Gandalfie, quo vadis?

Jednym z powodów, dla których wyemigrowałem z kRaju, o czym zresztą pisałem już wiele razy, ale jeszcze wiele razy napiszę, bo to mój blog jest i będę się powtarzał na takie tematy, na jakie mam się chęć powtarzać, taka wasza dyszlem w tę i we w tę ganiana mać, a w ogóle to wsadź sobie w dupę tę patelnię! (kojarzy ktoś ten kawał?), no więc jednym z powodów… powodów… o czym to ja…

Tego, ten.

Aha, właśnie. Przepisy.

Prawo jest tak skonstruowane, żeby pomagać dobrym obywatelom oraz chronić ich od niecnych działań złych obywateli.

Jeżeli po przeczytaniu powyższego akapitu odczuwasz, Czytelniku, wewnętrzny rechot, to znaczy, że zrozumiałeś kawał. Prawo tak działa tylko w teorii; praktyka pokazuje, że każdy system bardziej skomplikowany niż gwóźdź prędzej czy później zacznie popadać w autokanibalizm, czyli mówiąc po naszemu zacznie zjadać własny ogon zamiast pomagać obywatelowi.

A propos zjadania własnego ogona: jeżeli programujesz w jakimkolwiek języku komputerowym, będziesz zdumiony tym cudeńkiem, gwarantuję: https://github.com/mame/quine-relay

W różnych krajach świata proces ten postępuje w różnym tempie. Irlandia (póki co – odpukać!) ma stosunkowo niewiele bzdurnos przepisos, co dla mnie ma niebagatelne znaczenie. Albowiem na widok papierków do wypełnienia na ogół dostaję trzęsawki wzdłużnej, a lektura paragrafów działa na mnie lepiej niż każdy emetyk.

No więc właśnie. Wyfrunąłem z ojczyzny gryki, świerzopa i dzięcieliny pały, ale mimo to od czasu do czasu ciągle trafiają mnie niebezpiecznie paradoksalne odłamki różnych polskich przepisów.

O jednym z nich chciałem dziś krótko napisać, ale widzę, że zbyt kwiecista narracja już mi się wymyka spod kontroli. Napiszę więc długo.

Do rzeczy, moiściewy!

Otóż jak niedawno wspomniałem, nabyłem w drodze kupna książkę elektroniczną zwaną w tych regionach Drogi Mlecznej e-bookiem. Książkę sprzedał mi Gandalf, bardzo zacna i lubiana przeze mnie firma. Głównie ze względu na obszerną ofertę książek sajęs-fikszyn czyli po naszemu Saj-Faj (jak kto woli) w rozsądnych cenach popartych dodatkowo rozmaitymi promocjami.

Konto w Gandalfie mam od ładnych kilku lat i nigdy nie było żadnych kłopotów z realizacją zamówień. Procedura jest prosta jak konstrukcja wspomnianego już tutaj wcześniej gwoździa: zamawiam ==> płacę ==> czekam 5-10 minut ==> dostaję na e-mail link do pobrania książki ==> pobieram książkę ==> wysyłam ją sobie na Kindelka ==> czytam. Ewentualnie wrzucam potem na blog jakiegoś zapychacza pod pretekstem recenzji. Że niby taki oczytany jestem.

Hm. No dobra. Gwóźdź jest mniej skomplikowany. Ale tylko trochę.

Jednakowoż pierwsza próba zamówienia przeze mnie niedawno „Chóru zapomnianych głosów” Mroza zakończyła się niepowodzeniem. Kliknąwszy w przycisk „Płacę” dostałem informację, że wybrana forma wysyłki nie jest możliwa poza granicami kraju, w związku z czym mam się udać na najbliższe drzewo.

Myślę sobie, ki czort? (tak naprawdę pomyślałem „ki chuj?”, ale nie będę używał słów niecenzuralnych na bądź co bądź publicznym blogu…), spróbowałem kliknąć jeszcze raz, ale bez zmian.

Hm.

Zaglądam w zakładkę „Kontakt”, wybieram kierunkowy na Polskę, dzwonię. Jest godzina 16:00, czyli w Polsce 17:00 – a nuż ktoś tam jeszcze siedzi pod telefonem i czeka?

Czekał! Sympatyczna pani objaśniła mi z doskonale nieudawanym żalem w głosie, że niestety faktycznie za granicę nie wysyłają, i żebym sobie zajrzał w paragraf numer osiemnaście, podpunkt dwa regulaminu.

Zapytałem panią, czy w takim razie zmiana adresu na polski może pomóc w rozwiązaniu tego problemu. Pani na to, takim trochę jakby nieoficjalnym półgębkiem, że jak najbardziej, owszem. Podziękowałem i rozłączyłem się. W ustawieniach konta na Gandalf.com.pl zmieniłem adres na polski, zamówiłem bez problemu.

Voila!

A potem – chociaż nie przepadam za leguraminami – wiedziony ciekawością jednak zerknąłem na ów nieszczęsny paragraf 18 (całe szczęście, że nie 22, chociaż daleko nie jest), a tam jak wół stoi:

gandalf-regulamin-01

A tak, dla porównania, stoi wół:

wol-01

Identyczne, prawda?

No więc myślę sobie: powariowali?

Skąd Gandalf ma wiedzieć, do jasnej Anielki, w którym miejscu na Ziemi znajduje się serwer poczty elektronicznej, na który będzie wysłana wiadomość o tym, że e-book jest gotowy do pobrania? Skąd Gandalf ma wiedzieć, czy Kindelek, na którym będę owego e-booka za chwilę czytał, nie znajduje się aktualnie w Kiribati albo na Wyspach Owczych? Kto wymyślił tak popieprzony paragraf i podpunkt?

Mam wrażenie, że ludziom się czasem po prostu nudzi…

Jak znam życie zaraz się okaże, że za takim zapisem w regulaminie stoi jakaś Wyższa Konieczność, jakieś rationale, że ma on silne zaplecze prawne i tak dalej. Niemniej jednak egzekwowalność tego konkretnego przepisu jest równie oczywista jak to, że wczoraj wygram milion sestercji w rumuńskiego totka.

Żeby nie było, Gandalfa nadal uwielbiam miłością czystą. Natomiast jeżeli kiedyś spotkam faceta, który wymyślił ten konkretny kawałek regulaminu… to nic nie zrobię, bo nawet nie będę wiedział, że to on.

No chyba że od dziś będę o to pytał każdego nowo poznanego człowieka. W psychiatryku będę wówczas miał duuużo czasu na czytanie 🙂

Nota bene w Virtualo nie robią takich cyrków i mogłem tam sobie całkiem legalnie nabyć e-xiążkę bez konieczności udawania, że jestem jakimś dalekim krewnym Tadzia Soplicy.

Dziwny świat…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Gandalfie, quo vadis?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gabriela
Gość

Dopisali specjalnie dla Ciebie ten paragraf, aby ściągnąć do Polski? Tak sobie gdybam.

Jaro
Gość

biurokracja to forma władzy. Obywatel zamotany w gąszczu bzdurnych często sprzecznych przepisów i praw nie wie co mu wolno a co jest zabronione. Efekt jest taki, że najgłupszy urzędnik śmiało może ustawić do pionu każdego uczciwego obywatela. Wszystko zależy tylko od woli urzędnika. Ten system świetnie sprawdzał się już w Rosji carskiej i został zaimportowany i pokochany przez Polaków. Dzięki temu nieudacznicy mogą piąć się po szczeblach kariery, a zwykłym ludziom pozostaje albo się na to godzić, albo zwijać się i szukać szczęścia gdzieś indziej.

Celt Peadar
Gość

Ostatnio pisali, że jakiś tam sędzia wyprowadzał pieniądze, ale nie poniesie kary… Wiesz czemu? Organa ścigania tak długo badały jego sprawę, że aż się przedawniła!

A tu kłody pod nogi rzucają nawet w tak błahej sprawie… Byle tylko utrudnić obywatelowi życie…

Pozdrawiam!

wpDiscuz