Wiara w niewiarę

In O autorze, Pod prąd by xpil5 Comments

Ostrzeżenie. Niniejszy wpis dotyczy religii. Nie gwarantuję, że fabuła nie wymknie mi się spod kontroli, tak więc osoby o nadmiernej wrażliwości religijnej proszone są o przełączenie kanału.

(Dopisane pół godziny później: osoby o nadmiernej wrażliwości religijnej mogą jednak pozostać przy lekturze tego wpisu. Udało mi się skutecznie uniknąć rzucana kurwami oraz prymitywnego i – zaiste, powiadam wam – pożałowania godnego nabijania się z niepokalanego poczęcia, przybijania ludzi gwoździami do różnych drewnianych rzeczy, wiekuistego haremu ze stu dziewic i innych tego typu kwiatków).

Pochodzę z kraju, którego – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – większość obywateli to ludzie wierzący w katolickiego Boga. Z kolei prawie 6 lat temu wyemigrowałem do kraju, w którym większość obywateli to katolicy, a 95% (albo i więcej) szkół jest prowadzonych przez lokalne parafie. Osobiście jednak do tej pory nie dałem się przekonać, że istnieje jakiś nadrzędny Byt, wymuszający na nas zachowania inne niż wynikające z praw natury bądź socjologii.

Osobiście wierzę (ha! a jednak wierzy! zakrzyknie zaraz jakiś zakrzykacz), że wiara lub jej brak są tylko i wyłącznie skutkiem wychowania. Czym skorupka… i tak dalej. Gdyby pozostawić ekipę neutralnych dzieciaków na jakimś bezludnym lądzie, czy wykształciłyby one w sobie jakąkolwiek religię? Wątpię. Ale nie wiem tego na pewno, ponieważ żeby taki eksperyment mógł mieć wartość dowodu naukowego, trzebaby go pewnie powtórzyć odpowiednią ilość razy, a także zapewnić mierzalność jego wyników. A to się może nie udać. O ile jeszcze dałoby się (wbrew wszelkim normom obyczajowym oraz skargom niezliczonych stowarzyszeń praw ochrony człowieka) to zorganizować, o tyle nie bardzo wiem jak by tu pomierzyć w satysfakcjonujący sposób wyniki takiego doświadczenia.

Mogłoby jednak tak być, że owszem, jakaś religia zostałaby przez te dzieci (na owej hipotetycznej bezludnej wyspie) wykształcona. Ludziom jest czasem tak strasznie smutno, że ich kiedyś nie będzie, że dla pocieszenia tworzą sobie w głowach różne ponadczasowe byty żeby im było raźniej. I jeżeli któryś z takich pomysłów osiągnie odpowiednio dużą popularność, można go zacząć nazywać religią. Tak to sobie, mniej więcej, wyobrażam.

Nawiasem mówiąc, niedawno czytałem interesujący artykuł o tym, że żeby jakaś idea została powszechnie przyjęta przez całą grupę, wystarczy, żeby 10% jej członków tę ideę propagowało. 10% – z jakichś nieznanymi mi statystycznych przyczyn – jest wartością graniczną.

Z taką religią wiąże się oczywiście poczucie przynależności do stada. A więc, jeżeli stado ma swoje prawa, należy im być posłusznym, inaczej można być zeń wykluczonym.

Co jednak, jeżeli reguły rządzące stadem zostaną przekształcone (na przestrzeni wieków) na drodze tysięcy maleńkich zmian, z których każda osobno jest w zasadzie nieistotna, jednak efekt końcowy tak różni się od tego, co było na samym początku, że przypomina bardziej groteskę niż faktyczny żal nad nietrwałością naszego żywota? Ano, powstaje wówczas system dziwnych, nielogicznych praw rządzących stadem, których to praw większość stada nie rozumie, ale ślepo podlega im ze strachu przed wykluczeniem.

Tak więc, wierzę we własną niewiarę. Jedyna religia, której hołdowałbym, gdyby istniała, dałaby się zamknąć w jednym przykazaniu: „Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe”. Albo, żeby nie było, że polaryzuję ten wpis pod kątem jednego konkretnego kościoła, w jednej prawdzie: „Istnieje cierpienie oraz współczucie”.

