Jest przełom lat 1987-1988. Bobby McFerrin, genialny wokalista jazzowy, szanowany przez kolegów po fachu, nie wie jeszcze, że właśnie nagrany przez niego kawałek Don't Worry, Be Happy będzie już wkrótce jego finansową lokomotywą oraz źródłem wielkiej sławy. Sukces! Tylko że od tej pory McFerrin stał się artystą jednego hitu, przynajmniej w oczach zwykłych zjadaczy głośników. Potem wielokrotnie odmawiał wykonywania tego kawałka na żywo, na koncertach. Znielubili się, piosenkarz z piosenką.
Wynalazłszy ową przedwczesną hakunę matatę, McFerrin jakby zniknął na parę lat. W rzeczywistości koncertował, jeździł z orkiestrami (symfonicznymi nawet!) i pięknie śpiewał, ale w wizji większości świata McFerrin == Don't Worry, Be Happy. Koniec, kropka.
Jest rok 1982. Mało znany szwajcarski harfista nagrywa album Caverna Magica, który rok później ląduje na 11. miejscu niemieckich list przebojów. Dwa lata później jego White Winds jest już globalnym hitem. W 1987 roku Andreas Vollenweider otrzymuje Grammy za Down to the Moon, album nagrany trzy lata wcześniej. W 1992 zostaje uhonorowany World Music Award. Geniusz harfy elektroakustycznej, eksperymentator instrumentalny, wielki fan improwizacji.
W 1999 roku Vollenweider zaczyna pracę nad albumem Cosmopoly. Zaprasza do współpracy pięciu muzyków. Jednym z nich jest Bobby McFerrin.
Trzeci na liście jest utwór „Elle Chelle”. To zarazem pierwsza z trzech piosenek nagranych z McFerrinem. Atmosfera w studiu była bardzo rozluźniona, Bobby spacerował tu i tam, oglądając przeróżne instrumenty Andreasa. „A to tutaj, co to jest?” — zapytał w pewnej chwili, wskazując na chińską harfę Gu-Cheng.
Bez żadnego planu, wstępnej kompozycji, przygotowań czy powtórek - ot tak, po prostu z marszu i na pełnym luzie - obaj artyści zaczęli muzyczny dialog. Cztery minuty później na taśmie studyjnej pojawiło się nagranie piosenki „Elle Chelle”. Panowie po prostu świetnie się bawili, uzupełniając się nawzajem, tworząc słowa i melodię z powietrza.
Gu-Cheng to nie jest „standardowy” instrument Vollenweidera. Słychać w nim metaliczne podźwięki, płynne glissanda i delikatne rezonanse. W odpowiedzi McFerrin buduje przepiękną wokalizę, używając zaimprowizowanego języka pełnego dźwięcznych sylab. Turla się tym swoim niesamowitym głosem przez oktawy w tę i we w tę - coś wspaniałego. Żadnego ego, żadnej sterylnej postprodukcji. Żywioł, geniusz i czysta frajda.
Słucham tego kawałka regularnie już od jakiegoś czasu i nasłuchać się nie mogę 🙂
Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.