Paradoks Olbersa

Co jest fajne?

Truskawki są fajne.

Płomienie ogniska, zwłaszcza, kiedy towarzyszy im skwierczenie przysmażanych kiełbasek.

Pusta kartka, czekająca na wypełnienie arcydziełem (lub arcychłamem, w którym to przypadku należy się radować, że jeszcze jest pusta).

Fale przyboju, które szumiały swoim leniwym rytmem przez miliony lat, zanim ludzie skazili powierzchnię Ziemi swoimi wynalazkami. I które będą szumiały przez kolejne miliony, kiedy nas już nie będzie.

Gwiazdy.

O, właśnie. Gwiazdy. Człowiek ciemną nocą podnosi głowę i w niemym zachwycie podziwia miriady tych maleńkich, żółtych kropeczek, układających się w nieregularne niczym plamy testu Roschacha zgrupowania. W rzeczywistości każda z tych kropeczek to ogień, przy którym wynalazki Lucyfera mogą co najwyżej pograć sobie w gumę. Miliony stopni Celsjusza, widoczne z odległości setek, tysięcy, setek tysięcy, milionów lat świetlnych. Być może tej gwiazdy, na którą właśnie patrzysz, już od dawna nie ma. Być może nie było jej jeszcze zanim z międzyplanetarnego pyłu powstała matula Ziemia. Zanim się owa gwiazda wypaliła, zdążyła wypuścić we wszystkie strony tyle światła, że będziemy ją widzieć jeszcze przez miliony lat. To znaczy nie my, oczywiście, tylko cokolwiek będzie na powierzchni Ziemi za owe miliony. O ile będzie miało oczy. To coś.

No i teraz najciekawsze: gwiazdy emitują światło, albo ogólniej mówiąc energię w postaci promieniowania elektromagnetycznego, którego wąziutki zakres drażni nasze czopki i pręciki, dzięki czemu możemy je zobaczyć naszymi niedoskonałymi oczyma.

Ilość światła docierającego do nas od dowolnej gwiazdy (jasność względna) zależy głównie od tego, jak jasna jest sama gwiazda (jasność bezwzględna) oraz w jakiej odległości od nas się ona znajduje. Przy czym odległość ma wpływ kluczowy, bo kwadratowy. Gwiazda widziana z odległości dziesięciu lat świetlnych będzie nam się wydawać cztery razy jaśniejsza, niż ta sama gwiazda widziana z odległości dwudziestu lat świetlnych. Albo, patrząc na zagadnienie w nieco inny sposób, potrzebujemy czterech gwiazd w odległości 20 LŚ, żeby dotarło do nas od nich tyle światła, ile od pojedynczej gwiazdy z 10 LŚ.

Jednakowoż przestrzeń jest trójwymiarowa [citation needed], w związku z czym ilość gwiazd znajdujących się w odległości 10 LŚ jest, statystycznie rzecz biorąc, OSIEM razy mniejsza, niż ilość gwiazd znajdujących się w promieniu 20 LŚ. Może w przypadku takich małych dystansów odchylenia od tej reguły będą spore, ale przy większych odległościach, rzędów setek, tysięcy i więcej, lat świetlnych, to tak właśnie działa. Jeżeli w odległości tysiąca LŚ jest milion gwiazd, to w odległości dwóch tysięcy LŚ będzie ich osiem milionów, pi x oko.

Osiem milionów gwiazd w odległości 2000 LŚ daje dwa razy więcej światła (docierającego na Ziemię), niż milion gwiazd odległych o 1000 LŚ.

Zwiększając odległość, okazuje się, że ilość światła docierającego na powierzchnię naszej planety powinna zasadniczo być taka, że już dawno byśmy wyparowali, razem z psami, kotami, doniczkami, imbryczkami i zaciskiem trzy-ósme.

Zerkam jednak na swoje ręce, nogi, kota – niewyparowane. W dodatku niebo jest całkiem ciemne.

Czemu tak?

Wyjaśnień jest kilka.

Po pierwsze, być może jest po prostu tak, że gwiazd jest w Kosmosie skończona ilość. To wyjaśnienie, prawdę mówiąc, przemawia do mnie najbardziej.

Po drugie, może być tak, że gwiazdy nie są rozłożone regularnie, tylko fraktalnie (a więc gęstość „zagwieżdżenia” Kosmosu maleje wraz ze wzrostem odległości od Ziemi). To też mogłoby wyjaśnić, czemu jeszcze nie wyparowaliśmy, aczkolwiek musiałoby też oznaczać, że jesteśmy w Kosmosie w jakimś uprzywilejowanym miejscu w przestrzeni. A takie hipotezy śmierdzą na milę…

Po trzecie, gwiazdy się wypalają, a ich paliwo wskutek kolejnych reakcji termojądrowych „ewoluuje” w stronę „żużlu”, który emituje mniej światła. A ponieważ światło ma skończoną (ogromną, ale jednak skończoną) prędkość, nigdy nie jest tak, że całe to światło dociera do nas w tym samym czasie, bo gwiazdy są odległe o miliardy LŚ a żyją „zaledwie” miliony lat (lub dłużej, sporadycznie nawet wiele miliardów lat, ale zawsze jednak kiedyś „umierają”).

Któryś z wyżej wymienionych powodów sprawia, że zamiast białej ściany ognia widzimy w nocy czarne niebo.

Który? Trzeba by oblecieć Kosmos i sprawdzić. Ale to już może nie dziś.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz