2017: moje ulubione kawałki muzyczne

Kończy się pierwszy tygodzień…

(tydzień? a gówno tam, skoro są dwa tygodnie to musi być jeden tygodzień, a jak komuś się wydaje inaczej, niech się palecem popuka we głowiznę)

… tygodzień, powiadam, grudzienia, lada chwila blogosfera zacznie żyć podsumowaniami, postanowieniami na kolejny rok oraz całym tym świąteczno-noworocznym pierdolnikiem powtarzanym od czasów, kiedy jednego sympatycznego kolesia przybili, żeby się od tego wszystkim polepszyło.

Skoro tak, nie pozostanę w tyle i zaprezentuję listę kawałków muzycznych, których według Szprotyfaja słuchałem w tym roku najwięcej, najczęściej i najbardziej. I Wogle.

Bez dalszych forplejów, zaczynamy:

Bobby McFerrin to taki trochę Wodecki, z tą tylko różnicą, że : (1) jeszcze żyje, (2) zamiast Pszczoły, świat pokarał go za pomocą „Dątłory, bichepi”. Ale poza tym jednym (cholernie oklepanym) kawałkiem Bobby znany jest z niebanalnej, bardzo jazzującej wokalizy wspartej perkusją opartą na łomotaniu w klatkę piersiową (na szczęście własną!) tudzież klaskaniem. Efekt: miód! Bardzo polecam.

Izrael, słynący z Żydów, Jom Kippur i dziwnego alfabetu, powinien cieszyć się z tej perełki. Voca People to nader utalentowana ekipa śpiewająca wyłącznie a-capella. Znak firmowy: wszyscy są na biało, włączając w to kilkucentymetrowej grubości warstwę mejkapu na mordach. Ten konkretny kawałek, analogicznie do „History of Music” Pentatonixu, przemieszcza się po muzyczych epokach, wyciągając z każdej najlepsze kawałki.

O tej piosence już tu pisałem: https://xpil.eu/nil-sen-la/

A tu mamy umca-umca z religijnymi słowami, które zasadniczo powinienem omijać z daleka, ponieważ (1) umca-umca oraz (2) religijne słowa, ale ponieważ (3) podoba mi się od strony muzycznej, to (4) polecam.

O tej piosence też już pisałem: https://xpil.eu/jezeli-zapomne/

Jedna z dziesiątek aranżacji „Hit the Road Jack”, piosenki tak już osłuchanej, że gdyby była łodzią, odpadałaby z niej farba. Fajne, klasyczne wykonanie z dużą ilością puzonu i wiosła.

Andy McKee umie gitarzyć; w tej melodii można się zatracić i zasłuchać, co najwyraźniej w tym roku robiłem często i chętnie.

Paganini, jeżeli miałby obrócić się w grobie, to wyłącznie po to, żeby lepiej słyszeć 😉 To wykonanie opusu 5c zmiata czapki z głów, o ile ktoś nosi czapkę rzecz jasna.

Buddyzm popularyzuje sie w Europie od dawna, między innymi dzięki „nowoczesnym” aranżacjom ich tysiącletnich mantr i innych zaśpiewów. Ten kawałek to kolejne „umca-umca”, ale zaśpiewane po nepalsku nabiera całkiem rumianych… no, rumieńców.

o „Szesnatu tonach” pisałem szeroko tutaj: https://xpil.eu/szesnascie-to-ladna-okragla-liczba/

Tu mamy połączenie dwóch epok, które zaowocowałło naggroddą Grammy. Pisałem o tym szerzej tutaj: https://xpil.eu/jolene/

Raz jeszcze wykonawca, o którym zresztą pisałem tu: https://xpil.eu/tureckie-odkrycie-muzyczne/ – tym razem bardzo dynamiczny utwór, przy którym nie da się nie machać stopą, a jak kto ma więcej miejsca pod biurkiem to nawet całą nogą. Fazil Say uprawia mistrzowskie walenie klawiszy, jakkolwiek trójznacznie by to nie brzmiało.

