Ja kontra drukawka: remis

-- Możesz mi druknąć te dwie strony? - zapytała niedawno moja Lepsza Połówka.

No i się zaczęło.

Dokumenty trzymamy na Dropbox, ale druga kopia na ogół siedzi na OneDrive, który Microsoft usilnie pcha nam pod nos za każdym razem, że niby wygodniejszy. No więc klikam PDF-a w OneDrive, wybieram "Drukuj", a tam zamiast okienka z wyborem drukawki pojawia się komunikat, że lepiej byłoby, gdybym ten plik ściągnął do lokalnego folderu, otworzył natywną aplikacją i drukował stamtąd. Bo OneDrive co prawda trochu umi w PDF-y, ale jednak kiedy trzeba zakasać rękawy i zrobić coś konkretnego to woli przekazać sprawę fachowcom.

Tak też czynię - pobieram PDF-a do lokalnego folderu "Downloads" i otwieram w Acrobat Reader, potem szybciutko Ctrl-P, Enter i dyrdam do drukawki.

Tu warto zaznaczyć, że drukawkę mam raczej sporą. Nie jest to wprawdzie kombajn biurowy na piętnaście podajników i z własnym ekspresem do kawy, ale ma skaner, cztery tonery i waży tyle, że na samą myśl o jej przeniesieniu zaczyna mnie łupać w krzyżach. W związku z tym, żeby nie marnować miejsca w domu, drukawka stoi sobie w osobnym domku w ogródku. Domek jest podłączony do sieci za pomocą technologii EoP czyli Ethernet-over-Powerline, czyli jeden dynks siedzi w gniazdku elektrycznym w domu koło rutera, podpięty doń skrętką, a drugi identyczny dynks - w gniazdku w domku ogródkowym. W efekcie mam w ogródku względnie szybką sieć - połączenie sięga w zenicie 70 Mb/s, więc bez szału, ale na oglądanie śmiesznych kotów na Tyrurce, czy okazjonalne wydrukowanie dwóch stron z PDF-a wystarcza aż nadto.

Dyrdam więc do drukawki, przez deszcz i grząski trawnik. Jednak zamiast zadrukowanych dwóch kartek widzę tylko, że na ekraniku drukawki mryga w lokalnym narzeczu napis "Mało czarnego".

"W filmie na Netfliksie by to nie przeszło", myślę sobie z właściwą mi polityczną niepoprawnością, po czym dochodzę do szybkiego wniosku, że jak mi ostatnio mrygało, że mało czarnego to drukawka drukowała jeszcze przez dobre trzy miesiące zanim się ten nieszczęsny czarny rzeczywiście raczył skończyć. A więc trzeba sprawdzić połączenie do drukawki z domowego laptopa.

Wracam do dom (przez błoto i pluchę), wycieram obuwie, zasiadam do klawiatury, odpalam terminal i piszę:

ping 192.168.1.5

Jednak zamiast oczekiwanego 64 bytes from 192.168.1.5 widzę, że nic nie widzę. Znaczy się połączenia nie ma.

Zaglądam w ustawienia drukawek na kompie, a tam jak wół, że jeden dokument oczekujący, ale drukawka offline.

Dyrdam ponownie, przez błoto i w deszczu, do ogródkowego domku, sprawdzam IP drukarki (na szczęście jest w opcjach, nawet nie trzeba, jak to bywało dawnymi czasy, drukować w tym celu strony testowej) - 192.168.1.48. Kurdę, a przecież zawsze była piątka na końcu. Myślę sobie, pewnie dawno już niczego nie drukowałem, drukawka poszła spać i serwer DHCP uznał, że 1.5 można już oddać do puli, a drukawce dał 1.48.

Wracam do domu, przez pluchę i deszcz. Wycieram zabłocone obuwie. Zasiadam do klawiatury i zmieniam (ręcznie) adres IP drukawki w ustawieniach, ze 192.168.1.5 na 192.168.1.48, po czym na wszelki wypadek drukuję dokument ponownie. Na koniec, pogwizdując nonszalancko pod nosem, dyrdam do ogródka (wśród, nie zapominajmy, deszczu i błota), pewnym będąc, że na miejscu zastanę gotowy wydruk.

Wydruku - jakże by inaczej - brak. Tylko "Mało czarnego".

Ażeby cię, myślę sobie, pokręciło. (Tak naprawdę pomyślałem sobie coś innego, ale nie napiszę co konkretnie w razie gdyby czytały to jakieś dzieci...). Ażeby cię, skurkowańcu łysy, posadzili bez poduszki na 24 godziny w wagoniku SKM Słupsk-Gdynia. Ażebyś musiał dożywotnio obierać lekko przejrzałe kiwi tępym nożykiem. Taka twoja...

Wybluzgawszy się, odczułem lekką ulgę. Dobrze czasem zrzucić z serca trochę mięcha, jakkolwiek dziwnie nie brzmi to z anatomicznej точки зрения. Wracam do domu (deszcz, błoto... wiadomo), wycieram buty, siadam do kompa. Wpisuję: ping 192.168.1.48 (powinienem był to zrobić poprzednim razem, ale zjadła mnie nadmierna pewność siebie) i - oczywiście - cisza.

Hm.

ping 192.168.1.1

Cisza. Ruter mi nie odpisuje. Yyyy...

Otwieram przeglądawkę wuwuwu. Wpisuję wp.pl w pasku adresu (nie dlatego, żebym darzył Wirtualną Polskę jakimś szczególnym afektem - po prostu mają adres, który się szybko wklepuje - proszę sobie zerknąć na klawiaturę) - otwiera się praktycznie natychmiastowo. Ignoruję cisnący mi się w oczy baner reklamowy z wielką wyprzą w sklepie nie dla idiotów i wracam do korzeni.

Skoro, myślę sobie, jęternet działa, ale nie mogę się dobić do rutera, to znaczy, że...

Przesuwam kursor myszy w dolny prawy róg ekranu, na ikonkę sieci. Pojawia się nazwa sieci, do której jestem podłączony. Walę się z płaszczaka w to swoje durnowate czoło - no jasne.

Ponieważ nasz główny dostawca internetowy od czasu do czasu boryka się ze czkawką, która sprawia, że nasz światłowód czasem idzie w maliny, zamówiliśmy sobie jakiś czas temu drugie przyłącze od końkurencji. Przyłącze owo jest wprawdzie o połowę wolniejsze, ale ma tę niewątpliwą zaletę, że jest. Adresy IP tego drugiego dostawcy zaczynają się od 192.168.0.*, siłą rzeczy więc mój komp nie mógł się widzieć z drukawką. Nie ta sieć.

Przełączam się na sieć główną i galopuję (przez zabłoconą zieleń ogródka, wśród deszczu) do drukawki. A tam...

"Mało czarnego". I zero wydruku.

W akcie desperacji wyrywam z drukawki kabel zasilający, odczekuję krótką chwilę (niezorientowanym przypominam, 1 chwila == 3 momenty), wtykam kabel z powrotem. Drukawka robi swoje sakramentalne czuczuczu-bźźźź-ghrrr-bzzzz-plurp!, po czym radośnie wyświetla, że "Mało czarnego" i... to by było na tyle. Na wszelki wypadek sprawdzam adres IP drukawki.

169.254...

Yyy...

Zaczynam rozglądać się za jakąś w miarę płaską nawierzchnią w celu wykonania baranka, sztuk raz. Rozbiegany wzrok mój trafia na mrygającą na czerwono diodkę sieci na dynksie EoP w gniazdku koło drukawki.

O żeż ty taki owaki... zaczynam znowu, ale mityguję się zaraz - to jest ta chwila, kiedy już wiem, że będę o tym pisał na blogu i nie chcę przesadzić z bluzgami. Skoro EoP nie działa, to jak do jasnej Anielki ten nieszczęsny PDF ma się tu dostać? Gołębiami, kurna?

(w ramach dygresji, jeżeli nie znasz jeszcze RFC2549, bardzo polecam lekturę).

Wyciągam z gniazdka dynks EoP, odczekuję chwilę, podłączam go z powrotem. Przy okazji restartuję też drukawkę, która jest do tego dynksu podpięta zarówno skrętką Ethernet, jak też zasilaniem. Wysłuchuję raz jeszcze czuczuczu-bźźźź-ghrrr-bzzzz-plurp!, sprawdzam adres IP... 169.254...

Diodka na EoP-ie dalej mryga na czerwono.

Ponieważ kiedyś już mi się takie coś przytrafiło wiem, że jedynym rozwiązaniem jest zresetować dynks EoP na drugim końcu, czyli ten przy ruterze. Wracam (wśród pluchy i błocka) do domu, wycieram buty, wchodzę do pokoiku z ruterem, wyciągam lokalnego EoP-a z gniazdka...

Cisza uderza me bębenki w sposób nieomal bolesny. Walę się z płaszczaka w czoło (chyba muszę sobie sprawić na głowę jakiś ochraniacz) - do EoP-a podłączony jest przecież rozgałęźnik, a do rozgałęźnika - całe mnóstwo elektronicznego złomu: domowy telefon, ruter, skrzyneczka NAS, kontroler do smart-świateł i Bill jeden wie co jeszcze. Wszystko to zamiera po wyjęciu EoP-a z gniazdka. Przez chwilę nasłuchuję, czy z innych zakamarków domostwa nie posypią się w moją stronę gromkie "Motyla noga!", ale nie. Cisza. Znaczy się albo rodzina jakimś cudem akurat odkleiła się od ekraników, albo przełączyli się automagicznie na drugą sieć i nawet nie zauważyli, że główna padła. Żeby nie drażnić losu szybciutko włączam EoP-a do gniazdka, z satysfakcją słuchając jak startują wszystkie cztery dyski w NAS-ie. Oczywiście od razu rozbrzęczał mi się smartfon - to powiadomienia od Synology, że NAS nie działa i zaraz potem, że NAS jednak działa.

