Mjut

Niedawno udało nam się w końcu przenieść domowe biuro do osobnego pokoju. Rozwiązanie nader wygodne, człowiek może się zamknąć na cztery spusty na klamkę i skupić na oglądaniu śmiesznych kotów na pracy bez ryzyka, że wlezie mu do biura kot / pies / tłum chłopów z pochodniami / etcetera.

Dodatkowa zaleta osobnego biura jest taka, że można w nim uczestniczyć w telekonferencjach przez telefon / Skype / itd bez ryzyka, że w kadr wlezie nam skąpo przyodziany współmałżonek bądź też jakiś inny stwór. Co drzwi to drzwi!

W biurze przydałby się też telefon, i tu zaczyna się akcja właściwa dzisiejszej opowieści. Otóż zaraz na początku naszego pomieszkiwania w Newbridge (o przeprowadzce można sobie poczytać tutaj: !klik!) zainstalowaliśmy sobie wzmacniacz sygnału GSM, ponieważ chatka nasza stoi w radiowej dziurze i żeby złapać pół kreski na komórce dowolnego operatora trzeba się nieźle nahasać. O tym wzmacniaczu zresztą też już pisałem: !klik!.

Zewnętrzna antena tego wzmacniacza jest przytwierdzona do rynny, bo akurat po tamtej stronie jest najbliższy maszt operatora. Rynna jest tuż przy granicy posesji, a zaraz za miedzą jest podwórko sąsiada, który niedawno postanowił postawić sobie dodatkowe zadaszenie na metalowym szkielecie, który to szkielet z kolei skutecznie blokuje sygnał od BTS-a. No i wróciliśmy na początek drogi: komórka nie działa, chyba że się wyjdzie na zewnątrz.

Ponieważ *jakiś* telefon w domu mieć trzeba, a komórka działa jak działa (czyli wcale), postanowiliśmy wziąść byka za rogiem i cofnąć się z powrotem wstecz do tyłu nazad i uruchomić telefonię stacjonarną. Szybka rozmowa z lokalnym miłościwie panującym nam dostawcą łącza internetowego w celu uaktywnienia usługi (nie trzeba było – okazało się, że aktywują telefon domyślnie każdemu klientowi bez dodatkowych opłat), potem odwiedziny w PowerCity, gdzie za kilkadziesiąt Jerzych nabyliśmy w drodze kupna niezbyt wyszukany, za to cieszący się dobrymi opiniami zestaw telefoniczny japońskiej firmy, której nazwa kojarzy się nieco z pasikonikiem (ale nie Pasiconix, to była zupełnie inna historia: !klik!) i chwilę później już podpinałem kabelki gdzie trzeba.

Telefon faktycznie zaczął działać od razu po podłączeniu, dalejże więc obdzwoniliśmy parę osób chwaląc się nowym numerem, po czym zabraliśmy się za testowanie bardziej zaawansowanych opcji, czyli głównie tego, jak miałoby wyglądać wzdzwanianie się w połączenie konferencyjne.

Samo wdzwonienie się to nie problem. Problem pojawia się, kiedy trzeba spędzić pół albo półtora godziny z telefonem przy uchu. Boli ręka, boli ucho. Wiadomo.

Słuchawek podłączyć się nie da, bo nie.

Ale jest opcja głośnomówiąca!

To by w zasadzie załatwiło sprawę, bo słuchawka sobie leży na biurku, my w tym czasie możemy obiema rękoma operować klawiaturą, myszą i kubkiem z kawą, wszystko słychać elegancko w obie strony…

No właśnie. Słychać.

Nie żebyśmy prowadzili tartak czy zakład testowania używanych zestawów perkusyjnych; w domu jest w ciągu dnia na ogół całkiem cicho. Jednak czasem przydałoby się móc odciąć na chwilę mikrofon, żeby, dajmy na to, puścić głośnego bąka czy też wydrzeć się na gościa za oknem, żeby wyłączył kosiarkę. Tymczasem jednak żaden z przycisków na słuchawce nie miał ikonki wyłączenia mikrofonu.

Zatem dupa.

I wtedy stało się coś, o czym dotychczas tylko czytałem w starych, zakazanych  księgach: Żonka moja sięgnęła…

Nie, nie przejdzie mi to przez usta klawisze.

.. sięgnęła po INSTRUKCJĘ OBSŁUGI.

I wiecie co? Kurdę, zadziałało 😉 Okazuje się, że instrukcje obsługi nadają się nie tylko do palenia nimi w piecu tudzież układania branżowych dowcipów.

Okazuje się, że do wyłączenia mikrofonu w trakcie połączenia służy jeden z dwóch klawiszy programowalnych, tych takich tuż pod wyświetlaczem. Co prawda ikonka, która się przy nim wyświetla, przypomina mikrofon w takim stopniu, w jakim kostka zjełczałego masła przypomina igłę do maszyny Brother, ale jednak da się.

Ha.

 


Zapisz się
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
3
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x