Remigiusz Mróz: „Przewieszenie” (recenzja)

„Przewieszenie”, czyli Wiktor Frost w opałach. Recenzja drugiej części trylogii podhalańskiej Remigiusza Mroza.

Po „Ekspozycji” czas na drugi tom przygód komisarza Forsta, czyli tytułowe „Przewieszenie”.

Nie chcę omawiać szczegółów fabuły aby nie popsuć zabawy tym z Czytelników, którzy po „Przewieszenie” jeszcze nie sięgnęli. Powiem więc tylko bardzo ogólnikowo, że o ile w pierwszej części Forst wpadł w tarapaty, z których jeszcze można było się wykaraskać (a przynajmniej na to wyglądało), o tyle w „Przewieszeniu” następuje kulminacja zdarzeń i końcówka jest kompletnie dla Forsta przerąbana. Gorzej chyba być nie może.

W zasadzie można by cykl zamknąć na tym tomie, gdyby nie ostatnie zdanie, które – jak to u Mroza – wywraca nasze myślenie najpierw do góry nogami, a zaraz potem na lewą stronę (czyli „przywrót na wywrót” jak mawiano drzewiej wśród starszych członków mojej rodziny). Innymi słowy chociaż Forst ma przechlapane wzdłuż i w poprzek (wpadł jak śliwka w gówno i już się nie wykaraska), to jednak nie wszystko wydaje się być stracone dla innego z bohaterów, którego – zdawałoby się – pogrzebaliśmy już dawno temu. Ta typowa dla Mroza przewrotka fabularna sprawia, że natychmiast chce się sięgnąć po trzeci (i ostatni) tom trylogii, czyli „Trawers”. Tego ostatniego odsłuchałem jak na razie może ze dwadzieścia minut i póki co nie ma żadnego mocnego uderzenia, ale jest na tyle ciekawie, że już nie odpuszczę.

A więc wkrótce recenzja trzeciej części tej niezwykłej trylogii. A części drugiej wystawiam „zaledwie” 8/10. Wprawdzie nie ma żadnych dłużyzn, opisy polskich (i słowackich) Tatr są bardzo plastyczne, a akcja nie pozwala na zbyt wiele odpoczynku, ale „jakoś” wolę pierwszą część od drugiej. Niemniej jednak szacunek dla Autora za kawał dobrej roboty – i już wracam do lektury tomu trzeciego.

P.S. Niedawno ktoś mi zarzucił, że moje recenzje książek są prawie zawsze pozytywne. Można stąd próbować wyciągnąć wniosek, że jestem niewiarygodny, ewentualnie że biorę zbyt dużą dawkę różowych tabletek co rano 😉 Przemyślałem to sobie i stwierdzam, że nie ma tu żadnej magii ani farmaceutyki, tylko czysta logika: książki, które są kiepskie (według mnie rzecz jasna) nie przechodzą próby pięćdziesięciu stron i przez to nie trafiają na łamy blogu. Ale jeżeli ktoś czytuje te moje nieszczęsne recenzje w miarę regularnie, ten być może kojarzy kilka negatywek. Mi na szybkiego przychodzą do głowy dwie pozycje: „Przestrzeń objawienia” Reynoldsa, której pierwszy tom okazał się niesamowity, ale potem ugrzązłem w czymś nudnym i niestrawnym (http://xpil.eu/kryzys-z-trylogia/) oraz „Axis” Charlesa (http://xpil.eu/axis-recenzji-nie-bedzie/). A więc nie jest tak, że zawsze endorfinki i dziesięć na dziesięć. Po prostu te kiepskie rzadziej opisuję, bo ich nie doczytuję do końca 😉

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz