Wpis - zapychacz. TLDR: Działało, potem się popsuło, a teraz znów działa i nikt nie wie czemu.
Jednak czytasz dalej?
Laptop Młodego pamięta lepsze czasy. Nie żeby zaraz jakieś dinożarły, jest tam jakaś biedna NVidia na pokładzie i w miarę przyzwoity procesor, ale mechanicznie jest sponiewierany dość mocno. Część tylnej listwy jest połamana i trzyma się na taśmę klejącą. Nie wszystkie klawisze reagują. Głaskadełko też ledwo zipie. Wymieniłem mu swego czasu wentylatorki na nowe, ściągnięte z Aliexpress, bo stare hałasowały niemożebnie. Jest więc w miarę cichy. Ogólnie jednak - nie wygląda.
Ale działa!
To znaczy, działał. Parę dni temu, bez ostrzeżenia, maszynka się zrestartowała i pokazała menu UEFI z dwoma starymi Linuksami (które kiedyś były tam zainstalowane), Windowsem i wejściem do BIOS-u. I nic się nie chciało uruchomić poza BIOS-em, który działał normalnie. Wyłączanie i włączanie niewiele dawało. Próba odpalenia Windows Recovery z USB kończyła się czarnym ekranem. Próba odpalenia Linuksa z USB kończyła się równie czarnym ekranem - i to niezależnie od tego, czy Linuks był graficzny czy stricte tekstowy.
Noż kurdę.
Wziąłem swój malutki komputerowy śrubokręcik i dalejże odkręcać dolną klapę. Trochę się napociłem, bo śrubki nie były ruszane od ho-ho albo i dawniej, ale jakoś się w końcu udało. Poległem za to na śrubce mocującej dysk SSD w gnieździe M.2. Mimo dziesięciu różnych końcówek śrubokręcik nie dał rady. Za duży.
Zadzwoniłem zatem do mieszkającego nieopodal znajomego, który w młodości na reanimacji pecetów zjadł zęby i ma do dzisiaj całkiem pokaźną kolekcję narzędzi wszelakich. Gość z rodzaju tych, którzy potrafią hobbystycznie ściągnąć za grosze z zagranicy niedziałający magnetofon Technics, a potem pracowicie szukać uszkodzonej ścieżki z miernikiem w ręku i instrukcją wydrukowaną na A3, przelutować co trzeba, a wszystko po to, żeby odsłuchać starej kasety T-Love.
Znajomy najpierw objechał mnie z góry na dół za to, że trochę rozwierciłem tę nieszczęsną śrubkę, ale potem sięgnął do czarodziejskiego pudełka, wyjął magiczny śrubokręcik i śrubkę w trymiga wykręcił. A na koniec jeszcze poczęstował herbatą.
Po powrocie do domu przełożyłem dysk do swojej linuksowej maszynki, zaglądam - wszystko niby jest jak trzeba, zwykła windowsowa partycja ze zwykłymi windowsowymi plikami, żadnych sensacji. Mnożąca macierze papuga potwierdziła, że niczego nieprawidłowego nie widzi, partycja EFI sprawna, żadnych hopsztosów.
Podłączyłem zatem dysk z powrotem do laptopa, włączyłem maszynkę z zamiarem zresetowania systemu, ale - o dziwo - system po prostu wystartował, jakby nigdy nic.
Hipoteza robocza #1: kontroler dysku potrzebował odsapki, odłączenie dysku zresetowało jakiś obwód, wyzerowało jakiś kondensatorek czy inne cóś.
Hipoteza robocza #2: kontroler się zawiesił na poziomie mikroinstrukcji, odłączenie dysku go zresetowało, wiadomo.
Hipoteza robocza #3: styki się roztentegowały, sygnał zanikł, odłączenie i ponowne podłączenie dysku przetarło ścieżkę.
Niczym lekarz na widok nieznanej choroby mogę tu teraz zacząć rzucać mądrymi słowami i hipotezami na lewo i prawo, ale i tak wiadomo, że nic nie wiadomo. Mógłbym dalej testować i eksperymentować, ale po co? Będę się martwił, jak znów coś padnie, co może nastąpić jutro albo za pięć lat.
Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.