Adept + Namiestnik (Materia Prima, tomy 1+2). Recenzja.

Ostatnio jakoś tak wyszło, że mam odrobinę więcej czasu na czytanie. Nie żebym od razu pochłaniał jedną książkę na tydzień, aż tak dobrze to nie ma… ale jest postęp.

Skończywszy Kloosa, Scalziego i Nesbø zacząłem się rozglądać za czymś innym. Jak to mam we zwyczaju wykonałem szybki telefon do kumpla, który (na ogół) podsuwa mi smakowite kąski. Wspomniał coś o “Materia Prima” Adama Przechrzty.

— Co to jest? – spytałem?

— Spodoba ci się.

— No ale rzuć jakimś szczegółem chociaż.

— No więc tak: carska Rosja, końcówka pierwszej wojny…

— E, pierdzielę. Nie lubię historycznych.

— Ale magia jest, enklawy, zaklęcia, demony…

— Czyli fantasy? Tym bardziej nie lubię – odrzekłem zgodnie z prawdą.

— Nie marudź, spodoba ci się.

Z mocno mieszanymi uczuciami nabyłem “Adepta”wrzuciłem na kindelka i… wstałem od książki późno w nocy. W zasadzie nad ranem. Ale że co, że już? Ja chcę dalej!

Szczęściem okazało się, że są jeszcze dwa tomy. Przed chwilą skończyłem drugi, więc dla małej odsapki robię sobie dzień przerwy i zabieram się za trzeci. W międzyczasie szybka recenzja.

Co by tu napisać, żeby nie zdradzić za dużo…

Końcówka Carskiej Rosji, a więc okolice 1910 – 1920. Trwa Pierwsza Wojna Światowa. W kilku miejscach na świecie pojawiają się tajemnicze enklawy, które zawłaszczają sobie jakby nigdy nic kawałek miasta. Wewnątrz enklaw dzieją się rozmaite rzeczy, chyba cuda, ale ciężko powiedzieć, bo mało kto stamtąd wraca żywy. Enklawy rosną, więc żeby nie pochłonęły całego miasta trzeba je obwarować murami ze srebra (srebro jest dla enklaw i ich mieszkańców bardzo groźne). Ceny srebra idą w kosmos, banki używają jako rezerw srebrnych sztabek zamiast złotych.

Olaf Rudnicki jest alchemikiem. Ma niedużą aptekę w Warszawie. Postanawia wybrać się do enklawy; przy odrobinie szczęścia można tam znaleźć rzadkie składniki potrzebne do produkcji lekarstw, a jak dobrze pójdzie to nawet wrócić stamtąd żywym. W środku napotyka częściowo rozbity rosyjski patrol. No i się zaczyna…

“Materia Prima” to opowieść o alternatywnej rzeczywistości: wszystko niby zgodne z prawdą historyczną, tylko te enklawy.

Nie lubię powieści historycznych. Nie lubię i już. Miałem za młodu w domu dziadka – fanatyka, który próbował we mnie zaszczepić pasję historyczną metodą młota i kowadła. Jak to często w życiu bywa wyszło dokładnie na odwrót. No więc nie znoszę historii. Ale Przechrzta pisze naprawdę świetnie. Jak już się człowiek wciągnie w fabułę, ciężko się oderwać. Postaci jest całkiem sporo: dwie główne, po przeciwnych stronach wojennej barykady (Saszka i Olaf), z pięć czy sześć prawie-głównych i całe mnóstwo “satelitarnych”, dodających smaczku, autentyczności oraz będących budulcem bardzo bogatego tła powieści. Głowę daję, jakbym tam był! Fabuła jest dość intensywnie zakręcona, bohaterowie są ciskani różnymi wydarzeniami na lewo i prawo. Trup ściele się gęsto. Są też motywy romantyczne, ale w ilościach raczej śladowych. Główną rolę grają magia i wojna – na wielką i całkiem malutką skalę.

Nigdy nie wiem ile mogę napisać o książce żeby nie zdradzić zbyt wielu szczegółów. To znaczy inaczej: napisać to mogę ile chcę, w końcu to mój blog i gówno mi kto zrobi, ale jednak nie lubię psuć zabawy innym. Dlatego tutaj skończę i powiem tylko tyle, że “Materia Prima” jest serią wartą grzechu. Tomy 1 i 2 mnie absolutnie zachwyciły, za trzeci zabieram się lada chwila. Pewnie za kilka dni wrzucę osobną notkę, a może dopiszę coś tutaj.

Zobaczymy.

Zapisz się
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
1
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x