„Cibola Burn”: recenzja książki (czwarty tom „The Expanse”)

Czwarta część serii „The Expanse” zdecydowanie trzyma poziom części poprzednich.

Z powodu dość zabieganego stycznia lektura szła mi dość topornie, dlatego skończyłem dopiero w lutym, ale nie żałuję. I natychmiast zaopatrzyłem się w kolejny tom, bo to jest właśnie taka seria, której nie da się przestać czytać.

W „Cibola Burn” ludzkości w końcu udaje się opuścić Układ Słoneczny, jednak zgodnie ze starą zasadą, że człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka – nigdy, zabieramy ze sobą w gwiazdy cały bagaż durnowatych przesądów, wojenek, martwych przepisów i innych głupot. I nawet w obliczu Obcych, którzy potrafią na zawołanie ograniczać maksymalną prędkość czy wyłączać podstawowe zjawiska fizyczne, zamiast szukać rozwiązań prawdziwych problemów skupiamy się na duperelach.

Nowa planeta, którą udało się zasiedlić, jest pełna niespodzianek. Nic nie jest takie, na jakie wygląda. Niewinna z pozoru pijawka zabija neurotoksyną w kilka sekund, połowa planety może sobie znienacka po prostu wybuchnąć, a w chmurach znajdują się mikroogranizmy powodujące u ludzi zieloną ślepotę. A to tylko początek kłopotów…

„Stary” skład bohaterów pozostaje bez zmian: Holden, Amos, Naomi i Alex tym razem muszą się rozdzielić. Dwójka zostaje na orbicie, pozostała dwójka musi zejść na powierzchnię nieprzyjaznej planety.

Pojawia się wielu nowych bohaterów, są też czarne charaktery, a jakże. Jest też Miller, bez zmian.

Największy kłopot miałem z Basią, który ma typowo babskie imię, a żeby było śmieszniej jego żona to Carol. Widząc „Carol” i „Basia” polski czytelnik automatycznie przykleja im płcie na podstawie brzmienia imion, tymczasem tu jest na odwrót. Ale po parunastu akapitach idzie przywyknąć.

Novum jest kilka króciutkich rozdziałów pokazujących świat z perspektywy obcego Rozumu, a raczej autonomicznego automatu przez obcy Rozum wyprodukowanego na potrzeby eksploracji Kosmosu. Coś jakby sonda von Neumanna na sterydach…

Podobnie jak w poprzednich częściach Autor trzyma się tej samej konwencji tytułowania rozdziałów: numer rozdziału oraz imię bohatera, z którego perspektywy aktualnie oglądamy świat. System ten działa doskonale od samego początku i zaczynam się zastanawiać dlaczego wszyscy pisarze go nie stosują 😉

Mój ulubiony bohater? Chyba Amos. A może Bobby?

Ulubiony cytat? Chyba fragment dialogu Holdena z Murtrym przy wejściu do machiny Obcych, o zemście, kiedy Mutry próbuje się wykręcić od konfrontacji:

"They say revenge is empty"
"This is my first try at it," Holden said.
"Forgive me if my opinions on it are fairly unformed."

Ogółem książkę czyta się doskonale, wygląda też na to, że pomimo bardzo dużej liczby ruchomych części Autorowi udało się wszystko bardzo dokładnie zgrać, zarówno w czasie jak i przestrzeni. Nie brakuje humoru, tragedii, ludzkich błędów ani tajemnic.

Polecam!


2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xpil40i6 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
40i6
Gość
%d bloggers like this: