Home / Ogólne / 511 powodów aby myć uszy

511 powodów aby myć uszy

Przez brudne uszy słychać gorzej. A ja dziś prezentuję listę Spotify z pięciuset jedenastoma utworami, więc pamiętajcie: myjcie uszy!

😉

(notka: widżet poniżej z jakiegoś powodu wyświetla tylko pierwszą setkę utworów, ale odtwarza wszystkie)

Ta lista to efekt mojego użytkowania Spotify od sierpnia 2013 roku (domyślnie posortowana od najkrótszego – bo akurat niedawno robiłem listę pięciu najkrótszych kawałków – ale można ją sobie pomieszać). Jak widać nie ma tego zbyt wiele – przez 1954 dni uzbierało się „tylko” 511 kawałków, a więc średnio niecałe dwie piosenki tygodniowo. Ale to przecież nie wyścigi 😉 Poza tym na tej liście było przedtem więcej utworów, ale niektóre odpadły z różnych powodów. Staram się utrzymywać swoją listę w takim stanie, żebym zawsze mógł ją włączyć w losowym miejscu i cieszyć się muzyką.

Według serwisu Spotify Wrapped, moim ulubionym wykonawcą w tym roku był Pentatonix. Pisałem już o tej kapeli (tu można poczytać: !klik! i tu też: !klik!), więc się nie będę powtarzał. Powiem tylko tyle, że od niedawna mają innego „basistę” (Avi Kaplan opuścił zespół, podobno z powodu zbyt rzadkiego widywania się z rodziną), który według mnie jest raczej „płaski” – Avi to jednak była klasa sama w sobie.

Inni moi najulubieńsi artyści to Tommy Emmanuel, Celtic Woman i Jean-Michelle Jarre (bez niespodzianek).

Dzięki ww serwisowi Spotify Wrapped dowiedziałem się też, że jestem mało mainstreamowy – słucham piosenek spoza mainstremu ponad półtora raz częściej od przeciętnego zjadacza nutek.

Na topie gatunków – o dziwo – jazz, przed którym zawsze się broniłem ręcami i nogyma. Czary, panie.

Coś, czego Spotify Wrapped nie wyłapał, to moja nieuleczalna ciągota do coverów. I tak na powyższej liście znajdziemy całkiem sporo przeróbek następujących piosenek:

  • „Ievan Polka”, fińska piosenka, której korzenie sięgają XVII wieku, a którą współcześnie najczęściej kojarzy się z kwartetem wokalnym Loituma. Jest nawet wersja heavymetalowa!
  • Bei Mir Bistu Shein„, piosenka z pewnego żydowskiego filmu z 1938 roku, bardziej znana pod niemieckojęzycznym tytułem „Bei Mir Bist Du Schon”.
  • „St. James Infirmary”, piosenka amerykańska z 1925 roku.
  • „All About That Bass” autorstwa Meghan Trainor (2014), niby oklepana do bólu, a jednak jest kilka arcyciekawych wykonań
  • „Hit The Road Jack”, oryginalnie wykonana przez Percy Mayfield w 1960 roku
  • „Get Up Stand Up” Boba Marleya (1978)
  • „Don’t It Feel Good” (Charles Stepney, 1975)
  • „Walk On The Wild Side” (Lou Reed, 1972)
  • „Route 66” (Bobby Troup, 1946) – mi się kojarzy głównie z bajki „Auta”, swego czasu oglądanej prawie codziennie przez Młodego.
  • „Parisian Thoroughfare” (Bud Powell, 1951), niezwykle trudna do zaśpiewania. W zasadzie nie wyobrażam sobie nauczenia się tej piosenki na pamięć 😉
  • „Gangsta’s Paradise” (Coolio, 1995), de facto autoryzowana przeróbka „Pastime Paradise” Steviego Wondera (1976)
  • „Boom Boom” (John Lee Hooker, 1961) – moja ulubiona przeróbka tego utworu to „John Lee Hooker” w wykonaniu Sławka Wierzcholskiego.
  • „Billie Jean” (Michael Jackson, 1983)
  • „Summertime” Gershwina (1934)
  • „Hotel California” (The Eagles, 1977)
  • „Jolene” (Dolly Parton, 1973)
  • „We Are The World” (Michael Jackson & Lionel Richie), moje ulubione wykonanie to oczywiście parodia w wykonaniu Richarda Cheese, w której przestrzega on rodziców, aby nie pozwalali swoim dzieciom zbliżać się do Michaela Jacksona 😉
  • „Sixteen Tons” (Merle Travis, 1946). Jest nawet jedno wykonanie portugalskie, na modłę brazylijskiej samby 🙂 („16 Toneladas”)
  • „Why Don’t You Do Right” (Joseph McCoy, 19936), oryginalnie znana jako „Weed Smoker’s Dream”
  • „Ain’t No Sunshine” (Bill Withers, 1971) – tu moim zdaniem wygrywa wykonanie Christy Baron
  • „Bang Bang” (bardziej znana jako „My Baby Shot Me Down”), najbardziej znana z filmu Tarantino „Kill Bill”, a tak naprawdę wykonana po raz pierwszy przez Cher w 1966 roku
  • „Despacito” (Luis Fonsi, 2017) – dość paskudny hicior, który jednak dało się „wyprostować” na kilka całkiem niebanalnych sposobów
  • „A Hard Day’s Night” (Lennon-McCartney, 1964)
  • „Black Or White” (Michael Jackson, 1991)
  • „One Scotch, One Bourbon, One Beer” (Rudy Toombs, 1953)
  • „Gangnam Style” (Psy, 2012). Najbardziej niezwykłe wykonanie tego kawałka zrobiły babeczki z koreańskiego duetu Jayslee (łagodnie, akustycznie i pomalutku)
  • „Dúlamán” – tu nie jestem pewien, kto skomponował ten kawałek, ja kojarzę go zawsze z zespołem Clannad (1976).
  • „The Raggle Taggle Gypsy”, stara (1720!) tradycyjna pieśń irlandzka. The Chieftains wykonują ją z genialną porcją synkop, które sprawiają, że się zaczynam odruchowo gibać.
  • „No Diggity” (Blackstreet, 1996)
  • „Moondance” (Van Morrison, 1970)
  • „Danny Boy” – prastara irlandzka melodia, do której słowa napisał w 1910 roku Frederick Weatherly. Pierwsze komercyjne wykonanie przypisuje się Elsie Griffin (1915). Istnieje ponad czterdzieści oficjalnie zarejestrowanych coverów tej piosenki!
  • „Singin’ In The Rain” (Freed & Brown, 1929)
  • „Don’t Worry Be Happy” (Boby McFerrin, 1988) – najbardziej oklepany kawałek tego wykonawcy, a także pierwszy utwór a’capella, który trafił na sam szczyt wielu list przebojów (i utrzymywał się tam przez dość długo). Oryginału już nie mogę słuchać, bo oklepany strasznie. Ale covery są całkiem niczego sobie. Zwłaszcza ten w wykonaniu Pentatonix, w którym okazuje się, że „Winter Wonderland”, inna oklepana na wskroś piosenka świąteczna, idealnie pasuje do przeboju McFerrina i da się je obydwie zaśpiewać na raz!

Na powyższej liście zapewne brakuje kilku pozycji (zachęcam do poszukiwań!), natomiast na zakończenie tego wpisu chciałem jeszcze wypunktować kilka piosenek, które darzę wielką sympatią, a których nie słyszałem nigdy wcześniej nigdzie indziej (stąd wnioskuję, że są mało znane, chociaż mogę się mylić). Trzeba promować fajne kawałki!

Zaczynamy:

Kawałek w całości instrumentalny, z minimalną ilością linii melodycznej, za to mnóstwem rytmu. Bardzo dobry do uzyskania chwilowego skupienia uwagi.

Genialne rytmidło, z dużą ilością wokali, bardzo podrygliwe.

Nieśmiertelny hit Fredmana i Myersa w absolutnie bezbłędnym wykonaniu a’capella

Jeżeli kiedykolwiek zechcesz nauczyć się słów „Ievan Polka” ze słuchu, to wykonanie jest prawdopodobnie najlepsze do tego celu. Dodatkowe punkty za wybijające z rytmu westchnięcie na siedem sekund przed końcem utworu.

Piosenka o starości i umieraniu, genialna muzycznie. Tu wersja jutubowa: https://www.youtube.com/watch?v=7pQ2nLtcqi8

Piosenka a’capella o nachodzącej ulewie. Ciarki na plecach, włosy na przedramionach, ogień w duszy. Coś pięknego.

A tu kompletna zmiana klimatu. Muzyka w klimacie alternatywno-indyjskim o parce młodych kochanków grzmocących się ile wlezie w stodole na belach siana, filujących jednocześnie czy nie nadchodzi ojciec z dubeltówką. Całkiem interesująca muzycznie, żeby nie było, że chodzi tylko o grzmocenie.

A tu wielopiętrowa opowieść o dziewczynie w spódnicy, na którą wszyscy się gapią. Mnóstwo beatboxu, fajnie porozciągane skrzypeczki, „bałaganiarskie” wokale, świetnie dobrane pauzy. Nie da się przy tym nie gibać.

Mokry sen perkusjofila (jest takie coś w ogóle? perkusjofilia? powinno być moim zdaniem).

I znów beatbox w tle, do tego zblazowany saksofon oraz pięćdziesiąt przepisów na to, jak odejść od swojego kochanka. Piosenka zdecydowanie wygibaśna.

Ten kawałek włączam sobie w pętli nawet na kilka godzin, kiedy potrzebuję się porządnie skupić. Bardzo energetyczny, jednolity rytm, interesująco (acz jednostajnie) skomponowana perkusja elektroniczna. Słowa trochę trącą religią (nie wsłuchiwałem się za bardzo, jest tam coś o Maryi i Jezusie), ale nie przeszkadzają kompletnie.

Kolejny bardzo łagodny, powolny, „falujący” kawałek z doskonałym rytmem i prostą (ale nie prostacką) melodią. Świetny do skupienia się.

To, co pojawia się w 2m29s jest niemożliwe do zagrania. Nie-moż-li-we. Ten facet musi mieć pięć rąk i po trzynaście stawów w każdym z trzydziestu palców. Niesamowita sprawa.

Ballada o dziewczynie, której uciekł koń. Bardzo klimatyczna.

Najbardziej połamana wersja „Lulu’s Back In Town”, jaką można sobie wymarzyć. Przez pierwszy trzy minuty utworu widzę oczyma wyobraźni typowy westernowy bar z pianinem, pianistą i kartką „nie strzelać do pianisty”, a przy klawiszach pianistę narąbanego jak szpadel. W okolicach 3m10s wkraczają zawodowcy z puzonami, porządnie nastrojonym pianinem i perkusjami, potem między 6m20s a 7m59s niesamowita solówka perkusyjna, a na koniec narąbany pianista jakimś cudem wraca i kończy, co zaczął. Ogólnie jeden z najbardziej niezwykłych kawałków na tej liście.

Na koniec – coś kompletnie od czapy. Nie piosenka, a stand-up. Czyli „Mitsubishi Colt”:

Opowieść o tym, jak pewien bardzo, bardzo bogaty facet dostał w ryj od innego, nie tak bogatego faceta, za pieprzenie farmazonów. Genialnie wykonana, wywołuje uśmiech na mym paskudnym licu za każdym razem 😉


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: