Maszyna po szynach

W ramach poświętopatrycznego wolnego od pracy wzięliśmy dziś dzieciaki pod pachę i pojeździliśmy sobie trochę pociągami. Młody po raz pierwszy w życiu zobaczył pociąg większy od samego siebie – ma w domu kilogramy kolejek z serii Thomas, a tu nagle ujrzał pociąg w skali 1:1 i się był zachwycił. Młoda z kolei dla zabicia nudy wzięła kostkę Rubika (ta malutką, 2x2x2) i ją męczyła przez większość czasu.

Jako przystanek docelowy upatrzyliśmy sobie Howth. Wyjechaliśmy z Sandymount, bo tam akurat jest nam względnie blisko z domu (względnie, znaczy się ze 20 minut jazdy) i parkingów nie brakuje w okolicy.

Przy okazji dowiedzieliśmy się jak się tu kupuje bilet. Niespodzianka: idzie się do pana w okienku i się mówi, że się chce bilet powrotny do Howth, a pan pobiera opłatę i daje bilet. Wot, k*wa, tiechnika…

Same pociągi przypominają trochę kolejkę podmiejską SKM w Trójmieście, tylko zamiast twardych, plastikowych siedzeń dopasowanych do liliputów, mamy w miarę normalne, w miarę wygodne, obite tkaniną siedzenia. Reszta w zasadzie identyczna z tym, co znałem z Polski. Wsiada się, siada się (albo i nie) i jedzie się, a na koniec wstaje się i wysiada się. Koniec, kropka…

W Howth mieliśmy plan na lody (w Howth, zresztą podobnie jak w Bray, które jest na przeciwległym końcu kolejowej trasy, jest lodziarnia Maud’s, uznana jednogłośnie za najlepsze lody w tej części Galaktyki), ale ponieważ pogoda zrobiła się w kratkę, a zgłodniali byliśmy całkiem solidnie, zamiast tego poszliśmy do przydworcowej knajpy na łobiad, po którym na ten tychmiast powróciliśmy do pociągu.

Młody przez całą trasę, w jedną i w drugą stronę, siedział przyklejony do szyby niby wielki glonojad i tylko pokazywał paluszkami w niemym zachwycie na przesuwające się za szybą widoki. W Howth stwierdził, że on nigdzie nie wychodzi i tylko obietnica zjedzenia czegoś pozwoliła nam na opuszczenie wagonu bez większej awantury. A w drodze powrotnej z wrażenia zasnął, dzięki czemu bez oporów wysiedliśmy w Sandymount i w szyku zorganizowanym podreptaliśmy do auta i potem do domu. Młody obudził się dopiero w aucie i był bardzo zdziwiony 😉

Za każdym razem, kiedy Młody widział pociąg wjeżdżający na peron, machał maszyniście z taką werwą, jakby samego papieża widział. Zresztą nie, co ja gadam, Młody nie ma bladego pojęcia, kto to jest papież, natomiast kierowca pociągu to dla niego półbóg jakiś. No więc machał, aż się obawialiśmy o jego zawiasy, a jak mu maszynista odmachał to się prawie posikał ze szczęścia. Piękna sprawa.

Jak dobrze pójdzie, zrobimy sobie z tych przejażdżek kolejką jakąś tradycję rodzinną. Może raz na dwa tygodnie, albo chociaż raz na miesiąc… Kto wie, zobaczymy.

Zobaczymy.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Maszyna po szynach"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
El toro
Gość

Taka piosenka mi się przypomniała, ale tylko refren znam.

Lololo lody Bambino
W całym wszechświecie słyną
Każdy liże ze smakiem
Czy jest gadem, czy ptakiem,
Jamochłonem, czy nawet rośliną.

Kat
Gość

Moze parowoz malego ucieszy: http://www.steamtrainsireland.com/events/#ghosttrain
My planujemy wycieczke pociagiem dopiero od pol roku…

wpDiscuz