Waterford i okolice

Jakiś czas temu moja pierwsza (i, mam nadzieję, ostatnia) Żona postanowiła oderwać się nieco od dublińskiego kołowrotka i zaakceptowała ofertę pracy w Waterford.

Jeżeli, Czytelniku sympatyczny, spojrzysz na mapę, natychmiast zauważysz, że z Newbridge do Waterford jest w ciul, w pip i w cholerę dalej, niż z Newbridge do Dublina. Na oko jakieś dwa i pół razy dalej. Czemu więc tak?

A no temu, że po pierwsze primo droga do Waterford to niezmącona, gładka niczym tafla Bajkału w bezwietrzny poranek, a także niebieska jak niebo w domyślnej tapecie Windowsa XP emdziewiątka, czyli autostrada M9, na której największym zagrożeniem jest senność kierowcy znużonego jednostanną…

Tego, wiadomo. Jak ktoś chce opisów przyrody, niech sięgnie po Nałkowską.

Po drugie primo – korki. Jazda do/z Dublina to męczące 10-20-30-20-30-20-10-20-i tak dalej kilometrów na godzinę, nie wspominając o tym, że między zjazdami 9 i 10 robią (i będą robić jeszcze przez dwa i pół roku) dodatkowy pas, więc zamiast 120 jest 60 i tak dalej. A rano do Waterford jeździ mniej ludzi, niż do Dublina, jedzie się więc pustą drogą, nabijając się z nieustannie zakorkowanej nitki w stronę Dublina. Z powrotem zresztą – podobnie, większość ruchu jedzie OD Dublina, więc wraca się też praktycznie pustą drogą.

Po trzecie primo zaś – od czasu do czasu trzeba po prostu zmienić pracę, żeby… No, żeby zmienić pracę. Coś innego. Ileż można siedzieć w tabelkach, skoro można zamiast tego posiedzieć w innych tabelkach 😉

Tak czy siak, Żonka zaanektowała autko i jeździ sobie teraz dzień w dzień po 260 kilometrów (130 w jedną i odpowiednio 130 w drugą – na szczęście w obie strony jest tak samo daleko), a ja przesiadłem się w kolej żelazną. Dojeżdżanie koleją ma swoje zalety. Można nie tylko posłuchać audiobooka, ale i poczytać prawdziwą książkę. Taką z literkami! Można pyknąć partyjkę w Literaki. Można wreszcie uczynić wpis na blog. Wszystko to w czeredzie innych zombie przyklejonych nosami do ekranów swoich smark-fonów, klap-topów czy innych tabletków.

Celem dzisiejszego wpisu miały być nasze niedawne, króciutkie, ale bardzo intensywe wakacje, które spędziliśmy właśnie w Waterford (i okolicach), ale wstęp wyszedł mi niespodziewanie długi i w związku z tym resztę tekstu przełożę na inną okazję.

Tak sobie myślę, że zamiast opisywać cały urlop dzień po dniu, godzina po godzinie, co natychmiast uśpiłoby co najmniej 70% moich Czytelników (ile to jest 70% z trzech?), a pozostałych (liczu, liczu, liczu…) 30% doprowadziłoby do szewskiej pasji, wrzucę tu tylko kilka miniaturek opisujących najciekawsze momenty wyprawy. Dzięki temu ja będę miał więcej zapychacza na blog, a Czytelnik – szansę na doczytanie do końca bez ryzyka niekontrolowanego zaśnięcia.

Tak że tego, ten.

6
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
2 Thread replies
3 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
40i6FutrakxpilButter Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Butter
Gość
Butter

Pytanie, czy fakt, że jedzie dokładnie w przeciwną stronę niż Ty to przypadek? Wnioski wyciągnij sam ;D

Futrak
Gość

Po czwarte i jednocześnie piąte primo, Waterford jest po prostu fajne 🙂

40i6
Gość

To dodaj do czytelników jeszcze 0.5, bo ja dziś ino jednym okiem, drugie w tabelkach, cóż…

trackback

[…] Od kilkunastu tygodni dojeżdżam do pracy pociągiem, o czym zresztą, zdaje się, niedawno wspominałem. […]

%d bloggers like this: