Skok – kulisy

In Ogólne by xpil0 Comments

Dziś napiszę krótko o tym, w jaki sposób powstało niedawne opowiadanko „Skok„.

Zaczęło się od autentycznej (i na szczęście nieudanej) próby samobójczej, w której miałem nieprzyjemność uczestniczyć w charakterze (głównie) tłumacza między polskojęzycznym skoczkiem a lokalnymi przedstawicielami stróżów prawa.

Tak więc opowiadanie zaczyna się od tego, że główny bohater skacze. Ale co dalej?

W odróżnieniu od poprzednich mini-opowiadań, których zarysy fabuł znałem z góry, i trzeba je było tylko dopracować językowo, tutaj od samego początku nie miałem bladego pojęcia co się wydarzy dalej.

Rozpatrzyłem kilka wariantów uratowania Simona: otwierający się nieoczekiwanie dach rozkładanego właśnie warzywniaka, przypadkowy postrzał (efekt kłótni sąsiadów na piętnastym piętrze) zmieniający trajektorię jego upadku, ewentualnie interwencję przybyszów z innej planety. Żaden nie wydał mi się nazbyt interesujący, porzuciłem więc opowiadanko na kilka miesięcy.

Wreszcie któregoś dnia, rozmyślając nad tym, jak by tu uporządkować i pogrupować wpisy na blogu, zacząłem od niechcenia czytać „Plan idealny” (napisany ponad półtora roku wcześniej) – i nadeszło olśnienie: przecież Rój świetnie się nada do uratowania Simona.

Wtedy nadal jeszcze nie wiedziałem w jaki konkretnie sposób miałoby to nastąpić, ale przynajmniej pojawił się jakiś przybliżony kierunek. Szybciutko więc zamieniłem anonimową wieżę w anonimowym mieście na bostońską South Station Tower, przydałem Simonowi pracującego w Hytronix szwagra (tego Debussy-ego musiałem wyguglać, w życiu nie słuchałem ani jednego jego utworu) – i jakoś to poszło.

Pisanie przerwało mi się jeszcze ze dwa razy. Pierwszy raz, gdy nie miałem konkretnego pomysłu na to, w jaki sposób działa sam Rój (temat potraktowany dość pobieżnie w „Planie idealnym”, tutaj należało doszczegółowić). Z braku laku wykpiłem się w końcu paroma ogólnikami. Szczerze mówiąc nie za bardzo wyobrażam sobie faktyczną implementację tak wyrafinowanej sieci komputerowej, przy takiej skali miniaturyzacji – no ale już od ładnych kilkunastu lat przymiotnik „kwantowy” skutecznie zastępuje magię wszędzie tam, gdzie nie wiadomo jak rzeczy naprawdę działają – i ja też skorzystałem z tego uproszczenia.

Drugi raz przerwało mi się przed samym końcem, kiedy Rój był już pod kontrolą Stevena, a Simon miał właśnie uderzyć w chodnik. Po prostu nie miałem koncepcji technicznej na uratowanie Simona. Opowiadanko poleżało więc sobie kolejne trzy tygodnie w wordpressowej poczekalni – aż któregoś dnia stwierdziłem, że skoro nie mam pomysłu, trzeba iść na czuja. Końcówka napisała mi się w dwa popołudnia; do ostatniej chwili nie wiedziałem co się stanie. Podświadomość podsunęła mi rozwiązanie ściągnięte żywcem z pierwszego rozdziału „Dialogów” Lema (tego, w którym Hylas i Filonous kłócą się na temat możliwości – bądź niemożności – tak zwanego „atomowego zmartwychwstania”). Z wrodzonego lenistwa pozostawiłem tę część bez zmian.

Sama końcówka zaś jest efektem mojego – tradycyjnego już – syndromu „ja chcę teraz!” – a więc, skoro główna część już się napisała, a Simon został uratowany (przynajmniej w pewnym sensie, kwestia dyskusyjna), trzeba było szybciutko pozamykać wszystkie pozostałe wątki – i hyc, opublikować. Widać ten pośpiech w ostatnich zdaniach, oj widać.

A na dniach szykuje się sprawozdanie z kończącego się właśnie weekendu. Będą zdjęcia!

I jeszcze kilka zaległych recenzji, ale to potem…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz