"Uszami" mógłbym napisać i skończyć. Ale że to blog, napiszę nieco więcej.
Po pierwsze więc primo, zakończyłem już dość dawno swoją przygodę ze Spotify. Z fajnego, prostego niegdyś pomysłu zrobiła się teraz jakaś krzyżówka kombajnu, dojarki elektrycznej, maszyny do szycia i reaktora uranowego. W dodatku z kukułką. Zainstalowałem niedawno na próbę i uciekłem z przerażeniem.
Przez chwilę miałem tête-à-tête z Youtube Music, ale końcem końców najpierw podnieśli abonament raz i drugi, a potem przyjrzałem się nieco bliżej swojej kolekcji na YTM i uznałem ją za niewartą tego abonamentu. Bida, panie.
Ale, ale. Mam przecież skrzętnie gromadzoną od lat 90. zeszłego stulecia kolekcję empetrójek. Część z własnych zasobów, część odziedziczona po braciszku, trochę "pożyczone" od różnych krewnych-i-znajomych Królika, wiadomo. A skoro już udało mi się zaprząc do roboty beets, dlaczego nie pójść o krok dalej i postawić swój własny serwer muzyczny? Oczywiście prywatny, przez Tailscale, z jednym użytkownikiem. Opcji jest teraz multum, przegrzebałem jakiś czas temu temat wzdłuż i w poprzek i wyszło, że najprościej będzie postawić na domowym kompie instancję Navidrome. Jest to aplikacja instalowana bezpośrednio z repozytorium apt, żadne tam, panie, dockery ani inne kubernety. Potem jeszcze tylko podmontować folder z muzyką z NAS-a (ale nie z NASA tylko właśnie z NAS-a, z bezmyślnikiem), pokazać Navidromowi gdzie ma owej muzyki szukać i hulaj dusza.
Ponieważ to wszystko bangla na Linuksie, napisałem sobie jeszcze usługę, która śledzi osobny folder music-drop i jeżeli znajdzie tam jakieś pliki z muzyką, automatycznie taguje je za pomocą Beets, po czym kopiuje do folderu z muzyką. Navidrome je automatycznie rozpoznaje i za kilka minut są gotowe do słuchania.
Navidrome to jednak tylko połowa historii (może większa, ale jednak połowa). Co z tego, że mam serwer, przydałby się jeszcze jakiś klient. Przejrzawszy androidowy krajobraz natrafiłem w końcu na aplikację Symfonium, która jest co prawda płatna, ale tylko raz i w dodatku względnie niedużo. Pokazałem Symfonium gdzie siedzi Navidrome (adres, port), zapodałem dane logowania i tak oto mam własnego Szprotyfaja napędzanego muzyką z NAS-a. Symfonium jest o tyle sympatyczne, że odsłuchiwane piosenki gromadzi w pamięci podręcznej, więc nawet jak mi się czasem trafi miejsce bez zasięgu, zawsze mam czego posłuchać.
I tak to leci.
Dla mnie Spotify skończyło się w momencie, gdy zaczęli na chama dodawać teledyski, wideo, jakieś animacje i inne oczoje**e elementy, bez możliwości ich wyłączenia.
A co do Twojej konfiguracji, to czy ustawiłeś ją sobie w ten sposób dla sportu, żeby wypróbować stack, czy też takie rozwiązanie jest dla Ciebie najwygodniejsze? Pytam, bo ja jestem w podobnej sytuacji jak Ty: Jestem jedyną osobą słuchającą swojej kolekcji, słucham jej na jednym urządzeniu (przenośnym odtwarzaczu mp3, ale równie dobrze mógłby to być smartfon). I chociaż rozważałem postawienie swojego własnego Spotify, to uznałem, że najprościej będzie po prostu swoje mp3 uporządkować, skopiować je na microSD (mam ich około 40 GB), i manualnie umieścić kartę w szczelinie urządzenia.
Dzięki temu mam zawsze wszystko pod ręką, offline. Oczywiście, trzymam też backup na zewnętrznym twardym dysku. Moja kolekcja mp3 jest statyczna, nowe rzeczy dodaję do niej stosunkowo rzadko.