Pykniemy bilkę?

Za (dawnych!) czasów kawalerskich przydarzyło mi się zarazić od kolegi pasją grania w snookera i wszelakie bilardy. Trochę w dziewiątkę, ale głównie w ósemkę (najrozmaitsze odmiany).

Pierwszy raz w życiu grałem w ósemkę pod koniec podstawówki. Pamiętam, udało mi się wtedy wygrać pierwszą partyjkę i wtopić wszystkie pozostałe („szczęście początkującego”?) Potem nie grałem przez wiele lat aż wreszcie w okolicach 25. roku życia kolega wyciągnął mnie do lokalu, który na pierwszy rzut oka wyglądał dość spelunkowato ale końcem końców okazał się całkiem zacną bilardownią.

Ponieważ ani kolega ani ja nie znaliśmy wówczas dokładnie reguł pool-a, wymyśliliśmy własne. Jak się potem okazało, bardzo zaostrzone względem oryginalnych. Mianowicie wedle naszych reguł, przed każdym uderzeniem (z wyjątkiem rozbicia) trzeba było deklarować które bile wpadną do których łuz, a także która bila zostanie w pierwszej kolejności trafiona przez białą. Jeżeli wbiło się o jedną bilę więcej albo mniej (albo do innej łuzy), zaliczał się faul i biała z ręki. Gra była dość trudna, ale ponieważ nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia, wydawało nam się, że tak właśnie trzeba. Dopiero po roku czy dwóch poszukałem (z ciekawości) zasad pool-a i wtedy się zorientowałem, że graliśmy w jakiegoś koszmarka. Szybko też przekonałem kolegę, że granie wedle naszych zasad to jest katorga a nie przyjemność, i od tamtej pory łupaliśmy w klasycznego pool-a. Czasem wedle zasad europejskich, czasem wedle amerykańskich.

Bywało też że udawaliśmy się do oddalonego o parędziesiąt kilometrów klubu, w którym zamiast jednego, lekko zadymionego i nieco poplamionego piwem stołu do pool-a stały dwa pięknie utrzymane stoły, z czego jeden do snookera. Bila uderzona nawet niezbyt mocno toczyła się daleko (i po linii prostej, ha!), dookoła stołów było wystarczająco dużo miejsca na rozmach, sufity były wysoko a klienteli niewiele, dzięki czemu można było skupić się na graniu 😉

Do dziś lubię wszelakie bilardy w formie komputerowej – kiedyś nawet kupiłem sobie (za całe 4€!) całkiem fajny symulator bilarda, ale mi gdzieś zginął niestety.

Najdroższą partyjkę w bilarda grałem w Hannoverze; wybraliśmy się kiedyś (dawno, jeszcze przed emigracją) z kolegą służbowo na CeBit do Hannoveru, jednego wieczoru zaatakowaliśmy pobliski pub i pyknęliśmy jedną czy dwie bilki, płacąc za to jakieś 10 czy 12€ (dokładnie już nie pamiętam) co na tamte czasy (i moją polską kieszeń) było dość sporą kwotą. Ale frajda była.

Jak już kiedyś będę piękny, mądry i bogaty (na razie z tych wszystkich zalet mam tylko „i”) to sobie sprawię do domu stół bilardowy i będę łupał bilę za bilą zamiast pisać jakiegoś durnego bloga 😉

Tymczasem – do jutra!

(A kawał?!)

A proszę bardzo. Dziś rzucimy sucharem z JM:

Kobieto! Pora schudnąć, jeśli kupiłaś obręcz hula-hop i pasuje ona na ciebie jak ulał!

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz