Na wyścigi

Tego Dużego Wyścigu z czasem nikt nie wygra. Mówią, że podobno już urodził się pierwszy człowiek, który dożyje tysiąca lat, ale w sumie to co z tego? Tak czy siak prędzej czy później, wiadomo.

Ale takie malutkie wyścigi wygrywa się całkiem przyjemnie.

A było tak:

Kilka dni temu, jak co dzień usłyszałem pikanie budzika. Aha, myślę, szósta rano. Czas na gaz.

Pociąg mam punkt siódma rano. Wstanie o szóstej pozwala mi na kulturalne ubranie się, jakieś ablucje po drodze, jakąś kanapkę z serem wciągnąć, herbatę wypić, na spokojnie wyjść z domu gdzieś między wpół do a za piętnaście, dojechać na dworzec…

No ale tamtego poranka stwierdziłem, że przymknę oko dosłownie na minutkę.

Minutka minęła. Otwieram oko…

O ŻEŻ K.. tego, znaczy się, wiadomo.

6:47

Myśl, że mam 13 minut żeby zdążyć na pociąg działa lepiej niż wylana pod nos butelka amoniaku.

Wstanie z łóżka zajęło mi jakieś 3 sekundy.

Wciągnięcie na tyłek spodni, a na grzbiet koszuli – może z minutę albo półtora.

Aha, jeszcze skarpetki. Szlag.

shitshitshitshitshitshit myślę sobie, nie zdążę, jak bonie dydy nie zdążę.

Galopem po schodach na dół, łapię kurtkę, butów nie sznuruję, torba z laptopem pod pachę, galop do auta. Wsiadam, odpalam.

O ZEŻ K… znaczy, tego. Szyba oblodzona.

Patrzę na zegarek: 6:52. Osiem minut. shitshitshitshitshit…

Wyskakuję, wyciągam z kieszeni portfel, z portfela pierwszą lepszą kartę plastikową, w panice szoruję szybę z lodu. Schodzi, acz niechętnie. Dobra, jest lufcik, musi wystarczyć. Wskakuję do auta, chowając w międzyczasie kartę do portfela a portfel do kieszeni.

Odpalam, widzę drogę w miarę dobrze. Boczne szyby zarośnięte szronem – otwieram do oporu, ruszam. Adrenalina rozgrzewa mnie wystarczająco.

6:54.

Normalnie dojechanie na dworzec zajmuje mi około pięciu minut.

Dojechałem w cztery, prawie nie łamiąc przepisów o ograniczeniu prędkości (wszędzie są progi spowalniające, więc nawet jak się człowiek już rozpędzi do tych 60km/h, już musi hamować jeżeli nie chce stracić podwozia).

Skręcam na parking. Parkuję. Wyskakuję z auta.

6:59.

Widzę, że pociąg jeszcze stoi. Galopuję przez budynek stacji, na szczęście to pierwszy peron, nie muszę pokonywać schodów między peronami.

Jestem dosłownie metr od tylnych (ciągle jeszcze otwartych) drzwi ostatniego wagonu, kiedy pociąg wydaje charakterystyczne „truuu-tutu”.

Wchodzę do wagonu. Zamykające się za mną drzwi ocierają mi się o plecy. Czuję się trochę jak Fileas Fogg w swojej ostatniej minucie podróży.

Błogosławię aplikację APCOA, która pozwala mi na zakupienie biletu parkingowego z telefonu, co czynię o 7:01, z już jadącego pociagu.

No i po cholerę ja wstaję codziennie o tej szóstej, skoro widać jak na dłoni, że mógłbym wstawać o 6:47?

Ha.

Dodaj komentarz

avatar
Obrazki i zdjęcia
 
 
 
Filmy
 
 
 
Inne
 
 
 
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: