Panta rhei, czyli korzyści z upływu czasu

Czasami trafiają się takie dni, że człowiek pracuje z domu. I czasami w takie dni nie ma w tej pracy za wiele pracy, dzięki czemu można na przykład doczytać książkę albo nadgonić zaległości w sprzątaniu. Wiadomo.

To znaczy, tak słyszałem. Kolega opowiadał…

Często bywa też tak, że nasz pracodawca śledzi naszą aktywność (zwłaszcza jeżeli pracujemy z domu). Na przykład w taki sposób, że zbiera logi kto kiedy był zalogowany (i miał odblokowany ekran). A potem, raz na miesiąc albo kwartał, przeprowadza z nami pogadankę edukacyjną na temat uczciwości wobec pracodawcy i takie tam różne.

Dlatego niektórzy wymyślają różne sposoby na poruszanie myszą, żeby wyglądało na to, że coś „robimy”, a w szczególności żeby nam nie zablokowało ekranu wskutek nieaktywności myszy / klawiatury.

Jak to obejść?

Sposobów jest, okazuje się, całkiem sporo.

 Niektórzy posługują się specjalnymi aplikacjami, które symulują aktywność myszy i ruszają kursorem raz na jakiś czas. Z tym, że o ile taka metoda ma sens w sesji RDP z komputera domowego, o tyle już instalowanie aplikacji „move-my-mouse.exe” na służbowym laptopie jest już bardzo podejrzane.

Inni inwestują w urządzenia, które wywołują wibracje, dzięki czemu myszy „wydaje się”, że nią ktoś porusza. Takie mechaniczne podejście jest już nieco „bezpieczniejsze” z punktu widzenia wykrywalności, tylko skąd wziąć wibrujący przedmiot w domowych pieleszach? Ma ktoś jakieś pomysły?

Najlepsza moim zdaniem metoda to umieszczenie myszy tuż nad powierzchnią obracającej się płyty winylowej. Myser laszy… Nie, wróć. Laser myszy wykryje ruch i będzie mu się wydawało, że to mysz się przesuwa. Tu jednak przeszkodą może być brak odpowiedniego oprzyrządowania (na przykład adapteru). Istnieje również ryzyko, że niechcący położymy na adapter płytę Sabriny albo Technotronics i wtedy katastrofa murowana.

Hmmm…

Coś, co się stale porusza…

Czas!

Jak zwykł był mawiać słynny fizofol Pantarej Herkulit z Bakelitu, ten gnojek płynie non-stop. Raz szybciej (kiedy na przykład bierzemy kąpiel albo próbujemy domknąć projekt przed terminem), raz wolniej (gdy siedzimy, dajmy na to, gołą {cenzura} na rozżarzonych węglach, albo kiedy słyszymy słynne „musimy pogadać”), ale zawsze płynie.

A skoro czas, to i zegarek!

Najlepiej do tego celu nadaje się zegar kuchenny z sekundnikiem, białym cyferblatem i czarnymi wskazówkami. Kładziemy go w poziomie, na nim umieszczamy mysz – i po kłopocie.

Jeżeli nie mamy zegara ściennego, możemy zamiast tego skorzystać z budzika. Kładziemy go cyferblatem do góry i umieszczamy na nim mysz, najlepiej tak, żeby celowała laserem mniej więcej w środek tarczy. Ruch sekundnika powinien być zarejestrowany prawie za każdym razem.

A jeżeli nie mamy budzika?

TO DO ROBOTY, MOTYLA NOGA, A NIE GŁUPOTY CZYTAĆ NA INTERNETACH!

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xpilPrzemek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Przemek
Gość

Pracodawcę powinny interesować efekty pracy, a nie to czy pracownik pracując czytał książkę czy drapał się po nosie. Jak robi swoje, to nic więcej nie powinno się liczyć. Inna sprawa że może przez 7 godzin intensywnie myśleć nad problemem, a do tego nie potrzebuje kompa i potem w godzinę zrealizować to co wymyśli.

%d bloggers like this: