Autem na plażę

Lubię plaże. Mają w sobie coś magicznego. Z jednej strony woda (z której, wedle teorii dziadka Darwina, kiedyś wyleźliśmy w formie amebowatopodobnych), z drugiej ląd (na który wyleźliśmy), a pomiędzy tym wszystkim trochę kamieni (większych lub mniejszych). I to w zupełności wystarczy do zaistnienia tej odrobiny magii, która sprawia, że mogę siedzieć na plaży i gapić się w wodę godzinami.

Czytaj dalej >>Autem na plażę

A gile gile… Scrum!

Dziś o pracy (dla odmiany…) Mniej więcej rok temu trafiłem do firmy, która stosuje metodologię wytwarzania programowania zwaną po angielsku „Agile”. Nie wiem, czy polskie tłumaczenie „Programowanie zwinne” jest najszczęśliwsze – mi bardziej podchodzi angielska wersja i jej będę używał. Przy okazji, dla osób nieznającyh angielskiego: „agile” wymawia się „edżajl” lub „ejdżajl”.

Czytaj dalej >>A gile gile… Scrum!

Żonglujemy

Najpierw trzeba się nauczyć podrzucać i łapać dwie kulki jedną ręką. Tak, lewą też. Najlepiej ćwiczyć na pomarańczach. Potem już łatwo żonglować trzema kulkami, a jak się człowiek dobrze skupi to i czterema.

Ale dziś nie o takiej żonglerce będzie. Otóż spędziliśmy większość dnia żonglując meblami. Ciężko jest uzyskać jakieś feng shui przy ograniczonych środkach, ale czasem warto trochę poprzesuwać to i owo żeby sobie odświeżyć mieszkanko.

Czytaj dalej >>Żonglujemy

Dżdż

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…
… dżdżu krople padają i tłuką w me okno…

Dziś o kilku dziwnych słówkach. Zacznijmy od tytułowego dżdżu. Oczywiście forma użyta w tytule jest nieprawidłowa – niektórzy się czasem zastanawiają jaka jest forma podstawowa „dżdżu” i kombinują z „dżdż”, „dżadż” itp. Tymczasem oczywiście jest to nieregularna forma dopełniacza od słowa „deszcz”.

Czytaj dalej >>Dżdż

Indie II: Przygód ciąg dalszy

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

Jeżeli ktoś czytał niedawno o tym, jak to kiedyś udało mi się dotrzeć do Indii, pamięta zapewne, że skończyłem na tym, jak to znalazłem się wreszcie na lotnisku w Delhi, niewyspany, zmęczony, nie do końca trzeźwy i okradziony z paru drobiazgów. Trzecia rano.

Czytaj dalej >>Indie II: Przygód ciąg dalszy

Déjà vu

Niedawno byliśmy w kinie – najpierw na Rio, z córą, a parę godzin później na Szybkich i Wściekłych (sami).

W obydwu filmach jest bardzo podobna scena. Kamera leci dookoła figury Chrystusa, w tle Rio de Janeiro. Bardzo charakterystyczne ujęcie. Co prawda jedno w wersji rysunkowej a drugie nie, ale i tak dziwnie się czułem oglądając niemal identyczną scenę w dwóch różnych filmach tego samego dnia.

Czytaj dalej >>Déjà vu

Tona węgla

Mając lat pięć mieszkałem wraz z dziadkami na zadupiu.

Dlaczego z dziadkami? A, różne były moje dzieje rodzinne, obfitowały w wiele nieoczekiwanych zwrotów, z których – jako kurdupel – zupełnie nie zdawałem sobie sprawy. Ale mniejsza.

Zadupie to była kilkusetosobowa wioseczka na północy Polski. A nasza chałupa stała dodatkowo na uboczu, dobrych pięć minut spaceru polną ścieżynką do najbliższego sąsiada.

Czytaj dalej >>Tona węgla

Indie I: Zapachy stolicy

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

Przydarzyło mi się raz w życiu odbyć wycieczkę w naprawdę dalekie strony. Nie mówię od razu o gwiazdozbiorze Nebula ani nawet o przylądku Horn. Ale byłem w Indiach i chcę dziś powspominać tamten wypad.

Dlaczego Indie? Dzięki terrorystom. Ale zacznijmy od początku.

Czytaj dalej >>Indie I: Zapachy stolicy