O sprawnej obsłudze klienta słów kilka

Jakiś czas temu, jeszcze przed świętami, doszliśmy do wniosku, że czas wymienić krzesła na nowe. Stare są już dość wysłużone – niby pięć lat to niewiele, ale wiadomo, dwójka dzieci, kilka remontów, kot… No więc poszliśmy do meblowego, znaleźliśmy takie krzesła, jak trzeba, idziemy do kasy.
– Te krzesła bym chciał.
– Oczywiście, z tym że, wie pan, nie mamy ich teraz na stanie. Ale może pan teraz zamówić i zapłacić, a dostarczymy panu krzesła do domu.
– A długo trzeba czekać?
– Maksymalnie do czterech tygodni, ale przeważnie trochę krócej.

Myślę sobie, po pięciu latach tych parę tygodni nie zrobi mi wielkiej różnicy. Podałem pani namiary, zapłaciłem, podpisałem kwity, dowiedziałem się, że zadzwonią do mnie parę dni wcześniej, żeby ustalić datę, która mi pasuje.

– Będą do pana dzwonić kilka dni wcześniej, żeby ustalić datę, która panu pasuje, wie pan.
– No wiem, przecież przed chwilą to samo pisał narrator, nie jestem głuchy.
– Co?
– NIE JESTEM GŁ…, a, nieważne zresztą. Dobrze, będę czekał na telefon.
– To będzie połączenie z UK, wie pan. Bo te meble przyjadą z UK.
– OK.
– UK. Jest pan głuchy?
– Nie, już rozumiem. Dziękuję i do widzenia.

No i całkiem niedawno, około godziny osiemnastej, dzwoni telefon:

– Drrrrrń. Drrrrrń.

Niestety, akurat szykowałem dzieciaki do wyjścia na spacer, więc zanim przygalopowałem do telefonu, ten się już był wyłączył. Patrzę na ekran: +44cośtamcośtamcośtam. Szybka kompilacja, nie kojarzę nikogo, kto miałby o takiej porze dzwonić z UK. Zaraz, zaraz, UK? Ach, no przecież. Krzesła.

Oddzwaniam.

– Tuuu… tuuu… tuuu… Witamy w biurze obsługi klienta naszej sieci sklepów. Aby sprawdzić stan twojego zamówienia, wciśnij jeden. Zwroty: wciśnij dwa. Everything else, please press three.

Wciskam trzy.

– Tuuu… tuuu… tuuu… Witamy w biurze obsługi klienta naszej sieci sklepów. Wszyscy nasi konsultanci są w tej chwili zajęci. Przybliżony czas oczekiwania na połączenie z konsultantem: około sześć minut.

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

– Możesz sprawdzić nasz szeroki asortyment on-line, na stronie wuwuwu…

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

– Jeżeli znasz numer swojego zamówienia, możesz sprawdziś jego status wchodząc na stronę…

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

– Przepraszamy za dłu… Halo, dobry wieczór, mówi Jenny z działu obsługi klienta, co mogę dla pana zrobić?
– Próbowaliście się państwo do mnie dodzwonić kilka minut temu, więc oddzwaniam. Przypuszczam, że chodzi o dostawę zamówionych krzeseł…

Warto nadmienić, że byłem już wtedy na zewnątrz, z dzieciakami na spacerze. Wiatr piź… znaczy, tego, dmuchał jak jakiś głupi, ledwie można było usłyszeć, co Jenny (z działu obsługi klienta) mówi.

– … krzeseł, to było jakoś tak w połowie grudnia…
– Rozumiem. Proszę podać numer zamówienia.
– Nie znam numeru zamówienia, jestem teraz poza domem i nie mam tego jak sprawdzić.
– W porządku, w takim razie proszę o podanie kodu pocztowego.

Tu mnie, przyznaję, zagięła. Irlandia wprawdzie od niedawna wprowadziła kody pocztowe, takie unikalne, jeden kod dla każdego mieszkania / domu, jednak nie pamiętam jeszcze naszego kodu, nie podawałem go nigdzie przy zamówieniu, więc mówię:

– Nie ma kodu pocztowego. Mogę podać kod dzielnicy.
– Słucham?
– Nie mam kodu pocztowego!
– Strasznie tam u pana wieje, może pan powtórzyć?
“NERVOSOL, K*WA!!!” przypominam sobie stary kawał, ale grzecznie mówię jeszcze raz, osłaniając słuchawkę ręką:
– N i e   m a m   k o d u   p o c z t o w e g o
– Jak to pan nie ma?
– No nie mam i już.
– Wszyscy mają kody pocztowe. Skąd pan dzwoni?
– Z Dublina.
– Aha, z Irlandii, tak? W takim razie przełączę pana do właściwego działu, proszę poczekać.

Klik.

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

Minęło kilkanaście strzałów znikąd. Ręka prawie przymarznięta do słuchawki, a ta do ucha. Wiatr gwiżdże.

Muzyczka.

– Halo, mówi Anthony, słucham.
– Witam, ja dzwonię w sprawie dostawy krzeseł.
– Aha, proszę podać adres.

Podaję adres.

– Wie pan co, ale nie mamy tutaj takiego adresu. Może pan przeliterować?

Jakoś literuję, między jednym zawiewem wiatru a drugim.

– Dublin? Powiedział pan Dublin?
– Tak, Dublin. Irlandia.
– A, to musieli pana źle przełączyć, proszę chwilę zaczekać, przełączę pana do sekcji zagranicznej.
– Ale…

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

Odrywam telefon od twarzy, wraz z kawałkiem przymarzniętego ucha. Zerkam na wyświetlacz. Siedemnaście minut i jak na razie zero sukcesów.

Hm.

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsul… Halo, z tej strony John, w czym mogę pomóc?
– Dobry wieczór, ja dzwonię z Dublina, z Irlandii, w sprawie dostawy zamówionych krzeseł. Dublin. Irlandia. Czy pan obsługuje klientów z Irlandii? – pytam już na wszelki wypadek, w razie, gdyby mieli mnie znów przełączyć.
– Tak, tak, dodzwonił się pan do właściwej osoby. A więc chodzi o dostawę, tak?

Czuję lekką ulgę. Wreszcie ktoś, kto nie będzie się dziwił brakowi kodów pocztowych. Jest światełko w tunelu.

– Tak, zamówiłem krzesła do domu, w okolicach połowy grudnia, a dziś państwo próbowaliście się do mnie dodzwonić…
– Do domu? To było indywidualne zamówienie na adres domowy, tak?
– Tak, mój adres to…
– Niestety, strasznie mi przykro, ale ja zajmuję się wyłącznie klientami biznesowymi, muszę pana przełą…
– CHWILA. Zanim mnie pan przełączy, chciałem tylko powiedzieć, że wiszę na tym telefonie już ponad dwadzieścia minut, a pan jest trzecią osobą, z którą rozmawiam. BARDZO pana proszę, żeby mnie pan tym razem przełączył do WŁAŚCIWEJ osoby, zaczynam się już trochę niepokoić, czy w ogóle da się znaleźć kogoś, kto będzie w stanie powiedzieć mi, o co chodzi.
– Tak, oczywiście, rozumiem. Zapewniam pana, że przełączę pana do właściwej osoby.
– Chwilę temu twierdził pan, że to pan jest właściwą osobą.
– No tak, ale pan nie jest firmą.
– Jestem firmą. To znaczy, mam firmę.
– Ma pan?
– No tak, mam.
– Trzeba było tak od razu. Kupował pan te krzesła na firmę, tak?
– Nie, prywatnie. Do domu.
– Trzeba było tak od razu. Przykro mi, muszę pana przełączyć.

Gdyby w okolicy był teraz jakiś śnieg albo lód, to już by go nie było. Pomimo przyzerowej temperatury oraz lodowatego wiatru wciskającego się uporczywymi szpilkami pod podszewkę grubej kurtki, z uszu i nosa zaczęły unosić mi się kłęby dymu, a w oczach pojawiły się płomienie. Zacisnąłem jednak zęby i powiedziałem:

– Rozumiem, niech pan przełącza.
– Co pan mówi? Strasznie tam u pana wieje.
– Mówię, że rozumiem, i że niech pan już przełącza.

Klik.

Muzyczka.

– Przepraszamy za długi czas oczekiwania. Za chwilę połączysz się z konsultantem.

Muzyczka.

– Heloł, zis is Lakshmi spikink, hał kien aj help ju?

O żeż. Nie mam nic przeciwko Hindusom, spędziłem u nich kiedyś prawie dwa tygodnie (tutaj można poczytać), ale jak mam z którymś z nich gadać przez telefon… Gdyby już mi się nie dymiło z uszu, teraz by zaczęło.

– Dzień dobry, ja dzwonię bo próbowaliście się państwo dodzwonić na moją komórkę pięć… nie, wróć, dwadzieścia minut temu. No więc oddzwaniam. Chodzi o krzesła. Chairs.
– Cheers?
– Krzesła. Takie do siedzenia. Zamówiłem w grudniu i…
– Aj anderstend. Kien aj hef yor edres, plis?

Dyktuję adres. Literuję. Literuję jeszcze raz.

– Łicz dablin yzyt? Nort or slough?
– Que pasa?
– Łicz dablin yzyt, nort or slought?
– Yyyy…
– Nort or sought?
– Ah, you mean… ok, I think I got it. It’s South Dublin, madam. South.
– Slought?
– Yes, south. Would it be of any help if you had my mobile numer?
– Yes, plis. I kient fajndju inze systam. Łots ze mobajl namber?

Podaję swój numer. Dwa razy, dla pewności.

– Oł, zerju ar, jes, aj hef yor order hijer, it łil bi deliwerd in ze next łik. Łud you prifer serday or saterdej?

Wolałem nie wnikać, kiedy jest “serdej”, więc szybciutko zaklepałem sobotę. Pani potwierdziła i zapytała, czy może coś jeszcze dla mnie zrobić. Pomyślałem sobie, że niegłupio byłoby wylać mi na głowę wiaderko z ciekłym azotem, dla zachowania resztek równowagi termodynamicznej, ale wolałem nie ryzykować omawiania szczegółów tablicy Mendelejewa z Lakszmi. Zamiast tego podziękowałem grzecznie i rozłączyłem się.

Dwadzieścia sześć minut i dziesięć sekund na telefonie.

Ugh!


Zapisz się
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
8
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x