Inna ciekawa sprawa, która w zasadzie umacnia mnie w przekonaniu, że religia jest efektem tylko i wyłącznie wychowania, to jest geografia religii. Dlaczego największe religie świata są rozdzielone geograficznie? Jak to jest, że zamiast w miarę równomiernego „wymieszania” wyznawców poszczególnych religii, nastąpiło ich wyraźne rozdzielenie? Otóż, widzę to tak. Dwie różne religie (nie mówię teraz o różnicy między prawosławiem a lewosławiem, czy też między anglikanami a mormonami, tylko o religiach mających kompletnie różne podstawy – na przykład chrześcijaństwo vs islam vs hinduizm vs konfucjanizm) są jak dwie różne ciecze o tak dużej różnicy napięć powierzchniowych (na przykład woda i oliwa), że nie są w stanie się wymieszać – zamiast tego w wodzie można zaobserwować wyraźnie wyodrębnione krople oliwy, a próba ich rozdrobnienia zakończy się tym, że wiele małych, wciąż wyraźnych kropelek oliwy, będzie unosić się w wodzie, a jak się spotkają, połączą się z powrotem w jedną dużą plamę oliwy na powierzchni. A początkowe rozlokowanie poszczególnych religii oraz ich niezmienność geograficzna wynika właśnie z wychowania. Dzieci dorastają na ogół tam, gdzie ich rodzice, a więc „nasiąkają” daną, konkretną religią, aby następnie, już w okresie dojrzałym, przekazać ją swojemu potomstwu. A rzeczy, które wpaja się nam w dzieciństwie, przyjmujemy często bezkrytycznie jako oczywiste, ponieważ płyną od najwyższych autorytetów: Mamy i Taty.

Skoro religia to stado, trzeba tego stada bronić. A więc należy eliminować członków innych stad. Dawniej były po temu wojny krzyżowe, dziś mamy terrorystów Dżihadu, zakazy noszenia burek oraz rozmaite inne zachowania starające się w ten czy inny sposób zwiększyć znaczenie bądź liczebność jednego ze stad kosztem innego. Nie ma w tym nic więcej jak prosty algorytm stadny plus odrobina psychologii. Stąd też mnóstwo religijnych paradoksów. Na przykład, religia, kóra szczyci się miłością bliźniego oraz nieczynieniem drugiemu co tobie niemiłe, jest odpowiedzialna za największą liczbę zgonów na świecie. Działa to też niestety w drugą stronę – wykorzystując brak agresywności stada (będący elementem jego religii), można stado wyciąć w pień i żaden jego członek nawet głosu nie podniesie.

Najzabawniej robi się wtedy, gdy jakaś religia zaczyna wkraczać na teren biologii. Na przykład „chcesz być z nami, nie będziesz kopulować z przedstawicielem tej samej płci co twoja” albo „chcesz być z nami, podcieraj dupę lewą ręką”, czy też rzeczy w stylu „chcesz być z nami, nie jedz i nie pij między wschodem i zachodem słońca, przez jeden miesiąc w roku”.

Żeby nie przedłużać (oraz pozostawić trochę tematów dla żądnych mej krwi zwolenników miłości bliźniego), podsumuję mój światopogląd: uważam, że religia to nic innego jak wyuczony zestaw nielogicznych reguł, którym ludzie podporządkowują się (na ogół bezrozumnie) w wyniku takiego a nie innego wychowania w domu rodzinnym.

O religiach (głównie katolickiej, ale nie tylko) mówił pięknie George Carlin. Polecam zwłaszcza jego „Dziesięć przykazań” („Ten Commandments”) – proszę sobie dla rozrywki poszukać na Tyrurce, facet najpierw wyjaśnia dlaczego przykazań jest akurat 10 (a nie 12 albo 9), następnie redukuje je do dwóch (w zasadzie bez utraty jakości), oraz – na koniec – dodaje jedno od siebie: „Keep thy religion for thyself”.

OK, chipsy są, cola jest, miękki fotel też jest. Zasiadam więc – i obserwuję 😉

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Wiara w niewiarę"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Znam… I wiem, że religia jest opium dla ludu…

Wszystko to prawda i religia (wiara) jest zawsze (wcześniej czy później) wykorzystana do osobistych ludzkich, przyziemnych celów. Przynajmniej tak nas uczy historia i entologia.

To nie podlega dyskusji, że głupsi są wykorzystywani przez mądrzejszych.

Pytanie brzmi: skąd ten owczy wręcz pęd do religii? Zawsze?
Niby ostatnio KK traci wiernych i coś tam traci, ale próżni nie ma?

Jarosław Milewczyk
Gość

Pięknie napisane Piotrze. Znamy się w realu, ale dopiero w sieci po latach okazuje się, że mamy zbieżne poglądy 😉 Będę tutaj wracał!

przemas
Gość

Świetny wpis… I słuszna obserwacja. Zbieżność poglądów.

rowena77
Gość

Xpil

Jeżeli jesteś ateistą to chciałabym zrobić z Tobą krótki wywiad (do bloga, nie do jakiejś gazety) Ciekawią mnie inne spojrzenia na pogląd religii, wiary. Nie chcę jakiejś nawalanki, udowadniania że się mylisz, a ja mam rację i na odwrót. Raczej wysłuchania co masz do powiedzenia w kilku nurtujących mnie kwestiach.

wpDiscuz