Expert, level: expert

Są różni eksperci. Jedni powiedzą ci, że uszczelnienie rury taśmą klejącą to świetny pomysł – inni, że wysokie ciśnienie krwi jest dobre dla zdrowia, bo to więcej krwi, a krew jest zdrowa. I tak dalej, wiadomo.

Ale są też prawdziwi eksperci. Tacy, przy których kolana same nam się zginają, gardła zaczynają mimowolnie śpiewać “alleluja”, a ręce szukają włącznika betoniarki, żeby czym prędzej zacząć budowę pomnika.

U mnie w pracy takim gościem jest Rick (imię zmienione z “Misza” dla bezpieczeństwa Miszy). Rick jest specem od infrastruktury – żadne kubernety mu nie straszne, potrafi wygrzebać farmę serwerów z najgorszych opałów, a komputery na jego widok nabożnie wyciszają wentylatory i przełączają czcionkę w terminalu na Times New Roman Catholic.

W zeszłym tygodniu w okolicach środy przytrafił mi się dziwny błąd. Jeden z podsystemów (a jest ich w *uj i trochę, jak to na Dockerze) stwierdził, że on się teraz nie będzie łączył do bazy danych. Nie, bo nie. Sprawdziłem wszystko, co się dało sprawdzić: czy serwer działa, czy ma pootwierane właściwe porty, czy fajerłol nie wadzi, czy wszystkie wymagane bazy są gdzie powinny być i mają potrzebne granty uprawnień, czy /etc/hosts ma właściwe wpisy i jeszcze z setkę innych rzeczy. Wszystko poprawnie, ale się nie łączy. Walczyłem z tym aż mi się skończył dzień roboczy, więc przełożyłem dalsze próby na nazajutrz.

Jako że jestem zwierzęciem stadnym, we czwartek zagadałem do kolegi z biurka obok (to taka parabola, każdy siedzi w swoim domu, ale miło sobie czasem wyobrazić, że jednak jesteśmy w biurze) czy by nie mógł zerknąć. Kolega jest nieco bardziej kumaty w linuksach ode mnie, w dodatku akurat miał chwilę, więc kolejne 4 godziny spędziliśmy na callu próbując wykumać czemu nie działa. Skończyło się na tym, że rozbolały nas uszy i postanowiliśmy przełożyć zagadnienie na napóźniej.

Z napóźniej zrobił się piątek. W piątek dorzuciliśmy do naszego calla jeszcze jednego kolegę, który wyssał Linuksa z mlekiem matki, a kontenery Dockera znał w czasach, kiedy ja jeszcze nie umiałem odróżnić Enter od Escape. We trzech dziarsko zabraliśmy się za przeglądanie logów, eksperymentowanie z różnymi komendami w różnych pojemnikach, guglanie i binganie i co tam jeszcze. Jednak ponieważ każdy z naszej trójki miał też inne zajęcia bieżące, a w dodatku piątek to piątek, wiadomo, człowiek już myśli o sobocie, szło nam raczej wolno i niczego nie wymyśliliśmy.

Weekend jak to weekend. Staram się trzymać od pracy z daleka.

W poniedziałek z samego rana, w akcie ostatecznej desperacji napisałem do Ricka. Rick przeważnie jest offline, a jak już jest online, nie można się do niego dobić, bo takich jak ja Rick ma na pęczki non stop, pchających się wszystkimi możliwymi kanałami. Jakimś cudem jednak udało mi się ściagnąć jego uwagę (nie wiem, może użyłem właściwej modlitwy, a może po prostu miałem farta) – Rick poprosił o calla żeby rzucić okiem na mój monitor. Szybko sprawdziłem jeszcze, czy menu systemowe jest odkurzone i czy po pulpicie nie walają się jakieś brudne naczynia po czym uruchomiłem współdzielenie ekranu i pokazałem Rickowi problem.

To znaczy… spróbowałem pokazać. Albowiem problem zniknął i nijak nie dało się go odtworzyć! Zbuntowany system nagle potulnie stwierdził, że jednak będzie działał. Baza, dotąd pusta, zaczęła zapełniać się danymi. Smętne czerwone iksy zostały zastąpione wesołymi zielonymi ptaszkami. Dookoła zrobiło się jakby jaśniej, chora mućka sąsiada znów zaczęła dawać mleko, a przydomowy trawnik rozkrzcił się chabrem i rumiankiem. Żadne moje próby nie pomogły – problem zniknął jakby go nigdy nie było.

Od tamtej chwili minęło już parę dni, a ja nadal nie wiem jak on to zrobił. I pewnie się już nie dowiem.

Gdzie ta betoniarka…

Zapisz się
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
2
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x