Większość literatury SF starzeje się moim zdaniem brzydko. Pisarze wymyślają cuda na kiju, jakieś kolonizacje Marsa, jakieś latające samochody i mordercze roboty, a potem przychodzi rzeczywistość i okazuje się, że można sobie te wszystkie wróżby wetknąć w zadek, bo w międzyczasie pojawiło się parę technologii, których gryzipióry zwyczajnie nie mogły przewidzieć.
Pomijam tu Lema, który poprawnie przewidział Internet, Kindle, VR i parę innych drobiazgów.
Na tym tle wydany w 1992 roku "Snow Crash" Stephensona wypada, uważam, całkiem niczego sobie. Owszem, jest tam kilka archaizmów, Internet wtedy dopiero raczkował i ciężko było przewidzieć, w którą stronę eksploduje - ale nie przeszkadza to jakoś szczególnie. Wystarczy odrobinę zmrużyć wzrocza. Co jednak ważne - niektóre wizje Stephensona są dziś niepokojąco aktualne.
Ogólny koncept jest taki, że świat znajduje się w stanie głębokiego rozpadu geopolitycznego. Państwa istnieją bardziej chyba z rozpędu niż z rzeczywistej potrzeby, większość usług publicznych jest sprywatyzowana, a funkcje tradycyjnie należące do rządów przejęły korporacje, mafie i rozmaite inne bandziory.
Trzyliterowe agencje - po nieznacznej zmianie paru literek - dalej próbują robić swoje, ale już nie pod płaszczykiem rządu, tylko dla starego, dobrego zarobku. CIA na przykład nazywa się teraz CIC i zajmuje się handlowaniem informacją, co nie różni się zresztą zbytnio od naszej obecnej rzeczywistości 😉
Demokracja i prawa obywatelskie poszły na boczny tor. Wszystko jest na sprzedaż, wszystko jest franczyzą, każdy skrawek ziemi może mieć własne przepisy, własną flagę, walutę, policję i pomysł na to, co wolno, a czego nie.
Do tego dochodzi wirtualna rzeczywistość pod nazwą Metaverse - niemająca jednak nic wspólnego z Markiem Cukrową Górą. W Metaverse ludzie spotykają się, bawią, handlują, pracują, prowadzą interesy i generalnie robią większość tego, co zwykle robią ludzie, kiedy nie muszą akurat spać albo jeść. Przypominam, Stephenson wymyślił Metaverse w latach 90. - chyba już wiem, kto od kogo ukradł pomysł na nazwę swojego produktu.
Głównych bohaterów jest zasadniczo dwoje, choć jakby lekko przechylić głowę, można by się od biedy doliczyć nawet czwórki albo i piątki.
Na pierwszym planie mamy Hiro i Y.T.
Swoją drogą nazwać głównego bohatera książki "Hiro Protagonist" to jakby nazwać kubek "okrągły pojemnik na napój, z uchem". A więc albo oko puszczone do inteligentnego czytelnika, albo chwilowa niemoc twórcza.
Hiro jest hakerem, programistą, mistrzem miecza i freelancerem zajmującym się handlem informacją. Ponieważ jednak z samego hakerstwa trudno wyżyć, dorabia - przynajmniej na samym początku powieści - jako dostawca pizzy na usługach Mafii. I nie, nie jest to żadna przenośnia ani hiperbola. Hiro dostarcza prawdziwe pizze do prawdziwych, zwykłych ludzi, którzy pizze owe zamówili przez telefon. Haczyk jest taki, że Mafia gwarantuje dostawę w ciągu 30 minut od złożenia zamówienia (na każdym opakowaniu pizzy jest wielki cyfrowy zegar odliczający cenne minuty i sekundy). Jeżeli termin zostanie przekroczony, klient otrzymuje olbrzymie odszkodowanie, a oczekiwany czas życia niefortunnego dostawcy zaczyna kojarzyć się z drosophila melanogaster.
Żeby więc zminimalizować ryzyko spóźnienia, mafijni dostawcy wyposażeni są w superszybkie samochody, najnowocześniejszy sprzęt, kombinezony ochronne, systemy nawigacyjne i uzbrojenie wystarczające do poprowadzenia (i wygrania!) niewielkiej wojny. A wszystko po to, żeby przeciętny obywatel mógł dostać swoją quattro formaggi na czas.
Drugą główną bohaterką jest piętnastoletnia Y.T. (skrót od Yours Truly - kreatywność Stephensona w nadawaniu imion swoim bohaterom naprawdę zapiera dech). Y.T. pracuje jako kurierka dla jednej z korporacji logistycznych, coś à la DHL. Porusza się na inteligentnej deskorolce, wyposażonej w specjalną magnetyczną linkę, którą może przyczepić się do dowolnego przejeżdżającego (lub w ekstremalnych przypadkach przelatującego) pojazdu. Dzięki temu nie musi specjalnie przejmować się napędem, paliwem ani ograniczeniami prędkości - musi za to mieć niezwykle czuły zmysł obserwacji i refleks, bo kurierzy nie są zbytnio lubiani przez kierowców.
Tak się książka zaczyna.
A potem... dzieje się. Mamy mnóstwo naparzanki (w realu i w wirtualu), wirusy komputerowe, hakerów, mafię, religijnych fanatyków, gigantyczne korporacje i całe mnóstwo rozważań na temat języków. Zarówno ludzkich, mówionych, jak i komputerowych. Do tego dochodzą starożytne religie, mitologia sumeryjska, genetyka, ekonomia, historia, socjologia i inne inności.
„Snow Crash” to jakby skrzyżowanie cyberpunkowego thrillera z wykładem z historii starożytnej, okraszone solidną porcją satyry społecznej. Autor co chwilę odchodzi od głównego wątku, żeby wyjaśnić czytelnikowi jakiś mniej lub bardziej egzotyczny koncept, po czym wraca do akcji, jak gdyby nigdy nic. Wszystkie te pozornie niezwiązane ze sobą wątki gdzieś tam się potem zazębiają. Historia rozwija się w miarę liniowo, kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsca, aż w końcu dostajemy całkiem satysfakcjonujące gran finale. Szczegółów, jak zwykle, nie zdradzę, żeby nie psuć resztek zabawy.
Stephenson ma też znakomite wyczucie absurdu. Historia jest zasadniczo ponura i bardzo brutalna, ale jednocześnie tak groteskowa, że trudno czytać ją z poważną miną. Mój ulubiony fragment to chyba okólnik dotyczący zarządzania papierem toaletowym w biurowych kibelkach resztek amerykańskiej administracji federalnej. Majstersztyk satyry na biurokrację. Uśmiałem się po pachy i przez chwilę nawet rozważałem wydrukowanie sobie tego fragmentu i powieszenie w biurze na ścianie, ku przestrodze.
Co do starzenia się książek SF... Stephenson niepokojąco trafnie przewidział kupę zjawisk, które obserwujemy na co dzień. Korporacje coraz mocniej ingerujące w codzienne życie obywateli. Prywatyzacja wszystkiego, co się da sprywatyzować. Informacja jako towar. Informacja jako broń. Wiecznie ewoluująca wirtualna rzeczywistość, w której ludzie spędzają kupę czasu i pieniędzy. Pracownicy korpo pod nieustanną presją czasu i wydajności.
Może nie mamy (jeszcze!) mafijnych pizzerii uzbrojonych w Diegtiariowy ani suwerennych osiedli z własnymi armiami - choć przecież coraz więcej widzi się domkowisk z wynajętą ochroną i otoczonych murami, więc coś jest na rzeczy.
Wydaje mi się, że Stephenson bardzo uważnie przyglądał się ówczesnej teraźniejszości i potrafił wyciągnąć z niej przecudnie absurdalne, a jednocześnie całkiem celne wnioski.
Moja prywatna ocena - po pominięciu paru lekko trącących myszą kwestii technologicznych - solidne 9.5 / 10.
Zdecydowanie polecam!
Czy znasz podróż Tichego na planetę Idiontów (podróż 24) oraz Tragedię Pralniczą – to jest zdecydowanie wizja tego, co dzieje się obecnie w sprawie AI.
Znam, jak najbardziej. Tragedia Pralnicza to jeden z moich ulubionych tekstów Wieszcza 😉 A w podróży 24 byli Indioci (a nie Idionci) – chyba żeby się lepiej kojarzyło z egzotycznymi (przynajmniej wtedy) Indiami?