Cogito ergo zum

Czyli po naszemu: myślę, więc jezdem. Przytrafił mi się nieudowadnialny cud świadomości. Z setek miliardów żywych stworzeń na Ziemi załapałem się do Homo Sapiens, i to w dodatku jestem tym jednym, jedynym egzemplarzem, który widzi swoje “Ja” po mojej stronie. Jest to, w sumie, dość dziwne jak się nad tym dobrze zastanowić.

Mam ostatnio ambiwalentne odczucia co do tego całego blogowania. Z jednej strony, z konsumenta treści przekształciłem się w hybrydę – owszem, nadal konsumuję (w szczególności: Joe Monster, Nowy Pompon, parę technicznych subskrypcji RSS plus mnóstwo książek), ale również produkuję. Oczywiście na tle twórców przez wielkie Tfu wypadam raczej blado, ale – jak mawiają słuchacze i słuchawki jednego dużego polskiego radia – lepszy rydz niż pół rydza. Z drugiej jednak strony problem polega na tym, że z każdym następnym wpisem ogarnia mnie lekki niepokój – nie dość, że kończą mi się tematy (ileż można pisać o swoim dzieciństwie albo o szukaniu pracy, nudne to i wieje prehistorią) to jeszcze zaczyna mi brakować świeżości spojrzenia na otaczającą mnie rzeczywistość – a bez tej świeżości trudno o pisanie w sposób ciekawy.

I w ten oto sposób, pseudorozważając, dotarliśmy aż tutaj, do końca wpisu. Kolejny zatykacz w ramach “jednego posta dziennie”.

Niedobrze.

 


Zapisz się
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
2
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x