Fantasy to gatunek, którego nie znoszę. Cycate heroiny z mieczami, magiczne królestwa i zbyt rozwlekłe opisy krain przyprawiają mnie o trzęsawkę wzdłużną, ewentualnie o ataki niekontrolowanego ziewania.
Wyjątki od tej reguły mogę policzyć bez zdejmowania butów: Wiedźmin. Altered Carbon, choć tu można się kłócić o klasyfikację. Achaja / Virion - i to też nie wszystkie części.
Literatura historyczna mierzi mnie jeszcze bardziej. Tak, tak, wiem, trzeba się uczyć na błędach i tak dalej - ale jak czytam książkę, to, do diaska, nie po to, żeby się uczyć na błędach, tylko żeby mieć z tego tytułu (pun intended) jakąś radochę. A już zupełnie nie lubię książek o tematyce wojennej. Inna rzecz poczytać sobie jak jeden złodupiec innemu złodupcowi wypruwa flaki bo tamten krzywo spojrzał na jego cycatą heroinę z mieczem, a zupełnie inna - grzęznąć w masie szczegółów opisujących machinę do zabijania milionów.
Średnio bawią mnie też opowieści z gatunku historia alternatywna. Co byłoby, gdyby Rosjanie wygrali drugą wojnę? Gdyby Einstein zmarł za dzieciaka na suchoty? Gdyby sterowce przetrwały do dziś? Albo gdyby wielka asteroida walnęła w Alaskę zamiast w Jukatan?
No więc ja sobie pomalutku wymieniam klamoty, których nie lubię w literaturze, a tu nagle, cały na biało, wchodzi Richard K. Morgan i wypuszcza "No Man's Land": alternatywna historia fantasy, której akcja toczy się tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Czyli wszystkie wymienione wyżej składniki wymieszane ze sobą tak, że w zasadzie gwarantują, że nawet jeżeli jakimś cudem wystartuję z lekturą, odłożę ją po maksymalnie 20-30 stronach.
No ale.
Morgan jest autorem mojego ulubionego "Altered Carbon", napisał też "Thirteen", "Thin Air" i parę innych genialnych powieści, dlatego postanowiłem zaryzykować... i wsiąkłem. Kompletnie, totalnie, do imentu, wessało mnie bardziej niż Trójkąt Bermudzki.
Akcja książki toczy się w 1923 roku w Wielkiej Brytanii. Duncan Silver jest weteranem wojennym. Las (pisany z wielkiej litery) wyrósł praktycznie wszędzie w ciągu zaledwie doby. W Lesie mieszkają różne stwory. Na przykład Huldu, ogromni, nieśmiertelni wojownicy podbijający kolejne połacie lądu. To znaczy z tą nieśmiertelnością to jest tak, że oni się po prostu nie starzeją, ale jak się im wrazi w rzyć odpowiednio dużo żelaza, sczezną jak każdy. Albo władające magią Fae, kradnące czasem dla zabawy ludzkie dzieci, podrzucające w zamian "podróbki" zachowujące się identycznie, ale "zużywające się" po paru latach.
Duncan jest weteranem wojennym. Teraz para się ratowaniem ludzkich dzieci z rąk Fae. Udało mu się rozpracować niektóre tajemnice Lasu, nabrał też wprawy w zabijaniu Huldu. Opowieść zaczyna się w miejscu, w którym Irene Rush zaczyna podejrzewać, że jej córka Mimi została porwana - a raczej podmieniona. Duncanowi wystarcza kilka sekund rozmowy z podróbką Mimi, żeby potwierdzić te obawy. Obiecuje odzyskać dziewczynkę.
W tle ciężka sytuacja powojenna. Jakby magiczny Las z morderczymi Huldu to było za mało, kraj zmaga się z kryzysem. Żołnierze powracający z frontu często cierpią na PTSD, są agresywni lub osowiali, do tego wszystkiego trudne warunki materialne oraz świadomość, że ojczyzna marzeń, o którą się tak zajadle walczyło i umierało, w rzeczywistości jest smętna, zimna i szara. I biedna.
Czytając "No Man's Land", przez pierwsze strony byłem kompletnie zaskoczony bogactwem języka. Nie było całkiem łatwo - owszem, co prawda używam języka Yeatsa na co dzień od ponad 20 lat - ale jednak tu mamy do czynienia z lekko archaiczną wersją angielszczyzny, w dodatku szczodrze przyprawioną naleciałościami szkockimi.
Rzućmy okiem na ten króciutki fragment:

Nie każdemu może się podobać takie malowanie słowem. Ja jednak jestem zachwycony! Przyjrzyjmy się bliżej:
Awright = All right.
Whit ye up tae? = what are you up to?
Oh aye = oh yes
wiz it? = was it?
tae = to
wouldnae dae = wouldn’t do
peerage: tu jest wielowarstwowo. Samo "peerage" oznacza stan szlachecki, w tym kontekście należy to rozumieć jak "nie zrobiłbym tego nawet gdybyś był w stanie zrobić ze mnie szlachcica / lorda / barona"
Niektóre fragmenty wymagają nie tylko tłumaczenia z pisowni "szkockawej" na angielską, ale dodatkowo znajomości tła historycznego. Ponieważ ta ostatnia u mnie kuleje okrutnie, parę razy trochę "oszukałem" i poprosiłem elemelka o interpretację. Na przykład tutaj:

Sam fakt, że dziewczyna Duncana ma na imię Niamh (czytamy: Niiw) wystarcza, żeby wzbudzić podejrzenia o związki z irlandzkimi republikanami; w końcu przejmuje ją Special Branch.
No więc język, to jedno. Ale jest też kupa innych drobiazgów, które sprawiają, że książkę czyta się z czystą przyjemnością. Na przykład to, że chociaż postaci jest wiele, nie zlewają się one w jakąś szarą masę, każda błyszczy czymś indywidualnym. Albo teraźniejszość przeplatająca się z migawkami z wojny, wstawionymi umiejętnie dokładnie tam gdzie trzeba. Sekwencje walki wręcz. Nawet rozgrywki polityczne opisane są na tyle interesująco, że zamiast zwyczajowo przelatywać je na fast forward, czytałem uważnie.
Końcówka zaskakująca, satysfakcjonująca, nie całkiem zamknięta. Jeżeli Autor kiedykolwiek zdecyduje, że warto dopisać ciąg dalszy, ma otwartą furtkę.
W posłowiu dowiadujemy się, że to jest pierwsza książka w dorobku tego pisarza pisana z chęci opowiedzenia konkretnej historii, a nie pod rynek wydawniczy i publikę. I tę radość tworzenia czuć między wierszami. Widać, że Morgan bawi się słowem i że sprawia mu to czystą przyjemność. Duży nacisk położono też na realia historyczne. Szczegóły broni i amunicji, techniki walki wręcz, wszystko to zrealizowane naprawdę solidnie. Widać, że Autor nie tylko zbudował solidną opowieść, ale poparł ją bardzo szczegółowymi studiami epoki.
Moja prywatna ocena: 11/10, ale można śmiało zabrać jeden punkt za stronniczość...
Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.