Cezary Harasimowicz: Święty chaos, cz. 2

W ferworze wydarzeń umknęła mi ostatnio jedna ważna recenzja, którą miałem byłem popełnić już jakiś czas temu, tymczasem piszę ją dopiero dziś.

Recenzja nie będzie zbyt długa, jak również zbyt profesjonalna, albowiem – jak już uważny Czytelnik zdążył zauważyć – nie zajmuję się zawodowo pisaniem recenzji. Od czasu do czasu wrzucę małe conieco, bardziej ku własnej pamięci tudzież dla napompowania statystyk bloga, niż dla jakiejkolwiek wartości dodanej

Będzie natomiast bardzo pozytywna.

Dzieło, które dziś miało pecha trafić w machinę recenzyjną mego Blogusława, to druga część (kusi mnie użycie wyrażenia „drugi sezon”) książki Cezarego Harasimowicza pt. „Święty chaos”.

Część pierwsza ukazała się w Audiotece już dość dawno – na moje oko około półtora roku temu (acz mogę się mylić, może to był rok? a może dwa lata?). Dopiero niedawno wyszła część druga. W odróżnieniu od pierwszej, nie jest już podzielona na kilka osobnych tomików, niemniej jednak mnogość rozdziałów oraz wątków nadal sprawia, że określenie „serial” aż się pcha pod nos.

Jamie Ulam, pół-Polka, pół-Tatarka, muzułmanka, analityk, eks-agentka Centralnej agencji wywiadowczej, w dalszym ciągu podąża za wskazówkami i poleceniami tajemniczej organizacji, której cele, na początku zupełnie niejasne, stają się z biegiem czasu coraz bardziej oczywiste: to świetnie zakamuflowana próba wywołania światowego chaosu, na którym najlepiej zarabiają najemni wojskowi.

Jamie kilkakrotnie umiera, jednak nie do końca, ponieważ pewien hinduski lekarz, również marionetka w rękach tajemniczych nadzorców, za każdym razem przeszczepia jej mózg (a może samą jaźń? to się dopiero okaże…) w kolejne ciało. Ponieważ Jamie nie jest jedyną osobą na świecie, której się to przytrafia, niektóre dialogi są czasem trudne do załapania za pierwszym razem, ponieważ ten sam rozmówca czasem jest nazywany tak, a czasem inaczej. Przydaje to jednak całości dodatkowego smaczku, do którego po pewnym czasie się przyzwyczaja.

Jamie, po wykonaniu kilku misji (Chiny, Tokio, Moskwa, Watykan i jeszcze parę innych miejsc, których już nie pomnę) zaczyna sobie pomału dodawać dwa do dwóch. Udaje jej się rozkochać w sobie owego hinduskiego lekarza, dzięki czemu przechodzi on na jej stronę i wspólnie, krok po kroku, rozgryzają tę wielką, globalną zagadkę. W międzyczasie korzystają z pomocy tajemniczego super-hakera o pseudonimie Guerilla.

Zakończenie jest nietuzinkowe i z całą pewnością nieoczekiwane. Nie będę go zdradzał, w razie, gdyby ktoś miał ochotę ksążkę odsłuchać (przypominam, że wersja papierowa powieści nie istnieje – została ona od samego początku napisana pod kątem wydania jej wyłącznie w wersji audio). Powiem tylko, że końcem końców nie obywa się bez nanotechnologii oraz czarnych dziur. Obydwa te tematy są dość bliskie memu sercu (o czarnych dziurach od czasu do czasu wspominam, a o nanotechnologie opierają się przecież moje dwa opowiadanka, czyli „Skok” oraz „Plan doskonały”).

Książka podoba mi się jeszcze z jednego powodu: chociaż nie przepadam za political fiction (głównie ze względu na swoje poglądy polityczne, a raczej ich brak), tutaj to wszystko jest ujęte w wartką akcję i dowcipne dialogi. Ta cała polityczna otoczka gdzieś tam w tle jest, oczywiście, ale nie psuje odbioru.

Tak więc, sympatyczy Czytelniku, jeżeli wahasz się, czy zainwestować swój czas w odsłuchanie „Świętego chaosu”, wiedz, że nie będzie to czas stracony.

O’le!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz