Dwa powody, dla których lubię podatki

Podatków płacić nie lubi nikt. Jedni, jak Google czy Apple, uśmierzają ten ból za pomocą armii kreatywnych księgowych, którzy opracowują coraz to nowe strategie. Tworzą się jakieś korporacyjne potworniaki, jakieś konsorcja, jakieś firmy-córki, które kupują lub sprzedają sobie nawzajem różne, czasem całkiem abstrakcyjne „dobra” tylko po to, żeby skorzystać na jakiejś konkretnej uldze, lub zmniejszyć należność podatkową w jednym kraju poprzez – mniej lub bardziej wirtualne – przeniesienie dochodów do innego, korzystniej opodatkowanego miejsca. I tak dalej.

Jednak na takie hopsztosy stać tylko największych. Maluczcy muszą zagryźć zęby i płacić, ewentualnie nie płacić i liczyć na łut szczęścia. Czasem się udaje. Częściej się nie udaje i wtedy trzeba zapłacić zaległą należność plus karę, opłaty sądowe i Wogle. Zwłaszcza Wogle. Mnóstwo Wogli.

Jest jednak w tym podatkowym bajzlu promyczek słońca, czyli irlandzki CIT (Corporate Income Tax). Lubię go z dwóch głównych powodów:

Powód #1: niska stawka. CIT w Irlandii wynosi dla większości firm 12.5% i pomimo usilnych nacisków ze strony Mumii Europejskiej, która chciałaby wycisnąć z korporacyjnej cytryny więcej soku, Irlandia skutecznie utrzymuje go na tak niskim poziomie.

Szybki rzut oka na Wiki mówi mi, że CIT niższy od irlandzkiego mają w Europie następujące kraje: Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Węgry, Macedonia i Montenegro. Rekordowo niską stawkę ma Montenegro: 9%. Śmiem twierdzić, że jeżeli uwzględnić różne inne aspekty prowadzenia biznesu, takie jak zawiłości biurokracyjne oraz różne (często ukryte) koszty dodatkowe, Irlandia na tym froncie wygrywa bezapelacyjnie.

Powód #2: CIT to podatek od dochodu, jaki uzyskała nasza firma, a nie jakiś konkretny człowiek czy grupa ludzi. A dochód firmy liczy się prosto: wszystko, co weszło na konta firmowe w ciągu roku podatkowego minus wszystko, co z nich wyszło. A mój księgowy już się postara, żeby wyszło – w postaci na przykład naszych pensji – prawie tyle, co weszło, dzięki czemu podstawa podatku CIT w moim przypadku jest co roku bardzo niska.

Na przykład w tym roku zysk mojej firmy wyniósł siedem Jerzych.

Siedem.

Nie siedemnaście, siedemdziesiąt czy siedemset. Siedem.

Od tego muszę zapłacić 12.5% podatku CIT. Czyli jakieś 88 centów.

Z tym, że – niestety – kwotę tę muszę zaokrąglić do pełnego Jerzego, co w tym przypadku oznacza €1.

Zdzierstwo, zaprawdę powiadam Wam, moiściewi, zdzierstwo okrutne. Napisałbym w tej sprawie do Strasburgera… Nie, wróć. Do Strasburga, ale szkoda mi na znaczek.

O.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz