Ekonomiczne banialuki

Niedawno na jednym z blogów natrafiłem na interesujący (i chyba kompletnie nierealny) pomysł: uczelnie powinny być darmowe dla studentów. Przychody uczelni powinny pochodzić wyłącznie z dziesięcioprocentowego podatku, który obowiązkowo płaciliby wszyscy absolwenci uczelni od swojego dochodu przez pierwszych dziesięć lat po otrzymaniu dyplomu. Dzięki temu – w teorii – uczelnie kształcące na wyższym poziomie wypuszczałyby „lepszych” absolwentów, a więc – znów w teorii – zarabiałyby więcej kasy.

Oczywiście przy założeniu, że wykształcenie w jakikolwiek sposób rzutuje na zatrudnienie… Znane są przypadki, kiedy gość po maturze kręci lepsze biznesy, niż facet z piętnastoma fakultetami (bo na przykład ma a. charyzmę oraz b. samozaparcie). Osobiście znam co najmniej jednego człowieka, który nie skończył podstawówki, a pracuje w zawodzie, który sprawia mu frajdę i bardzo dobrze przy tym zarabia.

Ale takie przypadki, chociaż dobrze okrzyczane przez zawsze głodne sensacji media, na ogół siedzą na krawędzi gaussowego dzwona.

Oczywiście pomysł ów można by (i trzeba by!) nieco skomplikować: a co jeżeli delikwent studiował trzy lata tu a potem jeszcze dwa lata tam? A co jeżeli znalazł pracę na uczelni? A co jeżeli w danym kraju większość dobrze płatnych zawodów wymaga DOWOLNEGO wykształcenia, włączając kierunki kompletnie niezgodne z profilem zawodowym? A co jeżeli ów nieudacznik wyjedzie zaraz po studiach zagramanicę na zmywaque, bo mu świerzop niemiły? Albo nie ukończył studiów, bo dostał pałę z dzięcieliny?

Tyle pytań, tak mało czasu…

Sprawdź też

Akupresura na wakacjach

O kupowaniu opasek przeciwko chorobie lokomocyjnej

Siedem lat blogu

Jak ten czas leci...

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
lacki2000 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
lacki2000
Gość
lacki2000

Całkiem trafny tytuł bo już pierwsze zdanie jest sprzeczne z drugim :] Gdyby tak zrobić to kombinowania byłoby sporo (w sensie szarej strefy, student oficjalnie zarabia złotówkę, z tego 10gr płaci na alma mater, resztę dostaje pod stołem). Jest jeszcze kwestia dostępu do danych. Zapewne pośrednikiem byłby US, który za darmo by tego nie robił, koszty ściągania tych 10gr byłyby nieporównywalnie wyższe.
Najprostsza metoda to dobrowolna płatna edukacja (ewentualnie jakieś szkoły gminne klas 1-3 zasilane z darowizn i lokalnych podatków).

%d bloggers like this: