod cztery litery i jakiegoś Netflixa na boku.

O.

5 komentarzy

      1. Spoko, oficjalne pismo powinno wystarczyć, firmy raczej tego pilnują, zwłaszcza takie poważniejsze, którym zależy na opinii.
        A może najprościej byłoby ten list zwrócić. Jeśli adresat nie mieszka we wskazanym miejscu, ten, kto list odbiera, powinien odnieść na pocztę, a ta odsyła z odpowiednią adnotacją. Na korespondencji z banków są na kopertach często gotowe pola do zaznaczenia, gdy listu nie uda się dostarczyć adresatowi.

  1. Szczęśliwie (bo życie nie traci wówczas kolorytu) polscy obywatele poddawani są abstrakcyjnym procedurom również poza granicami kraju, a osobnego bloga poświęcić można irlandzkiej Trójce, pod której skrzydła trafiliśmy z Anieśką po tym, jak się sprzymierzyli z O2. Ja zrezygnowałem pierwszy po tym, jak poprosiłem o zmianę taryfy, a w odpowiedzi Three przez trzy miesiące kasowało mnie za dwa plany – nowy i stary. Gdy uprzejmie poprosiłem o zwrot pobranej należności za jedną z taryf, pan z BOKu dziwił się z jakiej paki, wszak mogłem korzystać z obu przypisanych numerów.
    Anieśka wytrwała dłużej, ale ją na łopatki rozłożyli, gdy Trójka próbowała pobrać nam z konta należność z tytułu abonamentu, ale o dno zaskrobali, bo śmy się na jakiś ekstrawagancki wyjazd wyprztykali, a do wypłaty zostały 3 minuty. W efekcie anulowali zlecenie przelewu i zagrozili zablokowaniem połączeń. Anieśla zadzwoniła więc sprawę naprostować, ale Trójka chciał gadać wyłącznie z właścicielem konta. Zadzwoniłem więc ja, właściciel konta znaczy, ale wówczas już chcieli gadać z właścicielem numeru. Zadzwoniła więc znów Anieśka i zgadywać mogę tylko, co powiedzieli, bo dziewczę taką wiązankę puściło, że nam fuga poczęła spomiędzy płytek wychodzić.
    A kiedyś znowu dzwoniłem do embanku…

  2. Mam jednego/wielu natrętów, którzy mylą adres e-mail i zakładają na mój konta w różnych serwisach. Raz padło na mBank – myślę, zadzwonię żeby nie było, że ktoś weźmie kredyt na e-mail. Odbierają telefon (numer płatny) i pani po wytłumaczeniu jej w czym rzecz mówi: proszę podać swoje imię, nazwisko i wszystkie inne dane… a ja mowię NO-WAY! A ona, że ma takie rubryki w systemie aby zarejestrować sprawę. 😉 Po konsultacji z przełożonym i mojej radzie by wpisała cokolwiek udało się. 😉

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.