Początki

In O autorze, Wspomnień czar by xpil0 Comments

Zebrało mi się dziś na wspominki. Napiszę o tym, jak udało mi się znaleźć moją pierwszą pracę na Zielonej Wyspie. Uprzedzam, będzie nudno.

Przyjechałem tutaj autobusem w drugim tygodniu stycznia 2006 roku. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale początek stycznia jest prawie tak samo beznadziejnym czasem na szukanie pracy jak koniec grudnia. Większość firm dopiero budzi się po świątecznym niebycie, podobnie firmy rekrutacyjne – a ja tymczasem z trzema tysiącami euro w gotówce, paroma kredytami w Polsce i mnóstwem niczym nie uzasadnionego optymizmu zacząłem szukać pracy.

Pierwsze duże zaskoczenie to był język. Zawsze jakoś dogadywałem się po angielsku z ludźmi z różnych zakątków świata, jednak prawie nigdy przedtem nie rozmawiałem z angielskim native speakerem (nie wiem czy jest jakieś sensowny, zwięzły polski odpowiednik wyrażenia „native speaker” – proszę o komentarze). A już na pewno nie z irlandzkim native speakerem. W dodatku przez telefon.

Drugie duże zaskoczenie to były koszty życia. Na początku (jak chyba każdy) przeliczałem odruchowo ceny na złotówki i włos mi się jeżył na głowie przez większość czasu.

No ale do rzeczy. Przyjechałem (sama podróż to też temat na osobny wpis, może kiedyś…), zakwaterowałem się, odespałem swoje, i już następnego dnia zabrałem się do aplikowania na oferty, których w sumie było całkiem sporo. Niestety, odzew był na początku znikomy – nikt nie chce przygarnąć gościa, który dopiero zaczyna, słabo się dogaduje, nie wiadomo czy jutro nie zachce mu się wrócić do ojczyzny…

W okolicach piątego tygodnia pobytu miałem już za sobą chyba z setkę aplikacji o pracę, ze 30 rozmów telefonicznych i ze 3 albo 4 interview w różnych miejscach Dublina. Pieniądze skurczyły się do nieprzyjemnie trzycyfrowego minimum, pomału zacząłem się oswajać z myślą, że trzeba zacząć się pakować i wracać na stare śmieci. Aż tu nagle zadzwonił telefon od agenta, że firma, z którą miałem interview trzy tygodnie wcześniej jest zainteresowana moją osobą. Jest tylko jeden problem – firma mieści się w Donegal a ja mieszkam w Dublinie. Czy ja aby na pewno chcę opuszczać piękną stolicę i jechać na jakieś zadupia?

Ja na to, z lekko struchlałym sercem, że oczywiście, że jak najbardziej. A agentka mi na to, że mam tam pojechać na weekend, obejrzeć sobie okolicę i wtedy zdecydować.

Pomyślałem sobie wtedy tak: na dwoje babka wróżyła, albo chcą się mnie pozbyć i wysyłają mnie w jakieś wypiździewo żebym się zniechęcił, albo faktycznie są zainteresowani i chcą mieć pewność, że mi się spodoba na dłużej. Zadzwoniłem jeszcze do kolegi, starego wyspiarza, który wyemigrował z Polski jakieś 15 lat temu i zna się na lokalnych jak nikt, opowiedziałem mu całą historię, a on mi na to że mam walić do tego Donegal jak w dym bo tam jest pięknie, tanio i spokojnie, i że on sam by taką ofertę wziął od ręki, i że mnie tam wysyłają żebym faktycznie zobaczył czy mi się spodoba.

Najgorsze było to, że zapasy gotówki stopniały mi wtedy do zaledwie paru stówek a tu trzeba było kupić bilet autobusowy, zarezerwować B&B, przeżyć jakoś sensownie ten weekend, a potem (jakby się, nie daj boziu, udało), mieć jeszcze kasę na wprowadzenie się już tam na miejscu. Niemniej jednak lepsze to było od wizji powrotu na tarczy do kraju więc niewiele myśląc wziąłem żonkę pod pachę, pożyczonego cyfraka pod drugą pachę i pojechaliśmy.

Żeby przyszczędzić parę groszy postanowiliśmy pojechać rano i wrócić wieczorem (najtańsze B&B kosztowało wtedy ze 40€). Przyjechaliśmy do Donegal Town około 11:00 rano, autobus powrotny mieliśmy coś koło 16:00 więc wystrzeliliśmy sprintem, żeby jak najwięcej zobaczyć. Tymczasem okazało się, że po niecałych 15 minutach dotarliśmy do końca cywilizacji, w drugą stronę to samo, w trzecią też… mieliśmy całe miasteczko zwiedzone w ciągu mniej niż dwóch godzin 🙂 Faktycznie malutkie, ale bardzo nam się spodobało. Resztę czasu spędziliśmy w pubie, przysparzając barmanowi siwych włosów – zamówiliśmy po herbatce, potem jeszcze po herbatce – mam wrażenie, że specjalnie wyszedł do pobliskiego spożywczaka kupić herbatę w torebkach. Chyba byliśmy pierwszymi klientami od lat, którzy zamiast piwa pili herbatę.

Napstrykaliśmy sporo fotek naszych uśmiechniętych gęb na tle różnych donegalskich punktów charakterystycznych, zrobiłem z tego potem całą opowieść, którą wysłałem mailem gdzie trzeba – no i na drugi dzień miałem już zaklepaną ofertę pracy, dostałem namiary na agencję nieruchomości żebym sobie znalazł coś do wynajęcia, generalnie od tej pory poszło już szybciutko.

Ktoś kto już mieszka w Irlandii może się teraz zastanawiać jakim cudem mając niecały tysiąc euro w kieszeni udało mi się przeprowadzić z Dublina do Donegal, wynająć tam mieszkanie (wraz z wpłaceniem miesięcznego depozytu), założyć konto w elektrowni (też depozyt!) oraz przeżyć miesiąc do najbliższej pensji. Ano, jak widać można – może kiedyś o tym napiszę.

Dziś kawał o Rżewskim. Osoby o wrażliwych uszach proszone są o nieczytanie 😉

Rżewski i Wasiljew jechali konno na obchód garnizonu. Wasiljew był
skacowany, więc wyciągnął z torby butelkę staropolskiej wódki:
– Poruczniku Rżewski! Jebniemy „siwuchę”?!
Rżewski nie odwracając głowy:
– Nieee… Ja już gniadą dzisiaj jebał…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz