Kosztowne pomyłki

Dostałem dziś pismo z IBTS (lokalny odpowiednik polskiego HDK), z którego dowiedziałem się, że bardzo, ale to bardzo mnie przepraszają…

Ki czort? No nic, czytam dalej…

…, ale między czerwcem 2014 a listopadem 2015 używali wadliwego sprzętu do badania poziomu hemoglobiny i w związku z tym mogli nieprawidłowo – uwaga, niespodzianka – zmierzyć mi poziom hemoglobiny.

W efekcie mogli niechcący przeoczyć u mnie anemię.

A więc bardzo by chcieli, żebym we własnym zakresie sprawdził, czy aby nie mam anemii. Mam się w tym celu udać do lekarza, poprosić go o pobranie próbki krwi do badania. Mam też skrzętnie zbierać wszelkie paragony (lekarz, laboratorium itd…), to mi zwrócą wszystkie koszty z tym związane. No chyba, że mi się bardzo nie chce, w takim razie po prostu mam poczekać aż do następnej wizyty u nich, i oni mi wtedy wszystko zmierzą i zbadają jak trzeba.

Myślę sobie tak: z jednej strony fajnie, można sobie machnąć badanie krwi na koszt stacji krwiodawstwa. Nie zbiednieją… Z drugiej strony jednak, jeżeli taka stacja przerabia dziennie, załóżmy pesymistycznie, ośmiu krwiodawców, a stacje w Dublinie są co najmniej dwie, google, google, google… a nie, trzy są…, czyli to daje, powiedzmy, dwadzieścia cztery osoby dziennie… razy pięćset osiemnaście dni kalendarzowych…podzielić przez siedem i pomnożyć przez pięć, żeby zostawić same dni robocze… minus, dajmy na to, dwadzieścia dni na urlopy i święta państwowe… to daje jakieś, liczu, liczu, liczu… wizyta u lekarza to jakieś pięć dyszek, plus dycha za laboratorium…  mnożu, mnożu, mnożu… dzielu, dzielu… ciut ponad pół miliona Jerzych.

Kupa szmalu.

Ale zaraz, zaraz. Niektórzy z tych krwiodawców byli w tym czasie po kilka razy. Załóżmy nawet, że większość z nich. Pięć i pół kwartału… załóżmy, że każdy był średnio po trzy razy. A więc po korekcie wychodzi jakieś sto siedemdziesiąt tysięcy.

Niby sporo. Ale biorąc pod uwagę, że to koszt błędu przeoczonego przez prawie półtora roku, nie aż tak dużo.

Jeżeli tylko co dziesiąty z nich pójdzie do GP przebadać się na anemię, to robi się z tego raptem niecałe dwadzieścia tysięcy Jerzych. Całkiem znośnie jak na tak wielką firmę. Mogło być o wiele gorzej.

Ale, zaraz, po co ja się tak męczę samodzielnie z tymi cyferkami. Zerknijmy, co Wujek Google wie w tym temacie…

google google google

Aha. Wedle mojego (bardzo przybliżonego) liczenia wyszło, że krwiodawców dotkniętych problemem jest około trzech – czterech tysięcy. Google jednak twierdzi, że IBTS wysłało te listy do 90,000 osób.

Dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi.

Czyli, na moje oko, jakieś pięć i pół miliona euro kosztów samego testowania na anemię. A do tego trzeba jeszcze przecież zatrudnić dodatkową obsługę. Ludzie masowo dzwonią pod 1850 731 137, więc trzeba zatrudnić więcej telefonistek. I tak dalej.

Jak to zwykle bywa, część ludzi się pewnie wystraszy („skoro tu się pomylili, to ciekawe gdzie jeszcze?”) i wycofają się z krwiodawstwa zupełnie. To też jest koszt. Może nie pieniężny, ale istotny.

Ciekawe, kogo końcem końców obciążyć tymi wszystkimi kosztami? Chyba najsensowniej byłoby firmę produkującą te wadliwe pulsoksymetry. No bo przecież sama stacja krwiodawstwa niczemu nie jest winna. Mają mierzyć to mierzą, skąd mają wiedzieć, że pomiar jest nieprawidłowy?

No nie wiem.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz