Raz na 90 dni…

Poprzedni wpis poświęcony krwiodawstwu zrobiłem na zasadzie bełkotliwego strumienia nieuporządkowanych myśli, czyli nic nowego. Dziś spróbujemy eksperymentalnie poudawać, że wiemy więcej, niż wiemy.

Raz jeszcze oddałem krew. 470 mililitrów albo 47 centylitrów, albo – najprościej – prawie pół litra. A w zasadzie jeżeli dodać krew pobraną przed pobraniem właściwym do testów, do różnych fiolek i pojemniczków, to – kto wie? – może nawet uzbierałoby się tego razem pół litra.

Po raz pierwszy od czasu, kiedy oddaję krew w Irlandii, trafiło mi się przyjść w czasie, kiedy nie było żadnych innych krwiodawców. Cisza, spokój, cała stacja do mojej dyspozycji.

Najpierw, na recepcji, pani recepcjonistka wyszukała mnie w kąpóteże i potwierdziła tożsamość. Potem, jak już jej wyskoczyło, że jestem AB(-), zapiała kilka peanów pochwalnych na moją cześć, że taki jestem rzadki…

– Pańskie nazwisko?
– Sraczka.
– O, to bardzo rzadkie.

… rzadki, że tylko jeden procent, że jest duże zapotrzebowanie i że Wogle. Ja jej na to, że skoro dawców jest jeden procent, to biorców chyba też, więc się powinno wyrównać, c’nie? Szybko zmieniła temat na ankietę.

Ankieta była ta sama co poprzednio, z tą dodatkową kartką odnośnie wirusowego zapalenia wątroby typu E. Że jak wykryją, to będą musieli przesłać moje dane osobowe do Departamentu Zdrowia, wraz z informacją, że wykryli. Pozaptaszałem wszystkie pytania, oddałem recepcjonistce.

Potem mnie posadzili na korytarzu i kazali pić dużo wody. Wypiłem ze cztery kubeczki (czyli, na moje oko, jakiś litr).

Kiedy woda zaczęła mi już wyłazić porami i nosem, a za uszami pokazały się zalążki szybko ewoluujących skrzeli, jedna z pielęgniarek wzięła mnie na stronę i przeczytała wszystkie pytania z ankiety, sprawdzając, czy udzielę takich samych odpowiedzi odgłosem paszczowym, jakich udzieliłem ptaszkami. Długopisowymi, w sensie. O dziwo, znów mi się udało trafić bezbłędnie. W międzyczasie, ponieważ akurat nie mieli pod ręką pulsoksymetru, chlasła mię taką specjalną chlastajką w opuszkę fakulca prawej dłoni i pobrała maleńką próbkę krwi do pomiaru poziomu hemoglobiny. Zapowiedziała złowrogo, że jeżeli będzie poniżej 13.5, to mnie dziś puszczą do domu z torbami.

Hemoglobinomierz pokazał łaskawie 15.6. Yay.

Skoro więc nie było się do czego przyczepić, kazali mi w końcu usiąść na fotelu i podwinąć lewy rękaw.

Następnie podsunęli mi tę nieszczęsną ankietę pod nos i zapytali, czy to moja ankieta i czy to mój podpis jest. Biorąc pod uwagę, że na miejscu nie było innych krwiodawców… No, mniejsza o logikę. Procedura to procedura. Potwierdziłem grzecznie i przeszliśmy do akcji właściwej.

Widząc moje lewe zgięcie łokcia pani pielęgniarka się skrzywiła i zapytała, czy z tej ręki zazwyczaj oddaję. Niestety, ku jej słabo ukrywanemu niezadowoleniu, potwierdziłem.

Zabrała się więc za poszukiwanie żyły, w czym pomagały jej (1) nadmuchiwany kołnierz założony na moją rękę powyżej łokcia, taki sam jakich się używa do pomiarów ciśnienia oraz (2) plastikowa zabawka w kształcie kości, którą uciskałem dłonią w celu uwydatnienia żyły.

Po mniej więcej trzech minutach poklepywania, pompowania kołnierza i ściskania kostki pani pielęgniarka w końcu coś tam musiała zauważyć, gdyż wzięła igłę i z radosnym ŁAZAAAA! wdźgała się w zgięcie łokcia.

Tym razem obyło się bez siniaków i bez krwawienia pod skórą, które to zjawiska nie są mi obce. A więc szacun dla pani pielęgniarki za dobre wkłucie!

Następnie trochę krwi trzeba było wykapać do wcześniej wspomnianych probówek, fiolek i pojemniczków – wreszcie pani podpięła rurkę do dużego worka leżącego na takiej fikuśnej wadze z ciągle gibiącą się szalką i życiodajny płyn popłynął żwawo, znacząc swą masę na wyświetlaczu wagi.

Chwilę później waga pokazała 470 i pani zatrzasnęła taki zatrzaskiwany zatrzask na rurce, wyjęła igłę…

Nawiasem mówiąc umiejętne wyjęcie igły jest dość ważne – chodzi o to, żeby nie przekrzywić igły w trakcie jej wyciągania, bo wtedy szoruje nieprzyjemnie po wewnętrznej ściance żyły. Nie jest to w żaden sposób niebezpieczne (żyły są, wbrew pozorom, bardzo wytrzymałe), ale przyjemne też nie jest. Dlatego od jakiegoś czasu stosuje się prosty patent, żeby owo wyjmowanie igły odnieprzyjemnić: na rurkę nałożona jest taka dość długa (i wąska, niewiele szersza od samej rurki) plastikowa tutka, którą tuż przed wyjęciem igłu przesuwa się w górę aż dotknie skóry pacjenta – w ten sposób pielęgniarka nie ma jak przechylić igły, więc jej wyjęcie jest praktycznie nieodczuwalne.

… igłę, zakleiła dziurę plasterkiem, który następnie kazała dociskać mocno przez jakieś trzy minuty. Zapytała jeszcze, czy chcę kawę albo herbatę – wybrałem wodę – i trzy minuty później już sobie siedziałem na korytarzu, na wygodnej kanapie, wciągając ciasteczka, popijając je wodą i czytając wszechobecne tablice informacyjne.

Tuż przed wyjściem zajrzałem na recepcję, żeby umówić termin następnej wizyty, ale pani powiedziała, że zamiast zapisywać go na „twardo” w komputerze, po prostu wyśle mi SMS-a.

I tak oto dobiegła końca moja jedenasta wizyta w irlandzkim systemie honorowego krwiodawstwa. Do jutra będę nosił dwa plasterki: jeden na digitus medius manus i drugi w zgięciu łokcia. Ha.

Poniżej kilka fotek, które cyknąłem w ramach dokumentowania tego doniosłego wydarzenia:

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Raz na 90 dni…"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Ada
Gość

Ta długa, plastikowa i ruchoma tutka ma raczej służyć temu, aby nie doszło do przypadkowego zakłucia się igłą przez personel pobierając krew 😉
Bardzo ciekawie i zabawnie opowiedziany proces oddawania krwi, zresztą cały cykl jest świetny ?