Wróbla Ćwirka przygód kilka

Wbrew szumnym zapowiedziom pesymistów meteo, zimy w tym roku w Irlandii jak na lekarstwo. Śnieg widziałem tylko przez jeden poranek, i to króciutko bo się zaraz roztopił. Rok wcześniej było pod tym względem dużo ciekawiej 😉

Skoro więc nie ma zimy, opowiem dziś o dwóch zimowych przygodach sprzed parunastu lat.

Pierwsza przygoda przytrafiła mi się w okolicach połowy lat 90. Otóż mam wuja. Wuj jest zawodowo kierowcą, i był nim przez całe życie. Jeździł karetkami pogotowia, TIR-ami, autobusami komunikacji miejskiej, dalekobieżnym PeKaeS-em, a teraz, na stare lata, znów hula TIR-ami gdzieś po zachodzie Europy.

Wujo ów zrobił w życiu za kółkiem grubo ponad półtora miliona kilometrów (to ponad 120 kilometrów dziennie, średnio licząc). Umie robić prawdziwe cuda ze spalaniem. Za młodych czasów, gdy woził PKS-em pasażerów między Trójmiastem a Łodzią, potrafił na siedmiusetkilometrowej trasie spalić paliwa za 150-200 złotych poniżej normy. Facet „czuje” drogę, umie wykorzystać najmniejszą pochyłość. Magik.

Pewnego zimowego dnia jechaliśmy starym Fordem Escortem z miejscowości A do miejscowości B, oddalonych od siebie o jakieś 7 kilometrów. Zima była sroga. Wujo prowadził. Trasa dość kręta, za to bez większych pochyłości. W jednym miejscu droga zakręca prostopadle w lewo, żeby po około trzystu metrach zakręcić prostopadle w prawo. Pierwszy zakręt jest bardzo ostry (w zasadzie dałoby się tam przyłożyć ekierkę do wewnętrznej krawędzi szosy), drugi nieco łagodniejszy.

Droga była pokryta cienką warstewką ubitego śniegu. Nie lód, więc przyczepność powyżej zera, ale jednak ślisko jak diabli.

Na pierwszym zakręcie lekko zarzuciło tyłem. Wujo wykorzystał resztki przyczepności, skontrował kierownicą, wyprostował i było fajnie – ja bym pewnie już dawno siedział w rowie, ale on, fachura, spojrzał tylko na moją wystraszoną twarz, powiedział, że przy tej prędkości nic się nie ma prawa stać (jechaliśmy może z 10 km/h), zwłaszcza jak on siedzi za kółkiem.

Niestety, drugi zakręt Wuja zdradził. Otóż pod śniegiem była tam warstewka lodu. Wujo, zapewne chcąc pokazać swemu siostrzeńcowi jak wspaniale potrafi kontrolować poślizg, wszedł w zakręt ciut za ostro. Myślę, że mieliśmy około 15 km/h.

Potem to już było bardzo szybko. Wujo machnął rozpaczliwie kierownicą raz i drugi, ale na lodzie to sobie można machać… Wylądowaliśmy z głośnym hukiem w rowie po lewej stronie drogi. Na szczęście rów był płytki, dość szeroki – no i nic akurat nie jechało z naprzeciwka. Na nieszczęście, auto zawiesiło się miską olejową na jakimś kamieniu i trzeba było wołać lokalnych po pomoc.

Nic się nikomu nie stało. Od tamtej pory zapamiętałem sobie starą prawdę kierowców, że na śliskim lodzie nie przykozaczysz, choćbyś był nie wiem jak dobrym kierowcą.

Druga przygoda przydarzyła mi się rok albo dwa lata później, jak już miałem własne prawko. Również ostra zima, jakiś wczesny świąteczny poranek więc zero ruchu, droga trzeciej kategorii (wąsko, dziurawo i w dodatku totalne zadupie). Śnieg i lód na całej trasie, więc 10 km/h, turlamy się.

Godzina mniej więcej siódma rano. Szarawo. Prosty odcinek drogi z górki (może z pół kilometra), na dole delikatny zakręt w lewo i zaraz za zakrętem pod górkę. Z lewej strony, na całej długości, zalesione wzniesienie. Z prawej też las, ale ostro w dół więc jakby się człowiek ześlizgnął, dupa blada. Zero pobocza.

Z górki zjechałem. Na zakręcie zwolniłem prawie do zera, bo ślisko jak diabli. Pod górkę… No i się zaczęło. Podjechać nie dało rady, bo śnieg z lodem. Rozpędzić się nie dało rady przez ten zakręt na dole. Utkwiłem tam na dobre. Przez ponad dwie godziny próbowałem wyjechać (to w jedną stronę, to w drugą), ale ni chu-chu. Raz mi się prawie udało, ale zabrakło mi przyczepności ze 100 metrów przed końcem wzniesienia i znów musiałem sturlać się w dół.

Przez cały ten czas nie przejechał tamtędy ani jeden samochód. Do najbliższej wiochy było z pięć kilometrów, nie uśmiechało mi się iść w mrozie, tym bardziej że optymistycznie nie ubrałem nic ciepłego.

Miałem już wtedy telefon komórkowy (Siemens S55) z WAP-em i wyszukiwarką. Dodzwoniłem się do jakiegoś faceta, który wg Google powinien mieć odpowiedni sprzęt – faktycznie miał, ale nie chciał przyjechać, bo to wcześnie rano, bo trzeba daleko jechać, bo Święta… Zapytałem go o stawkę. Wyszło, że musiałbym mu zapłacić ze 200 złotych wedle cennika. Zaproponowałem mu 300. Powiedział, że oddzwoni za chwilę.

Oddzwonił za 10 minut, że już jedzie 😉

Przyjechał z lawetą i wyciągarką. Podczepił mnie na hol i zaczęliśmy się turlać pod górkę. Niestety, było tak ślisko i stromo, że też nie mógł podjechać 🙂 Bylibyśmy tam utkwili gdyby nie wyciągarka. Facet podczepił linę wyciągarki do drzewa na górze i – ze mną na lawecie – wciągnął się na tej linie, metr po metrze.

Zaraz po tym jak wyjechaliśmy z tej cholernej dolinki, wyprzedził nas okoliczny traktor. Zakląłem szpetnie, bo traktorzysta zadowoliłby się flaszką a tak musiałem wybulić holowniczemu żywą gotówkę. No ale cóż, takie życie.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Wróbla Ćwirka przygód kilka"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

;P

agnieszka_sto
Gość

:))))

Uwielbiam takie przygody. Nie lubie tylko mrozu. 🙂

butter
Gość

"Im lepsza terenówka tym dalej trzeba iść po traktor"

wpDiscuz