Siedem tygodni, czyli rzecz o szukaniu pracy w czasach zarazy

https://xpil.eu/ndf

Blog mi ostatnio zwolnił do ślimaczego tempa. Trochę dlatego, że postanowiłem sobie zrobić przerwę od regularnego pisania dwa razy w tygodniu (tak naprawdę nie napisałem niczego nowego od ponad dwóch miesięcy, wszystkie ostatnie wpisy były zaplanowane już od dawna i publikowały się z automatu), trochę dlatego, że zmieniłem niedawno pracę i muszę sporo czasu poświęcić na ogarnięcie nowego sprzętu do grabienia liści.

A było tak:

Stali Czytelnicy blogu by może kojarzą, że przez większość swego dotychczasowego życia zmieniałem prace jak rękawiczki. Mój rekord w jednej firmie to okolice 7 lat, ostatnio udało mi się przepracować 5 lat w jednym miejscu, a tak to przeważnie 6-12 miesięcy, czasem 2 lata i trzeba było zmieniać. Czasem mi nie przedłużono kontraktu, czasem sam odchodziłem, i tak już gdzieś między piętnaście a dwadzieścia razy; przestałem liczyć. Na początku zmiana pracy wiązała się oczywiście ze sporym stresem, ale po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja. No bo czym tu się przejmować, w końcu praca dla ludzi, którzy potrafią sprawnie odróżnić Esc od Ctrl zawsze się znajdzie, prawda?

Ostatnio skończył mi się kontrakt i zmuszony byłem praktycznie z dnia na dzień do znalezienia nowego pracodawcy.

Że jakaś tam epidemia za oknem szaleje to wiadomo. Że kupa ludzi straciła pracę - też wiadomo. Ale co innego wiedzieć, a co innego znaleźć się w tym kociołku, w samym jego środku.

Dotychczas było tak, że to praca szukała człowieka. Wystarczyło po prostu być i już się dostawało co tydzień parę telefonów od pośredników, czy byśmy nie chcieli pójść grabić u nich. Że mają lepsze grabie, więcej liści, i że trawa u nich bardziej zielona niż u konkurencji.

Jednak ostatnio wskutek pandemii na rynek trafiły takie tłumy ludzi z grabiami, że ciężko się w ogóle dopchać, nie mówiąc już o jakichkolwiek próbach aplikowania na różne stanowiska.

Proces szukania pracy wygląda teraz mniej więcej tak:

  1. Znajdujemy fajną ofertę pracy on-line.
  2. Wysyłamy CV (plus ewentualnie list motywacyjny)

Jak widać na powyższej liście brakuje dalszego ciągu - bo go po prostu nie ma! Nie i już. Nasze CV ląduje w czarnej dziurze. Można dzwonić, wysyłać e-maile - nic. Jak się już do kogoś dodzwoni, to słyszy się, żeby czekać.

No to człowiek czeka.

I czeka.

I czeka.

I nic.

Po sześciu tygodniach miałem za sobą jakieś 70 aplikacji na różne oferty. Z tych 70 aplikacji może z 8 było w miarę sensownych - czyli reagowali, próbowali nagrać jakieś interview i tak dalej.

Z tych ośmiu pięć skończyło się na interview. Wszystko zdalnie rzecz jasna, bo pandemia. Wiadomo. Za każdym razem trzeba się oczywiście wbić w koszulę i krawat (i to wystarczy, można w zasadzie siedzieć z gołym tyłkiem, bo kamera i tak nie widzi), żeby potem stwierdzić z lekką frustracją, że pozostali uczestnicy tak bardzo się już zakorzenili w swoich domowych biurach, że wyglądają trochę jak troglodyci. Rozchełstani, z "twórczym nieładem" w tle, ogólnie chaos. No ale wiadomo jak to jest, petent na interview musi być pod igłę choćby się ubiegał o stanowisko Junior Asystenta Młodszego Operatora Cmoka Hydraulicznego.

Cmok hydrauliczny w akcji

Z tych pięciu interview jedno od razu poszło w maliny, bo się okazało, że tak naprawdę szukali gościa z większą miotłą. Trzy utknęły w czarnych dziurach "proszę czekać" i tylko jedno skończyło się w miarę pozytywnie, bo zamiast tradycyjnego "dziękujemy, będziemy w kontakcie"...

... usłyszałem, że się spodobałem i że chcą mi wysłać test techniczny, żeby sprawdzić jak sobie poradzę. I że nie sugerują żadnego deadline-u na jego wykonanie, ale między wierszami wyczytałem, że oczekują rozwiązania w ciągu pi x drzwi godziny.

Test nadszedł tego samego dnia wieczorem. Kazali mi tam zbudować całkiem skomplikowany model danych (dali mi nawet login i hasło do swojego środowiska i pokazali skąd mam brać dane i w jaki sposób), a następnie na podstawie tego modelu zbudować dość prosty dashboard.

Tylko że tak: technologię, której używali, znałem tylko z nazwy. Źródła danych zamiast porządnych plików csv czy choćby głupiego odbc do jakiejś bazy okazały się url-ami do kobylastych, pozagnieżdżanych jak gniazda wikłacza na wiosnę plików JSON. Żadnej specyfikacji, wszystko na czuja. No i tempo, kurdę, bo godzina.

Po trzech godzinach, spocony jakbym przebiegł półmaraton, ugrzęzłem na etapie modelu. Dostałem dwie pokaźne wyspy tabelek, które nijak mi się nie chciały połączyć. W międzyczasie oczywiście multum pootwieranych zakładek do nauki nieznanego narzędzia, więc łeb pełen nowej wiedzy wystającej już niebezpiecznie z uszu i nozdrzy. Generalnie - kiszka.

Myślę sobie, dupa przenajdupsza, gdzie tam mnie liście grabić, nic tylko walić do GOPS-u po zasiłek i się gdzieś zaszyć w jakimś lesie. Ech.

Ale zaraz potem nadeszła druga myśl: kurdę. A gdybym teraz był w pracy i trafił na taki problem, co bym zrobił?

Zagaiłbym do kogoś, kto zna te dane. Po wskazówki.

Niewiele myśląc napisałem więc szybciutko maila do delikwenta, który mi te zagadki wysłał, że utknąłem tu i tu, i że bez jakiejś podpowiedzi dalej nie ruszę.

Ponieważ pora była raczej dość późna, odpowiedź otrzymałem dopiero nazajutrz rano: "Spoko, sam tego nie kumam, ale zaraz podeślę do gościa, który to układał." I jakieś pół godziny później odpowiedź od innego koleżki: "wydaje mi się, że idziesz dobrym tropem, ale powinieneś spróbować połączyć te dwie tabelki zamiast tamtych dwóch i wtedy chyba zadziała".

Spróbowałem.

Zadziałało.

Zrobienie dalszej części zadania zajęło mi pół godzinki. Wysłałem im rozwiązanie z przeprosinami, że tyle to zajęło. Rozwiązanie wprawdzie dość surowe, ale - przynajmniej w teorii - poprawne.

I cisza.

Myślę sobie, pewnie konkurencja zamiast kurników pobudowała im jakieś pałace, szkoda tylko nocki zarwanej.

Następnego dnia, w piątek rano, dostaję telefon od agenta, że on bardzo przeprasza, ale akurat dziś wszyscy z tamtej firmy wzięli sobie wolne, bo u nich dziś święto państwowe. Z kolei u nas święto w poniedziałek, więc przed wtorkiem raczej odpowiedzi nie będzie.

Takiego wała, myślę sobie, ja tu nockę zarywam a oni mi jeden z drugim ze świętem państwowym wyjeżdżają. Ażeby was...

Drrrrńńńńńń

Telefon od tego samego agenta, że pomimo święta ktoś tam jednak zerknął w te moje wypociny i podobno są zachwyceni. Nie samym rozwiązaniem, które jest dość surowe, ale tym, że byłem taki zawzięty żeby to porozgryzać i że się naprawdę solidnie przyłożyłem, i że się nie bałem zasięgnąć języka po natrafieniu na przeszkodę. Bo oni lubią współpracę w teamie, a nie samotnych wilków, Zosie-samosie, którzy niby wszystko sami sami sami, a jak co do czego to nic z tego, bo im wiedzy brakuje. Bo wiadomo, że nikt nie wie wszystkiego i czasem lepiej zapytać niż zmarnować tydzień na samodzielne kombinowanie.

I że oferta, i czy akceptuję.

Tego ostatniego na początku nie załapałem. Yyyy, ale jak to oferta, już? Tak od razu? W taki deszcz?

Nie żartowali. Faktycznie od pierwszego kontaktu do oferty minęło pięć dni. Robotę papierkową miałem w skrzynce pocztowej we wtorek po weekendzie (zauważyliście, że wtorek zawsze wypada jakoś tak po weekendzie?), podpisałem cyrograf i tym samym opuściłem szeregi bezrobotnych.

Na jak długo?

Pożyjemy - zobaczymy...

W każdym razie kamień z serca.


Jeżeli zaś chodzi o sam proces szukania pracy, to ze względu na zmiany wywołane pandemią musiałem wykombinować coś lepszego niż prosta tabelka w Excelu. Poprzednio miałem właśnie taką tabelkę, a w niej kilka najważniejszych kolumn: data, nazwa agencji, nazwa firmy, nazwa stanowiska, stawka, jakieś namiary (email, telefon), link do szczegółów na stronie. I to mi zawsze wystarczało - nigdy przedtem nie szukałem pracy dłużej niż kilka dni.

Tym razem jednak okazało się, że tabelka zaczęła mi się rozłazić w szwach. Czasem na temat jednej oferty było kilka telefonów / e-maili, czasem coś się nagle zmieniało, ogólnie rzecz biorąc - zamieszanie.

Dlatego zrezygnowałem z Excela, odpaliłem niezastąpionego Azure Data Studio i zacząłem zapisywać każdą ofertę w osobnym notesie IPYNB.

Nazwę notesu zestandaryzowałem sobie na: data - firma - stanowisko, a w środku najpierw wypunktowane najważniejsze informacje, potem osobna lista wydarzeń z datą / godziną każdego wydarzenia (telefon, email, czat itd. itp.), a na końcu szczegółowa specyfikacja stanowiska (skopiowana ze strony agencji) oraz informacje, które pozbierałem w ramach przygotowywania się do ewentualnego interview. Czyli na przykład znajomi z LinkedIn, którzy tam pracują bądź pracowali, podstawowe dane o firmie, o człowieku, z którym miałem gadać i tak dalej. Dzięki temu mogłem bardzo szybko wyszukać właściwy kawałek informacji i w miarę sensownie się odnaleźć w tym gąszczu. Całość zapisana na Dropboxie, w razie gdyby przyszła godzina W i musiałbym się przesiąść na innego kompa.

System działa bez pudła, o ile rzecz jasna człowiek solidnie się przyłoży do notowania każdej dupereli. I kilka razy uratował mi rzyć, bo miewałem takie sytuacje, że dzwoniło do mnie czterech gości na raz, trzech z nich miało tak samo na imię, każdy o czymś innym i gdybym nie miał jasno i wyraźnie zanotowane który co i po co, bardzo szybko by mi się oni zaczęli mylić, a stąd już krótka droga do katastrofy.

Mój największy sukces z używania tego systemu - oczywiście poza tym, że w końcu znalazłem robotę - to w miarę biegłe opanowanie składni Markdown.


Jeżeli zaś chodzi o nową pracę to... hmmm. Firma wygląda dość solidnie (zatrudniają dobrze ponad setkę ludzi na całym świecie), natomiast zestaw technologii, których będę tu używał rozbiega się z moim dotychczasowym doświadczeniem o jakieś 80%. A więc albo w szybkim tempie opanuję nowe zabawki, albo będzie klapa.

Kiedyś już byłem w takiej sytuacji i skończyło się sporym sukcesem. Ale wtedy byłem dziesięć lat młodszy; teraz już mózg nie taki giętki. Póki co przepracowałem tam ze dwa tygodnie i żyję, więc jest nadzieja.

https://xpil.eu/ndf

4 komentarze

  1. Przyłączam się do gratulacji. Sam zacząłem nową pracę miesiąc przed zamknięciem biur. Na pewno nieporównywalne jest to z szukaniem pracy w środku pandemii, ale też powoduje spory wzrost obaw. W moim przypadku warsztat i środowisko pracy również zmieniły się znacząco, co samo w sobie jest stresujące. Z drugiej strony, zawsze lubiłem uczyć się, więc traktuję to jako okazję do poszerzenia swojej wiedzy i doświadczenia. W tej branży niebezpiecznie jest pozostać w jednym miejscu. Dlatego mam nadzieję, że też będziesz w sumie zadowolony z tych niełatwych zmian i tego życzę.

  2. Podziwiam Twoją wytrwałość w szukaniu pracy i gratuluję znalezienia nareszcie czegoś na dłużej! Wiesz, że zawsze Ci kibicuję 😉 Tym razem też będę mocno trzymać kciuki za to, abyś już więcej nie muusiał niczego szukać 🙂 Powodzenia!

Leave a Comment

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]

Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.