A tu facet siedzi, pod stopami ma pedały geje do walenia w bębny, w łapach wiosło, w żuchwie – harmonijkę, przed nim stoi mikrofon, do którego śpiewa o poszukiwaniu własnego zestawu kluczy. Bardzo zacnie się tego słucha.

„Cotton Eyed Joe” w wersji nieco country. Nie lubię country, ale z jakiegoś niepojętego powodu to wykonanie mi robi.

Majkiel Dżeksą na forteklapie? A płoszę bałdzo! Solidne synkopy, dynamika na piątkę, nic tylko słuchać. Pan na okładce wydaje się kalkulować odległość do najbliższego pisuaru.

O tym, że istnieje takie coś, jak didgeridoo, dowiedziałem się swego czasu od własnej córki. Od tamtej pory udaje mi się czasem natrafić na perełki takie, jak ta tutaj. Niby zwykłe umca-umca, ale coś w sobie ma.

Kawałek, dzięki któremu Google boleśnie się przekonało, że licznik oglądnięć klipu na Tyrurce powinien być liczbą sześćdziesięcioczterobitową, wykonany w łagodnej, niemalże poezjośpiewannej wersji Jaysslee. Akustyczna gitarka, żeński duet, kraina łagodności pełną gębą. Co prawda po koreańsku, ale też ładnie.

Całkiem nieoryginalna aranżacja słynnego przeboju Janis Joplin z czasów, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Solidna, rozkręca się dopiero pod koniec. Może nie tak porywająca jak oryginał, ale i tak bardzo dobra.

Instrumentalna wersja wielkiego przeboju. Niecierpliwców proszę od razu o przewinięcie do 1m22s, gdzie zaczyna się „samo gęste”. Zdecydowanie polecam.

MC6 to ekipa a-capella. Tym razem wykonują klasyk z połowy lat pięćdziesiątych zeszłego stulecia – i robią to po mistrzowsku.

Fantastyczna, „leniwa” piosenka, z kontrabasem, gitarką, saksem i pstrykaniem palcami. Lubię ja nie tylko za walor muzyczny, ale też za refren. „Duja-duja-dupa” brzmi co najmniej nieźle 😉

Przyznam się bez cienia zażenowania, że oryginału nie znam, nie chciało mi się go nawet sprawdzić podczas klepania tego wpisu. Tu mamy wersję instrumentalną, która trafia do mnie głównie podczas jazdy autem. Motyw jest prosty, ale sympatyczny.

Wspomniany już wcześniej kawałek „Don’t Worry, Be Happy” również doczekał się pierdyliona wersji i aranżacji. To jedna z nich, taka dość rytmiczna i bogata instrumentalnie. Nie jest lepsza od oryginału. Ani gorsza. Jest po prostu inna.

„Nie pytaj co sądzę na twój temat, możesz usłyszeć coś, na co nie jesteś gotów” śpiewa Leo Kottke do wtóru całkiem niebanalnego instrumentarium.

A tu Bobby McFerrin udaje kierowcę. Nagranie z koncertu na żywo. Nie da się tego nie słuchać!

Doskonały duet banjo, niezwykła piosenka o ciężkiej pracy i marzeniach.

16 ton? Deja vu czy co?

Tak się dzieje, kiedy jazzmani zabierają się za klasyków. Miód w uchu! Więcej tutaj: https://xpil.eu/elise/

Jeszcze jedna przeróbka Michaela Jacksona. Tym razem opowieść o tym, jak artysta zostaje posądzony o ojcostwo. Czy słusznie? Któż to wie…

To jeden z kawałków, który ciężko wydłubać z mózgu, jak się tam już zagnieździ. Klikasz na własną odpowiedzialność!

Pesymistyczna i mroczna śpiewanka o przemijaniu i dystansie do samego siebie. Kiedyś zrobię o niej osobny wpis.

Yashmak to turecka wersja nikabu, czyli tego takiego cóś, co niektóre kobitki w niektórych kulturach zakładają sobie na twarz, żeby było mniej widać. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ten utwór się akurat tak nazywa, ani dlaczego mi się podoba, ani tym bardziej dlaczego one to sobie zakładają, ale piosenki potrafię słuchać godzinami.

A tu pan Broadbent daje do pieca na wieśle ze slajdem. Prawie siedemnaście minut gitarowej wirtuozerii. Dość mocno bluesowe.

Tu z kolei mamy majstersztyk basowy w wykonaniu czarnego jak noc Victora Wooten. Gra mieszankę kilku znanych utworów muzyki klasycznej – i robi to na basie! Ten gość mógłby prawdopodobnie uczyć Pilichowskiego…

Policji nikt nie lubi. Może oprócz policjantów, choć i tu zdania są podzielone. Ja tam do nich nic nie mam, o ile tylko trzymają się z daleka. Tu mamy coś jakby country-opowieść o gościu, który się nie lubi z jednym policjantem. Podoba mi się pomimo prostej linii melodycznej oraz banalnego rytmu na dwa.

O Tommym Emanuelu wspominałem już na Ignormatyku wielokrotnie. Sześćdziesięciodwuletni obecnie muzyk potrafi wyczarować z pięciu strun wszystko i jeszcze więcej.

Bardzo optymistyczna piosenka, którą warto sobie puścić, kiedy człowiekowi źle i smutno, lub dobrze i wesoło, lub jakoś inaczej. Wersja oryginalna jest nieco mniej jazzująca, ta podoba mi się bardziej.

Roberta Gambarini zaleca: weź czapkę, kurtkę, zostaw zmartwienia na progu i zrób sobie spacer na słoneczną stronę ulicy. Piosenka za 13 lat będzie obchodzić swoje setne urodziny, a mimo to nic nie straciła na wartości. Wstawki między zwrotkami trochę się kojarza z Ulą Dudziak. Ogólnie bardzo przyjemne słuchadło.

A tu znów klimaty Krainy Łagodności, i raz jeszcze – banjo. Takie niby pobrzdąkiwania, ale wchodzą w ucho niczym kilof. W odróżnieniu jednak od kilofa, nie wychodzą drugim uchem.

Nazwa zespołu pochodzi od nazw dwóch instrumentów: hajhouj (czyli najzwyczajniejsze w świecie afrykańskie guembri) oraz doudouk, czyli nic innego jak obój armeński. Muzyka z gatunku falistych: nadchodzi falami, falami odchodzi. Niebanalna.

Aha, a falami to taka kiełbafa jeft, jakby ktof pytał.

Bobby McFerrin po raz trzeci. Tym razem jeden z jego najstarszych kawałków, który często i chętnie wykonywał na różnych scenach.

Nagroda Grammy w 1998 roku, miliony sprzedanych kopii – nic dziwnego, że różni artyści chętnie przerabiają ten hit. O ile za oryginałem nie przepadam, o tyle Typh Barrow robi z niego arcydziełko.

Bo lubię gitarę i już. Przezacna kompozycja.

EST raz jeszcze. Ci faceci naprawdę znają się na muzyce. Jeżeli nie lubisz jazzu, nie klikaj.

Piosenka raczej ponura, ale za to dość smutna muzycznie dla równowagi 😉 Niebanalnie wykonana.

Wspominałem już, że lubię gitarę? W tym przypadku Eric Turnbull nie tylko brzdąka, ale również flażoletuje w hurtowych ilościach. Ech, kiedyś też się naumię.

A tu kolejna wersja „Szesnastu ton”, tym razem w wykonaniu mojego rówieśnika.

Król Popu, Majkiel Dżeksą, oprócz królowania i popowania miał też swoje ciemne strony. Richard Cheese bezlitośnie je wyśpiewa wyśmiewa za pomocą największego hitu wszechczasów, czyli „We Are The World”. Niecierpliwych zachęcam do przewinięcia w okolice 1m20s 😉

„The Lion Sleeps Tonight” wywołuje u mnie odruch wymiotny, tyle razy tego już słuchałem. Ta wersja jako jedyna jest dla mnie jeszcze do zaakceptowania, choć pewnie też mi się prędzej czy później osłucha.

Pisząc to zestawienie czasem zerkam do Wiki, żeby sprawdzić to i owo o niektórych piosenkach. I zdumiewam się, jak często padają tu niektóre nazwiska. Tym razem znów mamy Michaela Jacksona, tu w wersji na dwie wiolonczelle.

Dobrych gitarzystów mogę słuchać bez przerwy.

Jeszcze jeden kawałek słynnych Izraelitów, tym razem miksują największe hity muzyki klasycznej.

The Beatles na banjo? Czemu nie 😉

Doskonały kawałek McFerrina. Słuchać koniecznie w stereo!

Wbrew tytułowi, żadne tam country music. Łagodna, optymistyczna melodia wybrzdąkana po mistrzowsku przez jednego z moich ulubionych Australijczyków.

Całkiem przeciętna piosenka, która stała się przebojem, w wykonaniu Scott Bradley’s PMJ. Pisałem o niej tutaj: https://xpil.eu/dobra-muza-nie-jest-zla-czyli-pi-dzej/

Picie alkoholu to ważny element irlandzkiej tradycji 😉

Tu więcej: https://xpil.eu/21273/

Bart & Baker, oprócz tego, że śpiewają po francusku oraz mają fotogeniczne profile w monochromatycznych kapeluszach, robią głównie umca-umca, ale takie o dziwo dość kompatybilne.

Nie, no ileż można?

Znowu?

Ten kawałek za 12 lat będzie obchodził setne urodziny! Jane wykonuje go bardzo wdzięcznie.

Bez komentarza…

A tu parodia Swift Taylor, słowa nieco przerobione. Basy nabijają się z tenorów 😉

Zaz śpiewa o Paryżu. Optymistycznie, zaangażowanie, a zarazem lekko. Trochę mi się kojarzy z Mireille Mathieu.

Jeszcze jedna optymistycznie brzmiąca piosenka po francusku. Nie rozumiem ni w ząb, ale słucha się sympatycznie.

Raz jeszcze McFerrin, tym razem bardzo łagodnie i z towarzyszeniem instrumentów. Dużo moli, mało durów.

Instrumentalna aranżacja hitu Armstronga z 1928 roku. Słyszałem wiele wersji tej piosenki, żadna mi się nie spodobała – oprócz tej.

Lekki i przyjemny bluesik na dwie gitary akustyczne.

A tu mamy mantrę „om tare tuttare”, o współczuciu, jednym z głównych filarów buddyzmu. Wykonanie bardzo uwspółcześnione, z elektroniką i fortepianem w tle.

Przeróbka hitu Roda Stewarta. Ponura w słowach, interesująca (choć równie ponura) melodia. Słucha się przyjemnie, choć w moim przypadku wymaga specjalnego nastawienia.

A tu kawałek, o którym wiem niewiele poza tym, że mi się podoba 😉

Tradycyjna pieśń irlandzka o starym wraku. Bardzo popularna, Wiki podaje co najmniej piętnaście oficjalnych wersji. Dla mnie najbardziej znana jest ta od Clannad, choć wykonanie Celtic Woman bardziej mi się podoba.

Tego kawałka w zasadzie powinienem się nieco wstydzić, ale ponieważ się nie wstydzę, to go tu wrzucam. Komentarz zbędny 😉

Kawałek skomponowany od zera w piętnaście minut. Lata sześćdziesiąte. Oklepany do bólu, odświeżony przez MC6 w mistrzowski sposób.

A tu chyba najbardziej „bałaganiarska” wersja hitu Taylor. Dzięki tej bałaganiarskości słucha się wprost wyśmienicie. Chyba nawet lepiej od wersji Scotta Bradlee.

RyG to duet gitarowy, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Czego by nie wzięli na warsztat, zamienią to w płynne złoto.

… znaczy tego, ten.

Stary ale jary blues znad głębokiej rzeki. Gitara, wokal i trzy akordy, czegóż więcej potrzeba?

Bacha nie lubię, w każdym razie nie za bardzo. Ale niektóre aranżacje wyrywają z butów – to jedna z nich.

I jeszcze raz mantra om tare tuttare, tym razem remix w wersji dance.

I znów Bach po przeróbce. Ach, ten Bach.

Całkiem interesująca przeróbka słynnego Concierto de Aranjuez. Prawie 20 minut doskonałej muzyki!

Laurence Juber też sobie radzi z gitarą. Utwór wyłącznie instrumentalny, łagodny i pełen zadumy.

A ten z kolei Australijczyk sięga głęboko do korzeni i buduje całą swoją karierę muzyczną na motywach aborygeńskich. Kawałek szybki i energiczny.

Raz jeszcze muzyka etniczna w wykonaniu Hadouk Trio.

Carlos Montoya to jeden z Wielkich tego świata. A „Malagueña” to jeden z jego najpopularniejszych kawałków. Solidna porcja gitarowego flamenco w domu i w zagrodzie.

Modlitwa o deszcz. Dużo glissand, niedużo akordów (jak to w bluesie), smętne słowa o suszy i o umierających roślinach czekających na kroplę wody.

Okładka wygląda jak jakaś parodia parodii „Strasznego filmu”, jednak słowa są ponure i ciemne jak piwnica stryja Bonifacego. Do tego ostre riffy i niebanalna sekcja rytmiczna – i mamy całkiem solidny kawałek.

Dość trywialna historia miłosna zaśpiewana do całkiem nietrywialnego muzykalium. Nie każdemu może odpowiadać, mi się podoba.

Jeszcze raz Michael Jackson, tym razem w wersji a’capella. Jest beat-box, jest bas, jest wokal i chórki. Ha.

Mówiłem już, że lubię Australijczyków?

A tu z kolei raz jeszcze Scott Bradlee, tym razem jego PMJ wykonuje utwór skomponowany przez szwedzką piosenkarkę Tove Lo w 2013 roku. Ciekawostka: piosenkę tę śpiewał również… Vin Diesel, na cześć zmarłego tragicznie Paula Walkera.

Jeszcze jedna piosenka o miłości, jej jasnych i ciemnych stronach.

2 Cellos to klasa sama w sobie, o czym zdaje się już wspominałem. „Mombassa” zdecydowanie daje radę, utwór może nieco monotonny, ale bardzo szybki i dynamiczny. Ja bym tak nie umiał 😉

Hans Thessink uczy nas jak prawidłowo wyprowadzać psa.

Ostatnia na dzisiejszej liście piosenka buddyjska. Tym razem znów łagodnie, mantra om gate gate paragate parasamgate bodhi svaha

A tu pani ma ochotę na pana, o czym śpiewa w sposób słabo zawoalowany. Pan jest chyba stolarzem, ponważ pani wyraźnie życzy sobie być klepką w jego podłodze.

Ta pani już nie mieszka w Irlandii i nie daje tu koncertów, a szkoda. Chętnie bym się wybrał.

Ufffff! Dzisiejszą dłuuuuugą listę zamyka… Tommy Emmanuel, tak dla odmiany 😉

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "2017: moje ulubione kawałki muzyczne"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Rzast
Gość

Możesz z tych utworów utworzyć listę i ją udostępnić publicznie, podając linka 😀
(w znaczeniu – proszę to zrobić [OczyKotaZeShreka])

Stefek
Gość
Trudno uwierzyc, ale w czerwcu przyszlego roku bedzie 10 lat, od kiedy przedwczesnie Esbjörn Svensson opuscil te planete… Wielu sie probowalo wdrapac na pusty stolek przed Stainway’em. Nikomu dotad sie nie udalo. Mialem wyjatkowa przyjemnosc widziec go na zywo 2 razy i zamienic kilka slow. Byl tak wielki, jak skromny i calkowicie oddany swojej muzyce. Po koncercie byl wyczerpany jakby conajmniej zasuwal w polu 16h, tyle wkladal w kazdy wystep. Mialo byc tych koncertow jeszcze wiele. Niestety. Warto siegnac po kazda/wszystkie ich plyty. Mozna losowo, nie ma slabych punktow. Ciekawostka – http://www.est-symphony.com/ – Iiro Rantala godnie ale skromnie przysiada na… Więcej »