Biurokracja nie całkiem martwa

O urokach irlandzkiej biurokracji.

Jak już wiele razy wspominałem, jednym z powodów mojej emigracji była absolutna niechęć do biurokracji, której w Kraju Orła nigdy nie brakowało, a odważni mogliby nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest jej tam w nadmiarze.

Na Zielonej Wyspie biurokracja jest znacznie mniej bardziej (że posłużę się powiedzonkiem Alicji z Krainy Czarów), co sprawia, że nawet większe przedsięwzięcia, które w Polsce wymagają ciężkiego sprzętu alpinistycznego do poruszania się po hałdach papierzysk, tutaj wyglądają znacznie mniej groźniej. Mniej bardziej.

Temat zresztą poruszałem tu już kilka razy, na przykład tutaj:

Jeden-zero nasi

Albo tutaj:

Rzepka

 

Niemniej jednak jak się tu już trochę pomieszka, odkrywa się od czasu do czasu perełki biurokratyczne, które może nie sprawiają, że człowiek chciałby sobie odpiłować stopę jakimś tępym narzędziem, ale jednak ciut „swędzą”.

Przykład?

Potrzebuję zrobić NCT. Czyli po naszemu przegląd techniczny pojazdu.

Co jest potrzebne do NCT? Oto krótka lista:

  1.  Olej i woda (olej w zbiorniku na olej, woda w zbiorniku na wodę, nie na odwrót!)
  2. Pusty bagażnik oraz siedzenia
  3. W miarę czyste auto (zwłaszcza podwozie)
  4. Sprawny silnik (też im się, kurna, wymyśliło, księżniczki w kuper dziobane, taka ich mać)
  5. Dobrze widoczne wszystkie pasy bezpieczeństwa wraz z klipsami do ich zapinania
  6. Działające światła
  7. Certyfikat VRB (Vehicle Registration Book)
  8. Jakiś dokument identyfikacyjny

No i jak to w życiu bywa okazało się, że z różnych przyczyn (o których na razie nie będę się rozpisywał – przyjdzie czas i na to) nie mam pod ręką certyfikatu Vehicle Registration Book. To jest taki świstek, który mówi, że jesteśmy właścicielem danego auta. Coś w rodzaju polskiego dowodu rejestracyjnego, tylko nie trzeba go wszędzie ze sobą targać.

Szybciutkie zapytanie do Gugielnicy mówi mi, że nie jestem pierwszym, który ów dokument zgubił, i że za jedyne €12 mogę sobie wyrobić duplikat.

Niewiele myśląc (jak zwykle) ściągam ci ja z wuwuwu odpowiedni formularz, wypełniam…

…a tam na samym dole miejsce na podpis i pieczątkę oficera lokalnej policji, zwanej tu dla niepoznaki Gardą.

Znaczy się, muszę zebrać swoje dupsko w troki, udać się na komisariat i wytłumaczyć im, że mi się gdzieś dokument zapodział, i poprosić ładnie o pieczątkę i podpis.

Ech.

Dostałem się na komisariat, tam znudzona pani w mundurze Gardy poprosiła o jakiś dokument tożsamości, po czym podbiła i podpisała papierek bez zadawania zbędnych pytań.

Pozostała teraz tylko kwestia: jak zapłacić te €12?

Pytam pani Gardzińskiej, a ta mi na to, że ona nie wie, ona tu tylko podpisuje i pieczątkę stawia. I wzrusza ramionami.

Dzwonię więc do biura NCT a tam mi mówią, że na poczcie można. Albo przyjść i samemu na miejscu, kartą albo gotówką.

Myślę sobie, takiej gotówki przy sobie nie noszę, boję się. Ale kartą bym mógł od biedy zapłacić. Z tym, że trzeba dyrdać na drugi koniec miasta… Nie, za leniwy jestem.

Gnam więc na pocztę. Nabywam kopertę (sztuk raz), znaczek (sztuk raz) oraz – na wszelki wypadek – usługę pocztową poleconą (sztuk raz), po czym pytam pani w okienku jak ja mam właściwie za to zapłacić.

Pani mi na to, że mogę przekazem pocztowym. Potem prosi o podanie kwoty, klika coś w komputerze i za moment daje mi druczek, z już wpisaną kwotą, żebym w nagłówku napisał dla kogo ta fura szmalu ma być.

Pytam, czy jakiś numer konta mam podać, czy co? A ona na to, że nie, że tylko nazwę firmy i miasto. Wpisałem więc na czuja „Motor Tax – Dublin” i okazało się, że to w zupełności wystarczyło. Dwa dni później dostałem od nich pocztą potwierdzenie – paragon. Kopii dokumentu póki co nie przysłali, ale przynajmniej mam potwierdzenie, że zapłaciłem. Hurra.

No i teraz tak: papiórek ma przyjść w połowie następnego tygodnia, a ja już mam zarezerwowaną wizytę w NCT na piątek w tym tygodniu.

Myślę sobie, przyjdę do nich bez tego papiórka, będzie chryja. Wypędzą, obłożą fatwą i jeszcze każą karniaka płacić za zawracanie dupy.

Na wszelki wypadek dzwonię więc do nich (w przeddzień testu!), opisuję sytuację, że papierek zgubiłem, że duplikat, że wtorek, że Wogle… A pani mi na to przez telefon, że w zasadzie to pewnie w ogóle mnie nie będą pytać o ten dokument, bo i po co? W razie jednak gdyby zapytali, będę miał 30 dni na jego dostarczenie. I że najważniejsze żebym się pojawił na teście z jakimś dokumentem tożsamości. A jeżeli przy okazji przyprowadzę też auto to już w ogóle będzie hosanna.

Dokument przyszedł pocztą w dzień testu.

Ale całkiem niepotrzebnie, bo w ogóle o niego nikt nie pytał 😉

Nie taka straszna ta irlandzka biurokracja.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Biurokracja nie całkiem martwa"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Stefek
Gość

Wot tiechnika skoro departament transportu jest w Shannon 🙂

Jaro
Gość
ja miałem (w Polsce rzecz jasna) taki przypadek: Budowaliśmy biurowiec na podstawie pozwolenia na budowę. Na mocy pozwolenia mogliśmy wybudować również przyłącze cieplne do tego budynku, co było zresztą napisane na pozwoleniu. Więc rozpoczynamy budowę (przyłącza), zgłaszamy to w urzędzie i czekamy. Po jakimś czasie dzwoni Pani i mówi, że pozwolenie nie obejmuje przyłącza, bo ona se przypomina, że coś tam i mamy dostarczyć taki to a taki papier. Okazuje się, że to ta Pani wystawiała to pozwolenie na budowę. Znajdujemy gdzieś ten papier i wysyłamy. Po paru dniach Pani dzwoni i mówi, że ona nie jest do końca przekonana,… Więcej »
wpDiscuz