Sprawdzam na EoP-ie - wszystko na zielono. Odpalam jeszcze na smartfonie aplikację od producenta EoP-a i sprawdzam, że komunikacja z ogródkiem bangla. Na wszelki wypadek drukuję raz jeszcze dokument (w najgorszym razie będę miał trzy kopie, no trudno) i gnam do ogródka. Przez błoto, już bez deszczu, bo w międzyczasie wziął był i ustał.

"Mało czarnego".

Hm. Myślę sobie, skoro sieć już działa, to widać trzeba jednak wymienić ten nieszczęsny czarny toner. Sięgam do pobliskiej szafki, wyciągam ostatni czarny toner z przedkowidowych jeszcze zapasów... no i zawieszam się. Wymieniałem te tonery już z osiem razy jak nie więcej, i za każdym razem zapominam jak się to robi. Szybka kwerenda na smartfonie - no tak, prosta sprawa, trzeba tylko wiedzieć jakie guziczki ponaciskać i w jakiej kolejności. Naciskam właściwe guziczki we właściwej kolejności, wyciągam zużyty czarny toner, wkładam nowy, stary posłusznie pakuję do woreczka po nowym tonerze w celu poźniejszej utylizacji. Zamykam wszystkie klapy, włączam zasilanie... czuczuczu-bźźźź-ghrrr-bzzzz-plurp!

I cisza.

Zerkam na panel drukarki - czarny na maksa, adres IP się zgadza. Zerkam na EoP-a - wszystko na zielono. A wydruku jak nie było tak nie ma.

Poważnie zaczynam rozważać rozpoczęcie kariery kopacza. Szpadel nie cierpi na brak połączenia z siecią. Zawód pewny, zawsze gdzieś trzeba coś wykopać. Albo zakopać. No i tężyzny bym nabył, chociaż trochę, zamiast walczyć z wiatrakami.

Wracam do domu (przez błoto). Wycieram obuwie. Siadam do kompa. Sprawdzam drukarkę - trzy dokumenty oczekujące, drukarka offline.

Sprawdzam lokalny adres IP komputera - 192.168.0.17.

Walę się w płaszczaka w czoło (jeszcze trochę i zacznie mi się od tego robić odcisk na dłoni i drugi na czole). Przecież skoro restartowałem lokalnego EoP-a wraz z ruterem, komp się automatycznie przełączył na drugą sieć.

Przełączam się na sieć główną. Na wszelki wypadek puszczam wydruk raz jeszcze. Idę (przez błoto) do ogródka, bez większych nadziei. I już od drzwi słyszę radosne "dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt-..." - ha! Drukuje się!

Gówno tam. Kartkę wciągnęło do połowy i nagle cisza.

"Usuń zacięcie papieru pod tylną klapą"

Otwieram tylną klapę - nic, wszystko jak zawsze.

Wyłączam drukarkę. Włączam drukarkę. Czuczuczu-bźźźź-ghrrr-bzzzz-plurp!

"Usuń zacięcie papieru pod tylną klapą"

Otwieram tylną klapę. Deja-vu. Nic.

Otwieram górną klapę - a tam kartka A4 złożona w prawie idealną harmonijkę. Ciekawe.

Usuwam kartkę spod górnej klapy. Wyrywam, na siłę, do połowy wciągniętą kartkę z dolnego podajnika. Naciskam OK na panelu drukawki.

"Zamknij tylną klapę"

No tak. Zapomniałem. Walę się z płaszczaka w czoło. Zamykam tylną klapę.

"Inicjalizacja"

Czuczuczu-bźźźź-ghrrr-bzzzz-plurp!

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

"dżżżżt-dżżżt-dżżżt-bziumbziumbzium-dżżżt-dżżżt-dżżżt- bziumbziumbzium"

Siedem kartek, zadrukowanych jak trzeba, wychodzi z drukawki.

Postanawiam przy najbliższej wizycie w kościele dać na tacę w intencji Świętego Augustyna, patrona drukarzy. Postanowienie jest bezpieczne, ponieważ do kościoła chodzę średnio raz na sześć lat, może i rzadziej.

Chciałbym uznać potyczkę za zwycięską, ale zerkam na zegarek i łapię się za głowę (auć, tylko nie za czoło, boli) - zmarnowałem na wydrukowaniu tych dwóch stron (w siedmiostronicowej wersji) tyle czasu, że jednak remis.

Tak że tak.

Zapisz się
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
8
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x