Szafki, szafencje, szafunie

In Samo życie by xpil2 Comments

W dniu dzisiejszym walczyliśmy z szafkami nabytymi wczoraj w drodze kupna w lokalnej IKEI. Zabawa z meblami z tego sklepu jest zawsze przednia, zwłaszcza jak ktoś lubi układać puzzle 3D. Ja nie lubię, ale szafka to szafka i odrobina zajęć praktyczno-technicznych jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Najpierw rozbebeszyliśmy pierwszy karton, złożyliśmy szafkę na buty. Taką z trzema uchylnymi cosiami, skrzyżowanie drzwi z ukośną szufladą, a więc zawiasy w inny poprzek niż „normalnie” i otwiera się tylko trochę – akurat żeby włożyć dwie pary butów i zamknąć. Dzięki temu szafka jest wąska (w sensie, mało odstaje od ściany) a jednocześnie może pomieścić około 6 par butów (moich kajaków pomieściłaby zaledwie trzy pary, ale w wersji mieszanej już sześć – a że jedną szufladopółkę oddaliśmy córce, do jednej szafki zmieściło się w sumie ponad 10 par obuwia).

Potem rozbebeszyliśmy drugi karton, i złożyliśmy drugą, identyczną szafkę. W efekcie uzyskaliśmy dwie szafki po trzy półkoszuflady każda. Bardzo niestabilne – przy próbie otwarcia szafka wali się na łeb od razu.

Hm.

Zadzwoniliśmy po sąsiada. Sąsiad co prawda też biurwa (jak i ja), ale w odróżnieniu ode mnie już dawno temu zdobył harcerską odznakę Dzielnego Majstra, dzięki czemu niestraszne mu są misje typu „zrobić dziurę w regipsie” tudzież „wybrać właściwy kołek do właściwego rodzaju ściany” i tak dalej.

Pomysł był taki, żeby przyczepić te nieszczęsne szafki do ściany, coby się na łęb nie waliły. Jednakowoż okazało się, że na dole ciągnie się wszędzie listwa przypodłogowa, skutecznie uniemożliwiająca proste ustawienie szafki i przykręcenie jej do ściany.

Jednak od czego nam mózg? Hm, mój to raczej do niczego, ale sąsiad wykazuje jeszcze objawy lekkiego IQ, dzięki czemu wykombinował, żeby oprzeć szafki nie na podłodze tylko właśnie na tej listwie (ma szerokość dobrze ponad 1 cm więc spoko), a następnie przyśrubować w czterech punktach do regipsu i będzie się trzymać.

Faktycznie, zadziałało. W efekcie mamy teraz szafki na buty w wersji lekko wiszącej. Co prawda okazało się po drodze, że w jednym miejscu za regipsem ciągnie się jakieś metalowe cóś, w co trzeba było wwiercać się udarem, ale udało się.

Siłą rozpędu zmontowaliśmy i zawiesiliśmy jeszcze małą, metalową półeczkę do kuchni (bliźniaczkę już istniejącej), dzięki czemu bałagan kuchenny będzie miał teraz szersze pole do popisu 😉

A na zakończenie udało nam się namówić nieszczęsnych sąsiadów, żeby przechowali u siebie naszą latorośl, po czym, zmęczeni i lekko padający, udaliśmy się do pobliskiej chińskiej restauracji w celu uczczenia siódmej rocznicy naszego zaobrączkowania. W restauracji było bardzo smacznie – a także strasznie tłoczno. Całkiem niezwykłe zjawisko jak na (podobno) kryzysowy klimat obecnie nam panującej post-tygrysowej ekonomii. Było fajnie. Żonka wciągnęła kurczaka w sobie orzechowym, ja krowę w sosie z czarnej fasoli, po czym wróciliśmy do domu, wykonaliśmy szybką reanimację obojgu sąsiadom (pięciolatka potrafi dać czadu, a co) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Dobranoc.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Szafki, szafencje, szafunie"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Gratki. &lat to nie w kij dmuchał…

wpDiscuz