Łowca i owca

Jak się nietrudno domysleć, dziś recenzja „Łowcy androidów”, słynnej literackiej próby odpowiedzenia na pytanie, czy androidy marzą o elektrycznych owcach.

Przyznaję bez większego zawstydzenia, że książki tej jeszcze nie przeczytałem, chociaż została napisana prawie dziesięć lat przed moimi narodzinami.

Co prawda oglądałem, i to kilka razy, słynną ekranizację w wersji Ridleya Scotta, jednak co książka to książka, nieprawdaż.

Dorwałem więc wydaną jakiś czas temu przez Audiotekę superprodukcję w wersji audio, i przez kilka kolejnych dni zanurzałem się w tej krainie niedalekiej przyszłości (dla Dicka była to przyszłość odległa o prawie sześćdziesiąt lat, czyli rok 2021).

Superprodukcja bardzo mi się spodobała. Ziemia po kataklizmie atomowym, większość ludzi uciekła na inne planety, zwierząt praktycznie nie ma (poza pojedynczymi, prywatnie hodowanymi egzemplarzami osiągającymi astronomiczne kwoty). Ludzkość generalnie wyprowadziła się z Ziemi, nękanej opadami radioaktywnymi i ogólną beznadziejnością. Jednak część twardzieli pozostała tutaj, wiodąc żywoty raczej marne.

Główny bohater, Rick Deckard, jest pracownikiem policji i zajmuje się zabijaniem androidów, których obecność na Ziemi jest nielegalna (z niektórymi wyjątkami). Za każdego zabitego „andka” dostaje tysiąc dolarów, całkiem sympatyczna premia do marnej policyjnej pensji. Mieszka z żoną w słabo zamieszkałej okolicy San Francisco, ma na dachu owcę (nie prawdziwą jednak, bo go nie stać, ale elektryczną), marzy o prawdziwej owcy, nękają go też różne wątpliwości natury moralnej i religijnej.

Panującą w tym czasie na Ziemi religią jest merseryzm, religia raczej mało ciekawa (ale nie mam pretensji, trudno, żeby z powieści SF zrobić literaturę religioznawczą), której główna postać (Merser) idzie pod górę i obrywa kamieniami, a na górze, jak już tam kiedyś dotrze, umrze i odrodzi się u podnóża, żeby znów isć pod górę. I jest dobry dla innych, ma wiele empatii i tak dalej. Wyznawcy Mersera uważają, że życie to właśnie taka droga pod górę – ani to za bardzo odkrywcze, ani ciekawe, mniejsza o to.

W książce przewija się dużo tematów zwierzęcych – głównie pod kątem tego, kto ma jakie zwierzęta i jakie płaci za nie miesięczne raty (prawie nikogo nie stać na kupienie zwierzęcia za gotówkę – chyba że pająka za paręset dolarów). Są katalogi, są firmy specjalizujące się w udzielaniu kredytów pod zakup zwierząt, są weterynarze (i to zarówno ci od zwierząt elektrycznych, jak też prawdziwych, żywych). Posiadanie zwierzaka jest ważnym elementem życia społecznego, a pytanie czy czyjś zwierzak jest prawdziwy czy elektryczny jest wielką obrazą.

Akcja powieści jest rozciągnięta na mniej więcej dwie, może trzy doby, w czasie których Rick ugania się za szóstką androidów klasy Nexus 6, bardzo nowoczesnych, inteligentnych i próbujacych za wszelką cenę przetrwać.

Gwoli ścisłości, androidy w tej powieści z zewnątrz niczym nie różnią się od ludzi. Od środka w zasadzie też nie. Jedyny sposób, żeby na sto procent zidentyfikować androida, to przeprowadzć badanie jego szpiku kostnego. Androidy żyją maksymalnie około 4 lata i nie są zdolne do empatii (ale mogą próbować ją udawać, żeby się nie dać zdemaskować).

Od strony dźwiękowej całość jest zrobiona bardzo sprawnie. Zdarzyło mi się raz czy drugi, zamknąwszy oczy w porannym tramwaju do pracy, że po ich otwarciu dziwiłem się widząc tłum ludzi wgapionych w swoje smartfony zamiast postapokaliptycznego świata za oknem. Przy odrobinie skupienia naprawdę można na moment uwierzyć, że się tam jest. Dźwięki dopracowane są bardzo szczegółowo – startujące i lądujące poduszkowce, długie echa kroków w opuszczonych budynkach, odgłosy walki kiedy już dochodzi do konfrontacji z andkiem – wszystko to zrobione na piątkę z plusem. Jedyne zastrzeżenie mam takie, że w dwóch czy trzech miejscach dialogi są trochę za bardzo zepchnięte na drugi plan dźwiękowy, a tło, które powinno być właśnie tylko tłem, wchodzi na pierwszy plan i ciężko zrozumieć co mówią.

Książka jest utrzymana w bardzo ponurym klimacie (jak to często bywa u Dicka), główny bohater jest ciągle zmęczony i marzy o chwili drzemki, na którą jednak nie może sobie pozwolić, wciągnięty w wir wydarzeń.

Zaskakująco pozytywnie natomiast widzę stronę technologiczną powieści. Oczywiście, są zabawne drobiazgi – na przykład to, że odgłosy elektrycznych zwierząt są nagrane na taśmę magnetyczną ukrytą we wnętrzu – jednak poza tym książka broni się, choć od jej napisania upłynęło już prawie półwiecze. Głównie za sprawą tego, że skupia się głównie na kwestiach psychologicznych, a te przez ten czas przecież nie zmieniły się za bardzo.

Zastanawiam się, czy powinienem – tak dla pełnego obrazu – przeczytać też wersję papierową „Łowcy”. I czy spodobałaby mi się ona tak samo jak audiobook.

[yop_poll id=”34″]

Sprawdź też

Wiedźmin, Deadpool et al. Recenzje po łebkach.

Pobieżne recenzje kilku niedawno przeze mnie skonsumowanych dzieł sztuki (a niewykluczone, że przy okazji też kultury)

„Virion. Obława” – recenzja książki

Drugi tom "Viriona" z imperium Achai jest wart grzechu.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: