Dureń

Wbrew pierwszemu wrażeniu, dzisiejszy wpis nie jest autobiografią autora blogu.

Będzie o prostej karciance, w którą grywałem kiedyś, za czasów wczesnej gąsienicy, a w którą grać nauczyła mnie mieszkająca podówczas z dziadkami starowinka imieniem Stefania, o której może kiedyś napiszę coś więcej, bo to barwna postać warta epigramatu.

Skupmy się jednak na durniu („durak” jak mawiała p. Stefania. „W duraka igrać chce, a?”)

Gra się we dwie osoby, talią identyczną jak w Tysiąca, a więc od dziewiątek w górę, bez dżokerów.

Dziesiątki są w rankingu zaraz za dziewiątkami, czyli: 9, 10, W, D, K, A.

Celem gry jest pozbycie się swoich kart. Kto na koniec gry pozostanie z kartami w ręku – przegrywa. Możliwe są remisy.

Na dzień dobry jeden z graczy tasuje talię i rozdaje po pięć kart. Jedenastą kartę odkrywa i kładzie nieco z boku, a na niej, prostopadle, żeby nie była w całości zakryta, kładzie stosik pozostałych trzynastu kart.

Kolor tej odkrytej karty to atut w bieżącym rozdaniu.

Jeżeli zaraz po rozdaniu kart któryś z graczy ma dziewiątkę w kolorze atutowym, może ją sobie wymienić na tą kartę ze stołu.

Teraz zaczyna się gra właściwa.

Gracz, który ma kolej na ruch (zaczyna gracz, który nie rozdawał), wykłada na stół jedną, trzy lub pięć kart, obrazkami do góry.

Uwaga: nie wolno wyłożyć więcej kart, niż przeciwnik ma w danej chwili w ręku. Jeżeli pod koniec gry przeciwnik ma, dajmy na to, tylko cztery karty, można do niego zagrać jedną lub trzema. Jeżeli ma dwie – tylko jedną.

W przypadku wyłożenia trzech kart dwie z nich muszą być parą, a więc mieć taką samą wartość, na przykład (D, D, 10) albo (W, 9, 9). W przypadku wyłożenia pięciu kart – dwie z nich muszą być parami, np. (9, 9, W, W, A) albo (D, D, K, K, 9).

Przeciwnik podejmuje próbę zbicia tej karty (lub kart), każdej z osobna. Zbić można albo kładąc na daną kartę kartę wyższą w tym samym kolorze, albo atut.

Załóżmy na przyład, że gracz położył damę kier, a atutem są trefle. Przeciwnik może zbić tę damę królem kier, asem kier lub jakimkolwiek atutem (o ile go ma rzecz jasna).

Uwaga: bicie nie jest obowiązkowe. Gracz może zdecydować, że nie opłaca mu się bić karty (lub kart).

Karty zbite zostają odłożone na bok (nie będą już brały udziału w tym rozdaniu), a gracze dobierają karty ze stosu tak, aby mieć w ręku pięć kart (lub mniej, jeżeli na stosie nie ma już kart).

Jeżeli wszystkie karty zostały pobite, kolej przechodzi na drugiego gracza (tego, który bił). Jeżeli chociaż jedna karta nie została pobita (bo gracz bijący nie miał możliwości zbicia wszystkich kart lub zdecydował, że nie chce ich bić), kolejną rundę rozpoczyna ten sam gracz, co przedtem.

Ponieważ w kupce jest na dzień dobry tylko czternaście kart, kończą się one dość szybko. Gracz, który został z kartami w ręku, przegrywa; przeciwnik może sobie dopisać punkt (jeżeli grają na punkty), przegrany rozdaje do kolejnej partii, i apiat’ od nowa aż się gra znudzi.

Jeżeli jednak w ostatnim zagraniu przeciwnikowi udało się pobić wszystkie karty (nie zdarza się to zbyt często, ale jednak się zdarza) w taki sposób, że nie pozostalo mu nic w ręku, mamy remis. Nie pamiętam, co przepisy mówią w takiej sytuacji o tym, kto rozdaje w kolejnej partyjce – można jednak roboczo przyjąć, że rozdaje ten, który nie rozdawał poprzednio. Albo rzucić monetą.

Uwaga końcowa: napisawszy powyższe zajrzałem sobie na Wikipedię w celu upewnienia się, że niczego nie pokręciłem. I co się okazało? Pani Stefania najwyraźniej nauczyła mnie jakiejś bardzo, ale to bardzo nieistniejącej odmiany gry 😉 A może jest to jakaś inna gra, a p. Stefanii się pomerdały nazwy? W każdym razie „oficjalny” Dureń jest grą maksymalnie sześcioosobową, graną dłuższą talią, bez remisów… a, co ja się będę produkował, tu link do Wiki: https://en.wikipedia.org/wiki/Durak

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xpilToni Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Toni
Gość

Chociaż bardziej wolałbym biograficzny opis autora😉 to artykuł okazał się miłym wspomnieniem dzieciństwa. Żarcik oczywiście. Nigdy bym nie pozwolił sobie na określenie kogoś mianem durnia.😀

Może kiedyś grywałem i w durnia, ale najczęściej z kolegami z podwórka i klasy grywaliśmy w tzw. „pana” ale bardziej określany wylgaryzmem, którego pozwolę sobie nie przytoczyć w całości, (c**j).
Od dzieciństwa miałem ten przywilej, że moja mama bardzo lubiła kry w karty, najczęściej graliśmy w Remika, któremu mówiliśmy Brydż, gdzie po latach dowiedziałem się, że to coś innego, do ulubionych i „szybkich” gier należało też Makao.
Dziś mam mało okazji do gry, ale mam kilku znajomych, z którymi zagramy w Remika, któremu tu w Czechach mówią: „žolik”.
W wolnej chwili zerknę czy nie masz też innych instrukcji do gier.😉

%d bloggers like this: