A gdyby tak żyć milion lat?

Nie dalej jak w zeszłym miesiącu jajogłowi ogłosili, że udało im się wydobyć spod oceanicznego dna bakterie żyjące tam ponad sto milionów lat. *Żyjące*. A co by było, gdyby człowiek mógł dożyć choćby i miliona? Na pewno trzeba by było skrócić kadencje profesorskie na uniwersytetach, żeby umożliwić dopływ świeżej krwi. No i problem świeczek na tortach urodzinowych – żaden rozsądny tort nie pomieści przecież miliona świeczek. Trzeba by zastąpić skalę liniową – logarytmiczną. A więc tysięczne urodziny oznaczałyby trzy świeczki.

Mówi się, że skoro nie można uniknąć śmierci, należy rozsądnie wybierać jak się żyje. I że wszystko już było, w takiej czy innej formie. Jednak technologie (w tym również biotechnologie) nie stoją w miejscu i nietrudno sobie wyobrazić, że za jakiś czas wszystkie choroby zostaną zlikwidowane, a nasz biologiczny wiek wydłuży się – i to bardzo.

Jeżeli więc udałoby nam się dobić do miliona lat, jak wpłynęłoby to na cel naszego życia? Jak by je ukształtowało? Pojęcie “plany długoterminowe” nabrałoby zupełnie nowego znaczenia, moglibyśmy zacząć stawiać sobie dużo bardziej ambitne cele. Na przykład moglibyśmy dojść do wniosku, że faktycznie warto dbać o środowisko naturalne i pokój, bo zarówno zanieczyszczenia jak też wojny wywołują długotrwałe skutki uboczne. Dłuższy czas życia mógłby sprawić, że mając więcej do stracenia stalibyśmy się rozsądniejsi i bardziej unikali ryzyka. Po co wysyłać młodych na wojnę? Po co w ogóle rozpętywać jakieś wojny?

Oczywiście nawet przy bardziej rozsądnym podejściu przeżycie owego miliona nie byłoby gwarantowane. Wypadki się przecież zdarzają. Dinozaury miały wielkie mózgi, a mimo to nie dały rady w starciu z asteroidą. Szpitale milionoletniego społeczeństwa zawsze będą pełne ludzi, którzy mieli wypadek albo zrobili coś głupiego (i mieli wypadek).

Kolejna sprawa to wiek rozrodczy. Jeżeli zamiast kilkudziesięciu lat moglibyśmy mieć dzieci przez lat kilka (-dziesiąt? -set?) tysięcy, przy obecnym tempie rozrodu bardzo szybko doszlibyśmy do zaludnienia na poziomie setek miliardów (albo i więcej), co oznaczałoby koniec świata. Aby uniknąć tego scenariusza należałoby wprowadzić obowiązkowe limity na ilość potomstwa i częstotliwość jego “dorabiania”. No chyba, że w międzyczasie opanujemy przestrzeń kosmiczną, włączając w to produkcję wystarczających ilości środków do życia – wtedy moglibyśmy się rozmnażać bez ograniczeń, o ile tylko zapanowałaby powszechna zgoda na wysyłanie większości potomstwa w kosmos.

Z dobrych wiadomości – podróże międzygwiezdne stałyby się bardziej realne. Za pomocą tradycyjnego napędu rakietowego dotarcie do Proximy Centauri zajęłoby zaledwie sto tysięcy lat, a więc proporcjonanie mniej więcej tyle, ile dziś zajęłoby dotarcie statkiem New Horiozons na Plutona (około dziesięć lat). Oczywiście taki długowieczny pojazd międzygwiezdny musiałby zapewnić swoim pasażerom ekosystem pozwalający na spędzenie wycieczki w godziwych warunkach, z kolei pasażerowie owi musieliby zachować trzeźwość umysłu i wierzyć w to, że faktycznie kiedyś tam do tej Proximy dolecą.

Zresztą ponieważ wszystko jest w ruchu, za milion lat najbliższą nam gwiazdą wcale nie będzie Proxima Centauri, więc możemy celować w inne gwiazdy. Co ma swoje wady i zalety – więcej możliwości wyboru, ale też większe ryzyko, że jakaś wybuchająca w pobliżu supernowa zagrozi życiu na Ziemi.

Historia pokazuje, że technologie często rozwijają się w tempie wykładniczym oraz w nieprzewidywalny sposób. A więc nasz świat za milion lat będzie wyglądał kompletnie inaczej. Czy uda mu się przeżyć niszczące efekty uboczne nowych technologii? Możemy bawić się w gwiezdnych archeologów i szukać wśród pogorzelisk dawnych cywilizacji śladów technologii, które doprowadziły do ich zagłady – i uczyć się na ich błędach. Zresztą tak czy siak wszystko kiedyś umrze, ponieważ za jakieś 10 bilionów lat Kosmos zacznie zamarzać i nie pozostanie w nim energii na podtrzymanie jakiegokolwiek życia.

Ale to dopiero za 10 bilionów lat; bliższa przyszłość maluje się w bardziej optymistycznych barwach. Co prawda śmierć jest nieunikniona, ale nikt z nas jej jeszcze nie doświadczył, ponieważ – jak pisał Epikur w swoim “Liście do Menoikesusa” – kiedy jesteśmy, śmierci nie ma, kiedy jest śmierć – nie ma nas. A skoro jesteśmy, to niektórzy z nas wylądują w dożywotnim więzieniu za złe zachowanie. Przy wizji spędzenia miliona lat w pierdlu śmierć będzie wybawieniem, dlatego – podobnie jak z kadencjami profesorskimi – wyroki “dożywocia” powinny być zastąpione czymś odrobinę krótszym.

A właściwie to czemu akurat – milion?

A czemu by nie? Jest to okres porównywalny z czasem, jaki upłynął od pojawienia się pierwszych Homo Erectus w Afryce, a jednocześnie o kilka rzędów wielkości krótszy od wieku Ziemi czy Słońca, nie wspominając już o całym Kosmosie. Zamiast miliona moglibyśmy wyobrazić sobie życie miliardoletnie, podczas którego gwiazdy na nieboskłonie pojawiają się i znikają jak żarówki. W takiej perspektywie, nasze obecne zmartwienia wydają się naiwne niczym pierwsza myśl w głowie noworodka.

Dzisiejszy wpis jest moim nieudolnym (i raczej swobodnym) tłumaczeniem tego tekstu: https://www.scientificamerican.com/article/what-if-we-could-live-for-a-million-years/

Zapisz się
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
6
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x