Z górki

W domu zaczyna się robić coraz bardziej dzidziowo. Podobnie jak siedem lat temu, przygotowujemy się pomalutku na przyjęcie nowego członka rodziny (tym razem faktycznie członka, ha!).

Kołyska już czeka, wózek też, zestaw ubranek wszelakich, zaczynamy gromadzić pieluchy (będą znikać szybciutko, lepiej mieć dobry zapas na start), chusteczki, śliniaczki i inne pierdółki 🙂

Oprócz tego przeorganizowaliśmy schowek, żeby było w nim więcej miejsca (głównie na dzidziowe klamoty) – tak po prawdzie to już tradycyjnie podzieliliśmy się na tych od myślenia (Żonka) i roboli (myself), dzięki czemu ilość przestrzeni w schowku wzrosła w niepojęty dla mnie sposób (może mamy tam końcówkę L-Space ze Świata Dysku? Kto wie…) Dodatkowo odwiedził nas szwagier, który potrafi w czarodziejski wręcz sposób posługiwać się młotkiem – a konkretnie to umie nim trafić w łebek gwoździa nie uszkadzając przy tym palców, okien ani nie wybijając w ścianie dziury na wylot. Tym samym mieszkanie zaroiło się od dodatkowych półek i półeczek (część z nich tuż nad drzwiami – coś a’la pawlacz, tylko taki otwarty), a także półczysk, półczątek i chyba tylko pułków brak.

Młody wykazuje znaczną aktywność, intensywnie kopie Mamę od środka we wszystkie strony. Czujnym okiem daje się zaobserwować powstające i momentalnie znikające wybrzuszenia od ręki, nogi czy innej… głowy, dajmy na to. No ale trzeci trymestr to już nie w kij dmuchał, jak by nie patrzeć.

Prawie siedmioletnia starsza siostra jest bardzo przejęta całą sytuacją. Zrobiła już przyszłemu braciszkowi książeczkę („Bajka o trzech sowach”), gada do niego, pyta o różne rzeczy, a w sklepie z ciuchami zamiast tradycyjnie pędzić do księżniczkowni, szpera dzielnie w śpioszkach i grzechotkach. Jest też już całkiem oswojona z faktem, że jak się zacznie poród, być może będzie musiała posiedzieć jakiś czas u sąsiadów lub znajomych – jednak fajnie mieć pierwsze dziecko w miarę wyrośnięte, mniejsza panika jakby co.

Mama miewa się całkiem nieźle – w porównaniu do pierwszej ciąży można nawet powiedzieć, że miewa się znakomicie. Miała już fazę na mięcho (potrafiła na śniadanie wciągnąć wołu i zagryźć świnią), teraz ma ataki głodu warzywno – owocowego. Jak nigdy nie trawiła cebuli, tak teraz wtranżala sałatkę z pomidorów i cebuli na kilogramy. Na szczęście mamy podręczny warzywniak rzut beretem od domu, więc świeże dostawy co chwilę.

Wkrótce kolejna wizyta końtrolna u wracza, będziem gówniarza mierzyć, ważyć i oglądać. Póki co (odpukać!) wszystko w normie, żadnych powodów do niepokoju.

Sporo znajomych się ostatnio okociło, będzie z kim wychodzić na wspólne spazieren gehen i omawiać niezwykle istotne kwestie kolorów i kształtów kupek, jak również czynić nieodzowne „a-ti-ti-ti-bobasku” i inne onomatopeje.

Wniosek końcowy – będzie komu robić na nasze emerytury [1. To całkiem jak w Polsce – rząd zrobił na nasze emerytury, i pewnie jeszcze nie raz zrobi.]. O ile się dzieciaki nie zbuntują i nie wyjadą za pracą do Australii albo Kanady. Albo Australii…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz