(G)lista Lucka

Tytuł dzisiejszego wpisu jest trochę bessęsó. A trochę nie.

Po pierwsze, literka w nawiasie sugeruje punkt G, och, ach, ekstatyczne doznania – w tym przypadku co prawda wyłącznie przez otwory uszne, ale jednak.

Po drugie, należy sobie wyobrazić, że listę stworzył Lucjan, co akurat jest nieprawdą, ale nie szkodzi. Licentia poetica. Lepiej brzmi.

Po trzecie zaś, skończmy tę słabiutką dziś grę przedwstępną i przejdźmy do rzeczy. Otóż jakiś czas temu zacząłem (znów!) używać Spotify, a tam można sobie tworzyć listy utworów. No i utworzyłem sobie taką, na początku pustą, listę utworów, które mi robią dobrze przez uszy.

Poniżej ujawniam ową listę, stan na dziś (lista zmienia się bowiem dynamicznie każdego dnia). Kolejność utworów na liście jest przypadkowa (to nie ranking) – założenie jest takie, że losowo wybrany stąd utwór będzie mi miły niezależnie od gatunku, języka, głośności, tempa, płci oraz wieku wykonawcy i tak dalej.

Lecim!

1. Rodrigo y Gabriela: Tamacun. Za dynamiczność oraz szeroko pojętą rodrigoygabrielność.
2. Luca Stricagnoli: Braveheart. Za multiinstrumentalność jednoosobową oraz ogólną lucastricagnoliność
3. Scott Bradlee’s Postmodem Jukebox: All About That Bass. Za najlepszy cover tego kawałka. Nawiasem mówiąc sporządziłem kiedyś osobną listę coverów tej piosenki, ale gdzieś mi się zapodziała. Dobrze się coveruje. Na dzisiejszej liście ten tytuł pojawi się jeszcze nie raz.
4. Zaz: Paris sera toujours Paris. Za francuskojęzyczność (uwielbiam brzmienie tego języka, chociaż nie rozumiem go ni w ząb) oraz za lekkość i dziwnie pasującą bałaganiarskość wokalu.
5. Old School Freight Train: Superstition. Za pierwszych 20 sekund, których słuchanie nieodmiennie wprawia mój opasły organizm w radosne podrygi. Potem niestety pojawia się wokal.
6. Scott Jopli, Morten Gunar Larsen: The Entertainer. Bo tak.
7. Raquel Sofia: All About That Bass. Za lekkość i za dykcję. Najwyraźniej zaśpiewany cover tego utworu.
8. Dirty Cello: Sweet Dreams Are Made Of This. Za podniesienie do zwymiotowania oklepanego kawałka do rangi prawdziwego Dziełka Sztuki. Przez wielkie W jak Wiolonczela.
9. Dirty Cello: My Babe. Fajna piosenka. Nigdy nie słyszałem oryginału, ale jakoś przeczuwam, że ten cover jest odeń lepszy.
10. Luca Stricagnoli: Thunderstruck. Patrz 2.
11. Shirley Horn: Hit The Road Jack. Za ogólną hittheroadjackność.
12. Sharon Shannon: The Galway Girl. Bo choć wyświechtana, piosenka wprawia w podrygi całą rodzinkę.
13. The Irish Christmas & Celtic Christmas Nollag: Drowsy Maggie. Lubię pijackie pieśni irlandzkie. Ta jest oklepana do bólu, ale co z tego…
14. Da Vinci’s Notebook: Another Irish Drinking Song. Za humor i lekkość.
15. The High Kings: Irish Pub Song. Patrz 14.
16. Emilie-Claire Barlow: C’est si bon. Za francuszczyznę (patrz: 4.), optymistycznie brzmiącą melodię i jakoś tak ogólnie za pozytywny masaż dendrytów.
17. Bobby McFerrin: The Pink Panther Theme. Za niebanalną, lekko jazzującą wokalną interpretację oklepanego do bólu kawałka.
18. Home Free: All About That Bass. Za otwarcie przez trzy oktawy. Za jodłowanie. I za a’capella.
19. Michael Wollny: Hexentanz. Bo tak.
20. Tori Kelly, Pentatonix: Winter Wonderland / Don’t Worry Be Happy. Za doskonałe zmiksowanie dwóch kawałków z różnych planet w jeden, świetnie brzmiący utwór. No i za ogólną pentatonixowość.
21. Robert Kasprzycki: Jestem Powietrzem. Za blat od kredensu.
22. Robert Kasprzycki: Zielone Szkiełko. Za beztroski optymizm oraz przeplatającą się z nim optymistyczną beztroskę.
23. Robert Kasprzycki: Zapiszę Śniegiem w Kominie. Za warkoczyk.
24. Czerwony Tulipan: Zabiegani, Uwikłani. Za trafienie w sedno.
25. Pior Bukartyk: Sznurek. Za dobór rymów.
26. Saint Preux: Le Piano D’abigaïl (cała płyta!). Bo to pierwsza płyta Saint Preux, którą w życiu słyszałem (jeszcze za gówniarza), więc mi się melancholijnie kojarzy i prawdopodobnie będę jej słuchał dożywotnio…
27. Sławek Wierzcholski: John Lee Hooker. Za genialnie bluesującą, dynamiczną gitarę oraz zblazowany wokal.
28. Pentatonix: Hey Momma / Hit The Road Jack. Patrz 11. Patrz 20.

Na zakończenie jeszcze króciutkie, kompletnie zbędne wyjaśnienie: powyższa lista nie obejmuje moich ulubionych piosenek ze wszystkich okresów życia (przypuszczalnie zabrakłoby miejsca), a tylko i wyłącznie utwory, które odkryłem w ten czy inny sposób na Spotify w ciągu ostatnich paru miesięcy.

Być może w wolnym czasie (??) utworzę kiedyś osobną podstronę z tą listą, uzupełnianą na bieżąco. Póki co jednak zostawiam jak jest.

Miłego słuchania…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "(G)lista Lucka"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jaro
Gość

dla mnie absolutny nr 1 to „Skóra Aya RL” (wersja koncertowa z Opola 1989). Potem Manaam „Raz dwa raz dwa”. Oczywiście Kukiza uważam za największego polskiego rockmana a Korę za najlepszą wokalistkę. Potem pewnie „Passanger” Iggy Popa. Potem cały tłum innych rewelacyjnych piosenek, gdzie wysoko cenię sobie „Victorię” Dżemu oraz „Wehikuł czasu”. Generalnie debeściaki dla mnie to polski rock z lat 80-tych.

Tomek
Gość

Ha! Zna „Le Piano…”! No szok normalnie!

Program 2 PR, czwartkowy wieczór, końcówka lat osiemdziesiątych… Saint Preux…

U mnie też żelazny repertuar od tamtej pory…

wpDiscuz